Na koniec 2024 r. prywatne ubezpieczenie zdrowotne miało 5,4 mln osób. Wartość rynku prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych wzrosła rok do roku o 35 proc.
Wnętrze robi wrażenie. Miłe panie w recepcji, kawa z modnej sieciówki, a zamiast automatu z chipsami i batonikami — restauracja. Wojtek siada na wygodnej kanapie i podąża wzrokiem za robotem sprzątającym. Ilekroć robot do niego podjeżdża, na wyświetlaczu pokazuje się emotka uśmiechu.
— Panie Wojciechu, za chwilkę zaprosimy pana do gabinetu — uśmiecha się młoda pielęgniarka. Siedząc w przypominającej lobby hotelowe poczekalni jednego z dużych prywatnych szpitali w Warszawie, Wojtek na chwilę zapomina, że boli go złamany palec.
— Czułem się, jakbym wybierał nowy telefon u operatora. Same promocje. A potem — jak to w sklepie — okazało się, że najważniejsze to czytać mały druczek.
1.
Już ponad połowa Polaków korzysta z prywatnej opieki zdrowotnej. Na koniec 2024 r. prywatne ubezpieczenie zdrowotne posiadało 5,4 mln osób. Suma składek wyniosła 2,3 mld zł. W 2024 r. wartość rynku prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych wzrosła o 35 proc. w stosunku do roku poprzedniego. Jednocześnie z badań CBOS z 2025 r. wynika, że aż 62 proc. Polaków negatywnie ocenia działalność publicznego NFZ.
— Nie pamiętam, kiedy ostatnio skorzystałem z publicznej opieki zdrowotnej — przyznaje Michał. Czterdzieści lat, żona i pięcioletni syn. Wszyscy objęci prywatnym medycznym pakietem premium. — Ideowo uważam, że skoro jako obywatele umówiliśmy się z państwem, że ma organizować publiczną opiekę zdrowotną, to należy wymagać, by dotrzymywało swojej części umowy. Ale czy naprawdę chciałbym prowadzić syna do publicznego dentysty? Czekać na psychoterapeutkę? Albo zapisywać na państwową rehabilitację po urazie kolana?
Tomek (trzydzieści pięć lat, dobra praca i zero problemów zdrowotnych) uważa, że publiczny system nie działa. Ideowo bliżej mu do Amerykanów. — Chcę móc kupić sobie taką opiekę, na jaką mnie stać. Mam rodzinę w USA, tam masz ubezpieczenie, które albo opłacasz sam, albo płaci je twój pracodawca i wszystko jest bardziej przejrzyste. Nie mam nic przeciw solidarności społecznej, ale system, który mamy w Polsce, jest niewydolny, NFZ wiecznie brakuje pieniędzy. A do tego ciągłe afery. Rozumiem pomaganie uboższym, ale nie chcę finansować lekarzy ludziom, którzy nie chcą pracować albo próbują oszukać system, nie płacąc podatków.
— Uważam, że państwo powinno podnieść składkę zdrowotną — protestuje Michał. — Tylko politycy powinni wziąć się do roboty i przedstawić konkretne działania. Co zrobić, żeby uszczelnić system, jak pozbyć się cwaniaków, którzy wyciągają miliony. No i co zrobić, żeby ludzie nie musieli na prosty zabieg czekać miesiącami albo i latami.
2.
— Słyszy się głosy, że problemy ochrony zdrowia można by rozwiązać poprzez ruchy prywatyzacyjne. Da się? — pytam prof. Monikę Raulinajtys-Grzybek, kierowniczkę Katedry Rachunkowości Menedżerskiej Szkoły Głównej Handlowej i think thanku SGH dla ochrony zdrowia.
— O prywatnej sferze mówimy w dwóch kontekstach. Po pierwsze: strumień finansowania. Publiczne to jest co, co jest finansowane z naszej składki, z budżetu państwa. Prywatne — z kieszeni pracodawcy lub bezpośrednio naszej. Drugi wymiar to własność placówki medycznej. Często te pojęcia są mieszane. Jeśli mówimy o tym pierwszym wymiarze — na pewno jest to rozwiązanie dla części osób. Jeśli ktoś chce mieć szybszy, łatwiejszy dostęp do lekarza — płaci za wizytę lub kupuje abonament. Wielu pracodawców zapewnia dostęp do prywatnej opieki medycznej. Jestem chora? Potrzebuję diagnostyki? Idę do lekarza. To rozwiązuje część problemów, ale i rodzi kolejne. Polacy częściej niż inni Europejczycy chodzą do lekarzy specjalistów.
— Dlaczego?
— Czasem te wizyty są rodzajem pustych przebiegów. Ktoś szuka na oślep, idzie nie do tego specjalisty, co trzeba. Okazuje się, że problem jest gdzie indziej, bo ktoś nie był w pełni zdiagnozowany. Należy też pamiętać, że system publiczny to nie tylko specjalista w ambulatorium. To także drogie zabiegi, kosztowne leczenie, na przykład onkologiczne. Znacznie częściej realizowane w wymiarze publicznym.
— To może rzeczywiście przejść na system amerykański? Każdy płaci za siebie, każdy kupuje sobie ubezpieczenie. Może wtedy ten wadliwy system można by zamknąć?
— A co z tymi, których na to nie stać? Z tym borykają się Amerykanie. Jest cała rzesza ludzi, których nie stać na leczenie. To rodzi koszty społeczne. My jako Europa wybraliśmy inną drogę, z większymi zabezpieczeniami. Raczej nie słyszymy o sytuacjach, że komuś zamknięto drzwi SOR przed nosem albo wystawiono taki rachunek, że po wyjściu ze szpitala musi sprzedać dom. System amerykański jest najdroższy na świecie, o czym często się zapomina. Amerykanie wydają dwukrotnie większy procent PKB na ochronę zdrowia niż Polska i coraz głośniej mówią o tym, że system jest niedostatecznie efektywny. Jestem zwolenniczką dobrze działającego systemu publicznego, w którym obywatele płacą składki lub podatki i dostają gwarantowaną ochronę w określonym wymiarze. Problem w tym, że chcielibyśmy bardzo dużo w tym publicznym systemie finansować, a nie chcemy płacić wyższych składek. Musimy rozwiązać ten węzeł gordyjski, bo już chyba jesteśmy pod ścianą.
Nie mówi się też o podniesieniu wieku emerytalnego, który oznaczałby dłuższy okres płacenia składek od wynagrodzenia, które z reguły są wyższe niż składki od emerytur. Nie chcemy trudnych tematów politycznych.
Państwo mówi: wydamy w tym roku X. Potem się okazuje, że to jest X plus 14 mld zł dziury w budżecie NFZ. — Pacjenci już za te plus 14 mld są leczeni. Szpitale stają się kredytodawcami NFZ. Na konkurencyjnym rynku firmy upadają, kiedy zabraknie im płynności, a z takim problemem borykają się placówki medyczne, które czekają na płatność za wykonane świadczenia, np. programy lekowe czy świadczenia ratujące życie ponadlimitowe. Pytanie, jak długo jeszcze będą mogły to robić — mówi prof. Monika Raulinajtys-Grzybek.
3.
— Nie jestem pewien, ale coś pani ma w lewym jajniku — twierdzi doktor w prywatnej placówce w Krakowie. Zosia ma dwadzieścia sześć lat, jest na studiach doktoranckich na UJ, na co dzień mieszka w Warszawie. Korzysta z rodzinnego pakietu VIP. Poszła do ginekologa z silnym bólem podbrzusza. — Dam pani skierowanie do publicznego szpitala, niech oni to obejrzą.
Na karcie wystawia skierowanie na zabieg. Nie tłumaczy dlaczego.
— Przeraziłam się, w życiu nie miałam żadnej operacji — opowiada Zosia. — Pomyślałam, że jak wrócę do Warszawy, pójdę do prywatnego szpitala i dowiem się, co i jak.
W szpitalu wykryli torbiele na lewym jajniku. — Trzeba to będzie operować — mówi lekarka. Miła, empatyczna. — Ale poczekajmy chwilę, upewnijmy się, że to na pewno to. Trzeba być w odpowiednim momencie cyklu. No i może same się wchłoną. One się często wchłaniają.
Miesiąc później Zosia miała mieć zabieg, a przed nim konsultację anestezjologiczną. Konsultacja się odbyła, ale zabieg już nie. — Miałam zapalenie gardła, lekarka powiedziała, że musimy przełożyć.
Na szczęście podała prywatny numer telefonu.
— Konsultacje przedzabiegowe są dodatkowo płatne, bez sensu, żebyś płaciła — powiedziała.
— Minęły dwa miesiące, stan się zaostrzył. Nie mogłam się umówić na zabieg, bo ciągle coś. Trzeba jeszcze taką konsultację, takie badanie. W końcu pojechałam na SOR. Powiedzieli, że torbiele urosły, ale oni tego nie będą robić. Polecili inny szpital, a potem jeszcze inny.
„Takie rzeczy w takim wieku?” — rzuca lekarz w publicznym szpitalu. Nie tłumaczy, co miał na myśli. Inna lekarka w prywatnym szpitalu mówi: „Lepiej tego zabiegu nie robić”. Nie mówi dlaczego.
— W końcu udało mi się zapisać na zabieg w publicznym szpitalu. Przyjechałam z rzeczami, przekonana, że się od razu kładę na łóżko. Przychodzi lekarz, znany położnik, i mówi, że on co prawda bardzo lubi operować i może to zrobić, tylko czy ja sobie zdaję sprawę z ryzyka niepłodności.
Lekarz, nie mówiąc nic więcej, drukuje jakieś papierki i podaje je Zosi.
— Czy to jest wypis?
— Tak.
— Czy to znaczy, że nie będę miała zabiegu?
Lekarz podnosi wzrok: — Czy pani jest na lekach psychiatrycznych, czy pani jest głupia?
— Ostatecznie zrobiono mi ten zabieg w prywatnym szpitalu — opowiada Zosia. — Głównie dzięki otwartości i chęci pomocy mojej lekarki poczułam się jakoś zaopiekowana. Przed operacją okazało się, że muszę mieć konsultację anestezjologiczną. Mówię, że już miałam. „Ale trzeba jeszcze jedną, bezpośrednio przed zabiegiem. Kosztuje 500 zł”. Pytam, czy mogę jej nie mieć. „No, nie”. Pięć minut przed wizytą kontrolną usłyszałam, że i ona jest płatna, bo przysługują mi dwie darmowe, a ściąganie szwów wlicza się jako jedna z nich. A druga to była taka, że wyszedł lekarz na korytarz i zapytał, czy wszystko OK. Takie rzeczy są normalką w prywatnym systemie. Tutaj jest bardziej klient niż pacjent, wszystko jest korporacyjne. Potem, jak już się dotrze do lekarza, jest OK. Ale firma robi wiele, by do niego nie dotrzeć. Mam poczucie, że gdyby nie ta lekarka, bardzo ludzka, miła, chciała mi pomóc, to by mnie przerzucano od jednego lekarza do drugiego. Sprawdzała, czy gabinet jest wolny i szłyśmy szybko, slalomami, póki nikogo innego tam nie było. Zapłaciłabym dużo więcej, mimo że mam abonament. A dzięki ojcu mam taki najbardziej wypasiony, jak się da.
4.
Złamany palec składają Wojtkowi bez problemu. Każą wrócić po trzech tygodniach. Wojtek wraca i wtedy się zaczyna.
— Kto to panu tak spier***? — pyta lekarz.
— Pańska koleżanka z pracy.
— Trzeba to zrobić jeszcze raz. Źle się zrasta.
— Za drugim razem znowu się źle zrastało — wspomina Wojtek. — A w ogóle okazało się, że to było inne złamanie. Szpital skontaktował się w moim imieniu z najlepszym ponoć specjalistą w Polsce. Mówi: fifty-fifty, że ten palec będzie sprawny. Dobrze, że to lewa ręka. A ja jestem leworęczny. Na całe szczęście skończyło się OK. Ale się wkur***, więc mówię: odszkodowanie!
Szpital przydziela posiadającemu pakiet Wojtkowi asystentkę.
— Są problemy — przyznaje. — Proszę zadzwonić jutro.
Ale jutro już nikt nie odbiera. Wojtek próbuje z innych numerów.
— Dodzwoniłem się w końcu, ale — przyznaję — nie dałem rady ich przegadać. Po jednej stronie byłem ja, a po drugiej prawniczka wyspecjalizowana w tym, żeby sobie radzić ze wściekłymi pacjentami. Odpuściłem. Najważniejsze, że palec działa. Ja nie mówię, że prywatna opieka jest zła. Najczęściej jest super. Dobrze, że jest, i dobrze, że mnie na nią stać. Ale jakby sprywatyzować całą opiekę zdrowotną, to to wszystko będzie koszmarem, nie będzie żadnego pacjenta, będzie klient. A raczej koszt. To są wielkie korporacje i to nie powinno nikogo dziwić. To jest jakoś tam uczciwe. Wszystko się musi zgadzać w tabelce. Ciężko jest dyskutować z tabelką, bo ona jest aż tabelką, a ty tylko człowiekiem.
5.
— Co zrobić, żeby usprawnić publiczny system? — pytam prof. Monikę Raulinajtys-Grzybek.
— Szukajmy nisko wiszących owoców. Wdrażający reformę muszą dać ludziom poczucie, że coś dla nich ważnego już się poprawia. Na przykład, że kolejki, które bardzo doskwierają pacjentom, stają się krótsze. Trzeba zrobić szereg ruchów, które dadzą szansę na zbudowanie społecznej akceptacji dla bardziej bolesnych zmian. Trzeba też pokazać, że uszczelniamy system. Akurat — po ostatnich aferach z wynagrodzeniami — jest na to dobry czas. Ministerstwo musi pokazać, że będzie normalizować sytuację, uszczelniać. To da szansę opinii publicznej nabrać przekonania, że resort „wreszcie wziął się na poważnie za zdrowie”. Obywatele muszą mieć poczucie, że państwo da im więcej za ewentualną wyższą składkę zdrowotną.
Czyli to jest kwestia komunikacji?
— Od niej trzeba zacząć. Każda reforma może upaść, jeśli jest źle skomunikowana. Mnóstwo jest reform, które się nie udały, upadły, tylko dlatego, że do opinii publicznej trafił wypaczony ich obraz. Weźmy edukację zdrowotną — najbardziej chyba spektakularny przykład z ostatniego czasu. Świetny i niezwykle potrzebny projekt związany z poprawą postaw zdrowotnych dzieci i młodzieży. Rozbił się o szczegóły, które rozgrzały i podzieliły opinię publiczną. Potrzeba było roku, żeby wrócić do rozmów.
— Zdrowie potrafi wygrać wybory?
— Na pewno potrafi je przegrać. Natomiast naprawa ochrony zdrowia wymaga zaciśnięcia pasa i trudnych, niewygodnych decyzji.




