Mając w pamięci historię Nawrockiego, komentatorzy byli dość powściągliwi w negatywnych ocenach wyboru Przemysława Czarnka jako kandydata PiS na premiera. Dziś jednak coraz więcej wskazuje, że wybór ten był po prostu wielkim błędem prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Być może największym po wyborach w 2023 roku, mogącym kosztować PiS nie tylko przegrane wybory w 2027 roku, ale także dominującą pozycję na prawicy.
Prawdziwe powody rozłamu w PiS. Wyjaśniamy wszystko, co musisz wiedzieć
— Kiedy jednak prezes wyznaczył Czarnka na kandydata na premiera, w Mateuszu coś pękło. […] Dużo można znieść. Mateusz brał na siebie politykę, której znaczna część była pisana na Nowogrodzkiej. […] Pracował dla Nawrockiego w kampanii. Ale kazać mu pracować na tego krzykacza Czarnka, to już było za wiele — tak przyczyny rozłamu w PiS tłumaczą Dominice Długosz rozmówcy z partii.
Nawet jeśli tego typu wypowiedzi są elementem politycznej walki między różnymi frakcjami rozpadającego się obozu Zjednoczonej (kiedyś) Prawicy, a przyczyny rozpadu partii były znacznie bardziej złożone, niż wybór Czarnka na kandydata na premiera, to trudno oprzeć się wrażeniu, że może być w nich ziarno prawdy.
Co raz jeszcze pokazuje, jak wielkim błędem było wskazanie właśnie posła z Lubelszczyzny jako kandydata PiS na szefa rządu. Bo do tej pory Czarnek w tej roli nie osiągnął absolutnie żadnego stawianego przed nim celu — przede wszystkim nie osłabił Konfederacji Korony Polskiej i nie zahamował odpływu wyborców PiS na prawo — przyczynił się za to znacząco do rozpadu partii, czemu wskazanie kandydata na premiera półtora roku przed wyborami miało zapobiec.
Trudno się dziwić Morawieckiemu
Łatwo przy tym zrozumieć, dlaczego Czarnek mógł być dla Morawieckiego kroplą przepełniającą czarę. Jako premier Morawiecki musiał wielokrotnie znosić radykałów w swoim rządzie, próbujących mu narzucić swoją agendę i paraliżować jego program, musiał poświęcać wiele czasu i wiele politycznego kapitału, by w rządzie móc realizować własne postulaty. Miał jednak dostęp do maszynerii sterującej polityką państwa, nawet jeśli nie zawsze mógł jej użyć tak, jakby tego sobie życzył.
Dziś Morawiecki w polskiej polityce formalnie jest tylko jednym z wielu posłów największej opozycyjnej partii. Wskazanie Czarnka jako kandydata na premiera nie tylko wysyłało opinii publicznej sygnał, że PiS idzie mocno w prawo, ale także, że epoka Morawieckiego w partii zaczyna być zamkniętym rozdziałem. Wybór Czarnka, jakie nie stałyby za nim intencje, w praktyce uruchomiał procesy spychające byłego premiera na partyjny margines.
Morawiecki słusznie odczytał to zagrożenie i nie mógł pozostawić go bez odpowiedzi. Bo było oczywiste, że Czarnek będzie realizował swoją misję — marsz w prawo i walkę o znajdujących się tam wyborców — kosztem Morawieckiego, coraz bardziej dystansując się od dorobku jego rządów, a nawet otwarcie je atakując. Czarnek już to robi: od hasła „OZE-sroze”, wyśmiewającego program wsparcia fotowoltaniki kojarzący się z rządami Morawieckiego, po jego ostatnie słowa o konieczności wycofania wsparcia dla Ukrainy, odcinająmce się od polityki wschodniej Polski z lat 2022-23.
Morawiecki mógł albo próbować budować sobie w partii bazę, czyniącą z niego równoważnego z Czarnkiem gracza wewnątrz PiS — i być może temu na początku służyć miało Stowarzyszenie Rozwój+ — albo pójść na swoje. Alternatywą było zepchnięcie na partyjny margines, w podobny sposób jak stało się to z Beatą Szydło po 2018 r. Morawiecki znalazłby się przy tym na marginesie partii, w której radykalnym przekazie coraz mniej mógłby się odnaleźć.
Największy błąd prezesa?
Gdy Jarosław Kaczyński wskazał Karola Nawrockiego jako kandydata PiS na prezydenta, wielu komentatorów uznało to za największy polityczny błąd prezesa, który będzie kosztował jego partię ważne dla niej wybory prezydenckie. Mimo wszystkich swoich obciążeń, braków i wpadek w kampanii Nawrocki wybory wygrał, a Kaczyński raz jeszcze potwierdził, że albo ma genialny polityczny instynkt albo wyjątkowe szczęście.
Mając w pamięci historię Nawrockiego, komentatorzy byli dość powściągliwi w negatywnych ocenach wyboru Czarnka jako kandydata PiS na premiera. Dziś jednak coraz więcej wskazuje, że wybór ten był po prostu wielkim błędem prezesa Kaczyńskiego. Być może największym po wyborach w 2023 roku, mogącym kosztować PiS nie tylko przegrane wybory w 2027 roku, ale także dominującą pozycję na prawicy.
A prezes PiS nad władzą w państwie zawsze wyżej stawiał absolutną kontrolę nad własną partią i hegemonię swojej partii po prawej stronie. Kaczyński zakłada bowiem, nie bez racji, że władzy w państwie nie da się sprawować w nieskończoność, w demokracji czasem nie można uniknąć jej utraty, a kluczem do tego, by do władzy móc wrócić, jest silna partyjna struktura, funkcjonująca w korzystnym dla niej otoczeniu politycznym. Co w przypadku PiS oznacza: jako hegemon po prawej stronie.
Ta hegemonia zaczęła się jednak sypać już w zeszłym roku, co pokazały wyniki pierwszej tury wyborów prezydenckich, w której Karol Nawrocki zdobył rekordowo niski wynik jak na kandydata PiS, a istotne poparcie odnotowali Sławomir Mentzen i Grzegorz Braun. Kolejne sondaże w ostatnich 13 miesiącach potwierdzały ten trend.
Nominacja dla Czarnka go nie odwróciła. Za to rozłam w partii, do którego istotnie mogła przyczynić, pogłębi niekorzystne dla PiS tendencje po prawej stronie. Partia Kaczyńskiego jest dziś bowiem zmuszona na samej prawicy toczyć wojnę na dwa fronty. Z prawej strony wykrwawiać ją będzie Konfederacja Korony Polskiej Brauna, z centrum nowa inicjatywa Morawieckiego. Ta wojna być może nie odbierze PiS pozycji partii z największym poparciem wśród sił na prawo od PSL, ale będzie ją osłabiać i zamykać w defensywie.
Czas na zmianę kandydata na kandydata?
By uprzedzić powstanie sejmowego klubu Rozwoju+ i dyskusję o tym, czy powinien on dostać wicemarszałka, PiS wysunął swojego kandydata na to stanowisko, Marcina Ociepę. Mimo faktu, że przez ostatnie trzy lata utrzymywał, że nie wystawi żadnej innej kandydatki niż nieakceptowalna dla sejmowej większości Elżbieta Witek. Ociepa to poseł wybrany z list PiS, nie należy jednak do partii, a związanego z nią stowarzyszenia Polska OdNowa. Stowarzyszenie wywodzi się ze środowisk bliskich dawnej partii Jarosława Gowina i reprezentowało zawsze bardziej umiarkowaną, bliższą raczej Morawieckiemu niż Czarnkowi twarz prawicy.
Kandydatura Ociepy ma więc nie tylko politycznie przykryć powstanie nowego klubu w Sejmie, ale też pokazać wyborcom, że także po odejściu Morawieckiego PiS zachował swoje bardziej umiarkowane skrzydło. Innymi słowy, Ociepa ma równoważyć Czarnka.
Problem w tym, że dość wyciszony poseł, nawet jako wicemarszałek nie będzie w stanie wizerunkowo zrównoważyć bardzo głośnego i ekspansywnego kandydata PiS na premiera. I prędzej czy później PiS będzie musiał sobie odpowiedzieć na pytanie, czy kandydatura Czarnka nie była błędem i czy nie nadszedł już czas, gdy mniejszy koszt przyniesie przyznanie się do błędu i wymiana kandydata, niż upieranie się przy byłym ministrze edukacji.





