Jedni zachwyceni basenami i hotelowym kinem. Inni narzekają: miał być mały Dubaj, a jest masówka premium dla klasy średniej. Sprawdziliśmy, kto przyjeżdża do największego hotelu w Polsce — w nadmorskim Pobierowie.
— Do Gołębia? — pyta kierowca meleksa z nadmorskiego Pobierowa, kiedy podaję adres hotelu Gołębiewski. — Chce pani zrobić zdjęcie? — dopytuje. — Od otwarcia hotelu nie ma dnia, żebym tam kogoś nie wiózł.
Jest południe, a on już podrzucił pięć emerytek z koła gospodyń wiejskich, małżeństwo księgowych z kilkuletnim dzieckiem i dwie studentki. Wszyscy chcieli wejść do hotelowego lobby, zejść nad morze prywatnymi schodkami, zajrzeć do ogólnodostępnej łazienki. Słowem: poczuć ten luksus.
Pobierowo z lotu ptaka
Foto: Getty Images
W Pobierowie — szczególnie kiedy wieje i pada — nie ma co robić. Na reprezentacyjnej ulicy Grunwaldzkiej można pójść na kawę do Melby, na straganie kupić złote kowbojki albo zainwestować 20 zł w bransoletkę szczęścia. — Goście z Gołębia pewnie tu nie zajrzą. Wątpię, żeby skoczyli z dzieckiem na wystawę motyli, do pobliskiego parku miniatur latarni czy dinozaurów — kierowca meleksa przekrzykuje szum wiatru i grzechot kół podskakujących na wybojach. Białą bryłę hotelu zauważam z odległości niespełna kilometra. Im bliżej, tym bardziej uderza rozmach: ponad 200 tys. m kw., 13 kondygnacji, zewnętrzny basen o wymiarach boiska piłkarskiego.
Nowy Hotel Golebiewski w Pobierowie
Foto: Krzysztof Hadrian / Agencja Wyborcza.pl
— Poczekać, aż pani zrobi sobie zdjęcie? — pyta kierowca, kiedy wysiadam przed bramą wjazdową. — Naprawdę? — dziwi się, kiedy mówię, że będę tu nocować. — Goście premium wynajętymi samochodami jadą z lotniska w Goleniowie i zamiast wybojów wybierają prostą drogę od Łukęcina — nie dowierza.
Przekraczam bramę do — jak czytam na stronie sieci hoteli Gołębiewski — „nowego standardu gościnności”. Ma być bezpiecznie, ale po wejściu na 30-hektarowy teren obiektu muszę uważać na kursujące ciężarówki z belami trawy, nyski zapakowane po dach materiałami budowlanymi i potężny wysięgnik. Na trawniku widzę puste butelki, kawałki papieru. Chodnik tarasuje przewrócony pojemnik na śmieci i drzewko wyrwane z korzeniami. Na wzgórzu, pod budynkiem dwóch robotników dopiero montuje napis „Hotel Gołębiewski”.
Jak Jezus w Świebodzinie
W lobby tłum. W nim polujący na zdjęcia turyści z okolic Pobierowa, goście hotelu wracający w białych szlafrokach z basenów, sauny czy komnaty solnej i pracownicy techniczni w drelichach. Kilka osób z psami: hotel akceptuje zwierzęta, ale za psa ważącego do 10 kg trzeba dopłacić 150 zł za dobę. Cena za większego zwierzaka rośnie do 250 zł.
Wystrój wnętrza jest charakterystyczny dla sieci hoteli Gołębiewski. Marmur, drewno, sztuczne rośliny, zwisające z sufitu żyrandole z błękitnego szkła, długi blat recepcji z podświetlonym kamieniem i zajmujące pół ściany akwarium. Przed wejściem do wind na stoliku z bukietem gardenii stoi zdjęcie zmarłego w 2022 r. założyciela hoteli, Tadeusza Gołębiewskiego. — Nie ma takiej możliwości — słyszę, kiedy pytam, czy do pokoju, w którym nocleg kosztuje 1407 zł, mogę wejść pół godziny przed rozpoczęciem doby hotelowej. Pokoi dla ponad 3000 osób ma być w sumie 1240. Na razie można wynająć 170, ale w pierwszy dzień wakacji do dyspozycji gości będą 532 numery.
Nowy Hotel Golebiewski w Pobierowie w dniu otwarcia 10 czerwca 2026 r.
Foto: Krzysztof Hadrian / Agencja Wyborcza.pl
Wykorzystuję czas do zakwaterowania i wysyłam do działu prasowego sieci Gołębiewski pytanie o obłożenie hotelu. I pytam kilka osób o wrażenia z oglądania obiektu.
— Jak dla nas: masówka premium dla klasy średniej. Naprawdę bogaci tu nie przyjadą, bo wybiorą coś kameralnego albo skoczą do jednej ze swoich rezydencji w Europie — słyszę od pary trzydziestolatków siedzących w hotelowym lobby.
— Mówią, że to mały Dubaj, ale dla mnie to moloch w stylu gigantycznej figury Jezusa w Świebodzinie — ocenia 50-latka, która z wynajętego domku w Pobierowie wpadła do Gołębia na kawę i tartaletkę z truskawkami. Niewiele ponad 100 gramów ciastka kosztuje 31 zł.
— Miejsce absolutnie wspaniałe — z entuzjazmem ocenia para emerytów, której syn — dyrektor w korporacji — zafundował tygodniowy wyjazd do Pobierowa z dwójką wnucząt. — Coś cudownego dla rodzin z dziećmi, które mają cały dzień wypełniony w hotelowym Parku Wodnym Tropikana, basenach z piłkami, do których można zjechać specjalnymi zjeżdżalniami, i w hotelowym kinie. Dzieciaki mają nawet swoją restaurację, w której mogą zjeść naleśniki. Jedyny problem to brak zasięgu, ale każdemu przyda się detoks od smartfona — dodają.
Minutę po godz. 15 dostaję elektroniczny klucz do pokoju. Drugie piętro, numer 2002. Droga od windy do pokoju na końcu pustego korytarza — wyłożonego wykładziną w krzykliwe wzory — zajmuje mi trzy i pół minuty.
Spec od samowolki
Mój pokój ma ponad 30 m kw. Niewiele, bo średnia wielkość pomieszczeń dla gości w hotelu Gołębiewski to 60 m. Apartamenty — po dwa na każde piętro — mają po 119 metrów kwadratowych. Niezależnie od metrażu w każdym z pokoi jest garderoba, przestronny korytarz z lustrem, łóżko z materacem klasy premium, plazma na jedną trzecią ściany i taras z meblami ogrodowymi. Gość apartamentu dostaje w bonusie wannę z widokiem na morze.
Na dobrą kawę — za 17 zł — trzeba zejść do lobby: w pokoju jest tylko czajnik i dwie małe saszetki z kawą rozpuszczalną. W innych obiektach sieci na gości czekają ciasteczka z należącego do rodziny Gołębiewskich przedsiębiorstwa produkującego słodycze TAGO. W Pobierowie ich nie ma. W innych Gołębiach, np. w Karpaczu, można wykupić korzystne finansowo pakiety dla przyjaciółek, dla dwojga czy dla seniora. Bywa też taniej. W szczycie sezonu cena za pokój w Pobierowie zaczyna się od niespełna 1800 zł. Za apartament trzeba zapłacić ponad 5 tys. W tym samym czasie nocleg w Wiśle kosztuje prawie 930 zł, a w Białymstoku — 305,97 zł.
Jednak wszystkie te hotele, oprócz właściciela, mają wiele wspólnego: kontrowersje. Założyciel sieci, Tadeusz Gołębiewski, był nazywany geniuszem biznesu: pochodził z biednej, rolniczej rodziny. W PRL dorobił się na produkcji wafli do lodów, na które ciasto wyrabiał w pralce Frani. Po przełomie 1989 r. fortunę ze sprzedaży słodyczy zainwestował w swój pierwszy hotel w Mikołajkach. Dziewięć lat później odkupił od spółki Orbis hotel w Białymstoku w stanie surowym. W 2002 r. zrobił podobny interes, tym razem niedokończony budynek hotelowy kupił od Spółdzielni Turystycznej Gromada. Pieniądze z zysków z hoteli zainwestował w zbudowany osiem lat później obiekt w Karpaczu. Przez ten czas z geniusza biznesu stał się dla wielu specem od samowolki. W Karpaczu wybudował obiekt o dwa piętra wyższy od pierwotnie zgłoszonego. Hotel w Wiśle sam przyznał sobie pięć gwiazdek. Sprawa nielegalnie dobudowanej sali konferencyjnej w białostockim Gołębiu dotarła do Naczelnego Sądu Administracyjnego, który nakazał jej rozbiórkę.
Etaty dla 500 osób
Przed przyjazdem do Pobierowa na jednej z zamkniętych grup dla pracujących nad morzem wrzucam ogłoszenie, że szukam byłych pracowników nadmorskiego Gołębia. Odzywa się kilka osób. Wszyscy nadal pracują w sieci, ale przez średnio trzy lata byli tu w delegacji. — W Pobierowie od początku mieliśmy pod górkę — mówi pracownik techniczny. — Tatuś, jak mówiliśmy o Tadeuszu Gołębiewskim, kupił w 2017 r. ziemię po byłym dywizjonie rakietowym od gminy Rewal. Zapłacił niewiele, bo 50,5 mln zł. Hotel, który miał być dziełem jego życia i ukoronowaniem biznesów, planował wybudować za zyski z innych hoteli i fabryki słodyczy. Budowa, rozpoczęta w 2018 r., miała się zakończyć w 2020 r. Szacowany koszt: ponad 800 mln zł.
Pracownik sieci wspomina, że Gołębiewski senior chętnie przyjeżdżał na budowę. Mieszkał w przygotowanym dla niego apartamencie — w każdym hotelu rodzina Gołębiewskich ma swoje apartamenty, którymi zajmują się specjalnie wyznaczone do tego pokojowe — jadł z robotnikami, sprawdzał, jak im się żyje w kilkuosobowych pokojach w blokach pracowniczych postawionych na tyłach budowy. — Kiedy latem 2020 r. nagle zmarł na zawał serca, roboty stanęły na wiele miesięcy — wspomina pracownik sieci. — Czekaliśmy pół roku na powstanie Gołębiewski Holding. Cieszyliśmy się, że znów jest robota, i nikt nie zwracał uwagi, że zbudowaliśmy pięć basenów bez wymaganej zgody nadzoru budowlanego. Dla nas, maluczkich, bez znaczenia było też to, że holding miał problemy z uzyskaniem zgody na postawienie tymczasowego zejścia na plażę. Nie zawracaliśmy sobie głowy ekologami, którzy protestowali przeciwko wycięciu z terenu hotelu 1,5 tys. rosnących tu drzew.
— Coś za coś. Nie ma drzew, ale 500 osób może tu znaleźć etat — mówi dwudziestoparolatka z Rewala, którą spotykam w hotelowej kawiarni. Za moment będzie mieć rozmowę o pracę z menedżerem Gołębiewskiego. Informację, że hotel szuka pokojowych, kelnerek i pracowników zmywających, znalazła na stronie golebiewski.pracujunas.pl. Skończyła wprawdzie szkołę fryzjerską w Kołobrzegu, ale w okolicach Rewala i Pobierowa pracy w tym zawodzie brak. O pracę w hotelu będzie się też starał jej chłopak, absolwent technikum gastronomicznego w Kamieniu Pomorskim. Po szkole pracował w pizzerii i kebabie. Gołąb szuka wprawdzie sushi mastera i kucharza kuchni orientalnej, ale chłopak jest zdeterminowany i szybko się uczy.
Martini w pękatym kieliszku
— Brak doświadczenia pracowników hotelu jest niestety mocno wyczuwalny — mówi trzydziestoparoletnia ekonomistka z Poznania. Dosiadłam się do jej stolika podczas — zapewnionej w ramach pobytu — obiadokolacji w hotelowej restauracji Czerwona. — Od lat jeżdżę do hoteli Gołębiewski. Latem jestem w Mikołajkach, zimą w Karpaczu albo Wiśle. Uwielbiam przyjeżdżające tam kulturalne towarzystwo i kuchnię z pikantnym łososiem z arbuzową salsą, marynowanym stekiem calipso i kaczką pieczoną z jabłkami — opowiada. — W starych Gołębiewskich widać, że pracownik — od recepcjonisty po kelnera — jest mistrzem w swoim fachu. Ale wczoraj w Pobierowie wydarzyło się coś niedopuszczalnego: poszłam do baru w lobby posłuchać koncertu fortepianowego. Zamówiłam kieliszek martini. Myślałam, że dostanę je w specjalnym kieliszku koktajlowym, nazywanym martinówką. I proszę sobie wyobrazić, że martini podano mi w dużym i pękatym kieliszku do czerwonego wina!
Ekonomistka przyznaje, że martini nie wypiła i zwróciła uwagę kelnerce oraz barmanowi. Prosili o wyrozumiałość. Dodali, że pochodzą ze wsi pod Kamieniem Pomorskim, mieszkają w blokach pracowniczych za hotelem i dopiero uczą się fachu. — Ale to nie wszystkie wpadki — dodaje ekonomistka. — Dziś rano zauważyłam wpuszczonego do hotelu dostawcę pizzy. W miejscu, które słynie z dobrego smaku, ktoś sobie zamówił hawajską z ananasem! To tak, jakbym schodząc prywatnymi, hotelowymi schodami na plażę, zabrała ze sobą kanapki z szynką i czteropak piwa.
Na razie jednak — co też niepokoi ekonomistkę — nie tylko goście Gołębia mają dostęp do prywatnego zejścia na plażę. Każdy może się tam dostać, przechodząc przez lobby, pokonując przeszklone drzwi i mijając kilkumetrowe serce z wypolerowanego metalu, przy którym wszyscy robią sobie fotki. Ekonomistka była przekonana, że płacąc prawie 2 tys. za dobę, będzie miała coś wyjątkowego. Tymczasem, schodząc na plażę z rodzinami z pobliskich kwater i domków, czuje się jak uczestniczka all-inclusive w Turcji. Na szczęście — jak mówi — nie wszyscy mogą wejść do hotelowego kina, na jogę i aquaerobic dla gości czy do gigantycznej sali kongresowej, która pomieści prawie 3 tys. osób.
Umawiamy się na następny dzień na zejście prywatnymi, hotelowymi schodami i spacer po przylegającej do nich plaży. Nazajutrz kończy mi się dobra hotelowa. I leje, więc z naszego spaceru nici. Udaje mi się dodzwonić do kierowcy meleksa, który mimo trudności — nad drzwiami hotelu trwał montaż ciężkiej konstrukcji oświetleniowej — parkuje przed głównym wejściem. — 50 zł — mówi, chociaż dzień wcześniej za taki sam kurs płaciłam 15 zł.
W autobusie, w drodze powrotnej do Warszawy, dostaję maila od działu prasowego hoteli Gołębiewski. Czytam, że na razie wynajętych jest ponad połowa pokoi, ale w pierwszym dniu wakacji obłożenie skoczy do 95 proc. A ludzie i tak wciąż dzwonią i pytają, czy aby nic się nie zwolniło. Dla stęsknionych luksusu w wersji XXL samo selfie z Gołębiem to za mało.




