Z rosyjskiej armii dezerterują zaciągnięci do niej seryjni mordercy i gwałciciele. Na „wolności” natychmiast znajdują kolejne ofiary.
Siergiej Anaguricz pochodzi z położonego na końcu świata, bo w Jamalsko-Nienieckim Okręgu Autonomicznym, miasta Nadym. Na dalekiej Syberii, gdzie brakuje pracy i nadziei na lepsze jutro, wielu mężczyzn topi smutek w alkoholu. Po kilku głębszych Anaguricz robił się agresywny i bił towarzyszy biesiady, którzy mieli już dość i odmawiali kasy na kolejną butelkę. W 2014 r. skatował kolegę od kieliszka na śmierć i trafił do kolonii karnej o zaostrzonym reżimie.
Ledwo Putin napadł na Ukrainę, już po czterech miesiącach wojny zjawili się w kolonii przedstawiciele resortu obrony, by zachęcać skazańców do „odkupienia swoich win w służbie ojczyźnie”.
Anaguricz zaciągnął się do armii, trafił do położonej w obwodzie donieckim Nowopokrowki, ale kiedy miasto znalazło się pod ostrzałem artyleryjskim, uciekł z frontu na Syberię. Kiedy dotarł do domu, postanowił rozpocząć „nowe życie” – związał się z kobietą, znalazł pracę. Lubił się chwalić, że w Ukrainie widział stosy trupów, a sam uciekł z pierwszej linii ognia. Nie rzucił jednak nałogu i zimą 2023 r. podczas suto zakrapianej imprezy dotkliwie pobił dwóch kolegów. Milicja rozesłała za nim list gończy i nawiązała kontakt z jednostką wojskową, z której Anaguricz zdezerterował. Gdy funkcjonariusze usłyszeli od wojskowych, że „to musi być jakaś pomyłka”, ponieważ Siergiej Anaguricz wciąż jest w oddziale, zamknęli sprawę.
Po kilku miesiącach w Nowopokrowce znów podczas libacji alkoholowej pobity został na śmierć mężczyzna. Sprawca walił go patelnią i taboretem, po czym zaczął się chwalić, że jest „byłym więźniem, który służył na wojnie z Ukrainą”. Milicja po raz kolejny skontaktowała się z jednostką wojskową i znów usłyszała, że Siergiej Anaguricz wciąż w niej służy. Do tego pochodzi z dalekiej Syberii i jest byłym więźniem, który wyruszył na front wiedziony obietnicą wolności. Szkopuł w tym, że był to inny Anaguricz. Dopiero wówczas sprawca kilku ciężkich pobić i zabójstwa trafił do aresztu.
***
Do prowadzenia wojny nad Dnieprem każdego tygodnia Putin potrzebuje świeżej krwi, bo Rosja traci tysiące rannych. Dlatego już w czerwcu 2022 r., niespełna cztery miesiące po inwazji, do rozsianych po całym kraju więzień i kolonii karnych udał się Jewgienij Prigożyn (wówczas przyjaciel Władimira Putina, dowodzący wojskami Wagnera – prywatną formacją zbrojną na usługach władz). W kamasze szli najciężsi przestępcy, do rąk dostawali karabin (w dwa tygodnie mieli nauczyć się strzelać) i fałszywą obietnicę, że przez pięć miesięcy nie będą służyć na pierwszej linii ognia. Ich konta zasilano kwotą 100 tys. rubli (ok. 4 tys. zł), a kartoteki kryminalne wyzerowywano. W 2023 r. werbowaniem przestępców zajęło się już oficjalnie Ministerstwo Obrony, podwyższając stawkę wypłacaną skazańcom.
Największe światowe media (jak „New York Times”) i fundacje zajmujące się problematyką penitencjarną (jak Rus’ sidjaszczaja prowadzona przez Olgę Romanową) próbowały oszacować, ilu kryminalistów służy na froncie. Romanowa twierdzi, że w latach 2022-2023 wojska Wagnera zasiliło ok. 50 tys. łagierników i więźniów. Ustalono także, że długość życia walczącego skazańca jest o wiele krótsza niż żołnierza kontraktowego. Nad Dnieprem giną ich tysiące.
Niektórym udaje się jednak system przechytrzyć. Uciekają z najgorszego piekła, czyli z linii zero, przeżywają „mięsne szturmy” (najcięższe walki o dobrze ufortyfikowane pozycje) i wracają do rodzinnych miejscowości wiedzeni szansą znalezienia nowych ofiar.
Petersburski Hannibal Lecter
Pomysł nie jest nowy. W 1941 r. po napaści hitlerowskich Niemiec na Związek Radziecki dowódcy Armii Czerwonej także szukali mięsa armatniego w więzieniach i łagrach. Więźniowie – tak jak dzisiaj – rzucani byli do najcięższych walk, np. z gołymi rękoma szli przez pola minowe, całymi kolumnami kończyli pod gąsienicami czołgów. Wówczas niewielu uciekało spod kul. Za plecami żołnierzy stały uzbrojone oddziały strzelające do tych, którzy postanowili wykonać „krok w tył”. NKWD „dbało”, by dezercja nie była w Armii Czerwonej zjawiskiem masowym.
Osiemdziesiąt lat po tamtej wojnie Andriejowi Kijce nikt nie utrudnił ucieczki z frontu. Jest przestępcą, którego zła sława wykroczyła poza rodzinny obwód leningradzki. W 2008 r. petersburscy dziennikarze śledzili (szczególnie uważnie portal Fontanka) napaści na kobiety w Sosnowym Parku – sprawcy nadano pseudonim Sosnowy Maniak.
Przeglądając relacje Fontanki, nabiera się przekonania, że każdy kolejny napad był coraz brutalniejszy. Kijko lubował się w okrutnej przemocy. Na wyrost porównywany był nawet do Hannibala Lectera z „Milczenia owiec”. Po ujęciu Kijki i skompletowaniu jego kartoteki okazało się, że „Sosnowy Maniak” dokonał trzech morderstw (pierwszy raz zabił, mając 20 lat), 12 gwałtów i 15 napadów. Atakował kobiety, z którymi pozostawał w „przyjacielskiej” relacji (np. zaprosił na spacer i zamordował podczas niego koleżankę z pracy), albo wybierał ofiary przypadkowe, które późnym wieczorem wracały do domu przez ciemny park. Przemoc na krótko zaspakajała Kijkę. W jeden dzień zgwałcił dwie kobiety – jedna z nich była w zaawansowanej ciąży, jego ofiarą padła także 17-letnia dziewczyna.
W obszernym artykule na temat Kijki, opublikowanym na portalu Radia Swoboda, czytamy, że w toku śledztwa morderca próbował dowieść swojej niepoczytalności. Opowiadał, że w dzieciństwie doznał urazu głowy i od tamtego czasu prześladuje go widok „kobiety ze świeczką”. Psychiatrzy nie byli zgodni: jedna ekspertyza mówiła, że morderca jest niepoczytalny, druga – że powinien odpowiedzieć za swoje czyny. Sąd nie przychylił się do wniosku prokuratora i nie skazał Kijki na dożywocie, otrzymał on wyrok 25 lat pozbawienia wolności.
W 2024 r. – przebywając w kolonii karnej – podpisał kontrakt z Ministerstwem Obrony i wyruszył na ukraiński front. Po niespełna roku walk został ranny, trafił do szpitala w Rostowie nad Donem, później przeniesiono go do Kronsztadu, gdzie przechodził rehabilitację. Tu po raz ostatni miała z nim rozmawiać jego matka Swietłana.
Niedawno mieszkańcy Petersburga zawiadomili policję, że widzieli mężczyznę do złudzenia przypominającego Kijkę (rysopis dokładnie odpowiadał petersburskiemu Hannibalowi Lecterowi). Ministerstwo Obrony Rosji twierdzi, że Kijko zginął w walkach toczonych nad Dnieprem. Nie podano jednak, gdzie i kiedy przestępca miał polec. Ciała nie odnaleziono.
Dwanaście milionów rubli
Niezależne rosyjskie media obiegła też fotografia Denisa Połownikowa. Trzydziestoośmioletni, szczupły i krótko ścięty mężczyzna ubrany jest w bluzę dresową. Stoi za szklaną szybą „klatki” w sali sądowej, spogląda przed siebie, lekko schylając głowę. Wygląda na spokojnego, a nawet wydaje się łagodny.
W lutym 2024 r. Połownikow zaciągnął się na ukraiński front z kolonii karnej, gdzie odsiadywał wyrok za morderstwo. Został ranny, trafił do szpitala, z którego po opatrzeniu ran i rekonwalescencji miał dotrzeć do wskazanej przez przełożonych jednostki wojskowej. A że nad byłymi więźniami nikt nie sprawuje żadnej kontroli, Połownikow wsiadł w pociąg jadący w przeciwnym kierunku niż wyznaczona przez generałów baza. Dotarł w rodzinne strony (miasteczko Arti na Uralu), tu zmienił nazwisko na Gopparow, wyrobił fałszywe dokumenty i bez problemu znalazł pracę.
Policja wojskowa potrzebowała pół roku, by zatrzymać Połownikowa i wysłać go do jednostki dla więźniów, którzy zdezerterowali. Stąd miał zostać przetransportowany do Rostowa nad Donem, by znów wyruszyć na front. Kolejny raz udało mu się jednak uciec. Z południa Rosji dotarł do wioski położonej w obwodzie swierdłowskim na Uralu. W Ufimsku poznał starszą od siebie o siedem lat Oksanę, która pogrążona była w żałobie – jej mąż poległ nad Dnieprem w pierwszych tygodniach wojny. Na archiwalnych zdjęciach zobaczyć można niską, krępą kobietę w okularach. Jak wyznaje w Radiu Swoboda Ludmiła, przyjaciółka Oksany (redakcja zmieniła imię w trosce o jej bezpieczeństwo), Oksana zakochała się w Denisie od pierwszego wejrzenia. Dezerter wiedział, jak wkupić się w łaski zakompleksionej kobiety i zdobyć jej zaufanie. Oksana podała mu kod do swojego telefonu i karty kredytowej, otrzymał pełnomocnictwo do jej rachunku bankowego.
Połownikow wiedział, że Oksana – jako wdowa po poległym na froncie żołnierzu – otrzymała 12 mln rubli rekompensaty z kasy państwa. Pewnego dnia poprosił Oksanę, by „dała mu” owe pieniądze na nowy samochód. Gdy odmówiła, skrupulatnie zaplanował zbrodnię: w położonym nieopodal szosy lasku wykopał dół, zaprosił Oksanę na wieczorną przejażdżkę i spacer. Kiedy wysiedli z samochodu, kobieta niczego nie podejrzewała. Połownikow miał raz jeszcze zapytać: „Czy dasz mi te 12 mln rubli?”, a kiedy Oksana odmówiła, wymierzył jej cios pięścią w twarz, po czym założył na szyję sznurek i zaczął dusić. Ofiarę opuściły siły, przestała się bronić, straciła władzę w nogach i osunęła się na ziemię, wówczas Połownikow poszedł do samochodu po młotek i zadał jej kilka śmiertelnych ciosów w głowę. Morderca ukrył ciało we wcześniej wykopanym dole. Z torebki ofiary wyciągnął telefon komórkowy i przez kilka kolejnych dni wysyłał z niego SMS-y do bliskich Oksany, podszywając się pod nią.
Dla Ludmiły udział w procesie sądowym był trudnym doświadczeniem. Poznała nie tylko szczegóły zbrodni. Dowiedziała się także, że Połownikow (którego znała jako Denisa Gopparowa) wiódł podwójne życie. Miał żonę i dziecko w wieku niemowlęcym. Chwilę po zamordowaniu Oksany zalogował się na jej bankowe konto, by przelać z niego 450 tys. rubli na rachunek swojej żony, swoje konto zasilił kwotą w wysokości 550 tys. rubli.
Sąd skazał Połownikowa na 25 lat – siedem spędzić ma za kratami, resztę wyroku w kolonii karnej. „Czy będzie mógł jeszcze raz pójść w kamasze?” – zastanawiają się dziennikarze śledczy Radia Swoboda. Przecież wojna w Ukrainie wciąż potrzebuje krwi. A dla ciężkich skazańców obietnica wyjścia zza krat i wyczyszczenia kartoteki kryminalnej zawsze będzie kusząca.
Byli skazańcy nie tylko swobodnie spacerują po ulicach. Stali się kimś w rodzaju celebrytów. W ich otoczeniu fotografują się gubernatorzy. Bywało, że – jako weteranów „specjalnej operacji wojskowej” – zapraszały ich przedszkola i szkoły. Skazani za gwałty, morderstwa ze szczególnym okrucieństwem, a także pedofilię mężczyźni uczyli dzieci i młodzież „patriotyzmu”.
De facto ich życie ma dla Kremla niską cenę. Są „robactwem”, którego trzeba się pozbyć. Uczestniczą we wspomnianych mięsnych szturmach, które są niczym innym jak „rozpoznaniem bojem”. Do walki stają często z gołymi rękami, bo nie ma dla nich nie tylko mundurów, ale i karabinów. Jeśli przeżyją, uciekają. Seryjni mordercy, gwałciciele wtapiają się w tłum. Swobodnie polują. Podczas wizji lokalnej Andriej Kijko z dużym spokojem opowiadał o popełnionych przez siebie napaściach i morderstwach. Obejmował kobiecy fantom i mówił, jak ofiarę przyduszał, jak zdarł z niej ubranie, jak gwałcił. Rosyjskie niezależne media zrelacjonowały zaledwie kilka historii dezerterów będących nie tylko uciekinierami z frontu, ale przede wszystkim mordercami i gwałcicielami.
O skali problemu nikt nie ma jednak pojęcia. Każdy weteran, któremu cudem udało się przeżyć, może być najcięższym przestępcą albo obwieszonym medalami „obrońcą ojczyzny”.





