Byłam kłębkiem nerwów i wciąż bałam się, że on znów się pojawi i zrobi mi krzywdę. Urojenia były scenariuszami, które tworzyłam w swojej głowie, jednak wtedy byłam przekonana, że one naprawdę się wydarzą.
Gdyby ktoś mnie zapytał, jak opisałabym swój czas jako dwudziestolatka, powiedziałabym, że był on dość typowy. Regularnie ćwiczyłam, spędzałam czas z przyjaciółmi i rodziną, codziennie chodziłam do pracy — tak jak wszyscy inni.
Naprawdę nie działo się nic niezwykłego. Przynajmniej tak mi się wydawało.
Przez długi czas zmagałam się z niezdiagnozowanym lękiem i depresją, ale wierzyłam, że dobrze sobie z tym radzę. Trzymałam się swoich rutyn, lecz na początku 2025 r. poczułam, że coś się zmienia. Wiosną i na początku lata byłam wyjątkowo niespokojna i bardzo paranoiczna. To zdecydowanie nie było dla mnie normalne, ale uznałam to za objaw lęku.
W tamtym czasie byłam w tzw. situationship (to relacja bez jasnych zasad, kierunku i zobowiązań) i wydawało mi się, że ta relacja działa, jednak on nagle się ode mnie odciął. Miałam wrażenie, jakby coś we mnie pękło, a urojenia, omamy i paranoja stały się dla mnie paraliżujące. Paranoja brała się ze strachu, że może mnie skrzywdzić, ponieważ nie powiedziałam mu tego, co chciał usłyszeć. Myślałam, że mnie śledzi, lub że będzie czekał na mnie w domu, gdy do niego wrócę.
Lęk sprawił, że nie mogłam jeść ani spać, co odbiło się na moim samopoczuciu fizycznym, jak i psychicznym. Cały czas byłam wyczerpana i psychicznie wypalona, lecz wciąż nie mogłam zasnąć ani utrzymać snu, ponieważ mój umysł nie potrafił się zatrzymać. Spałam prawdopodobnie po trzy lub cztery godziny dziennie, aż do momentu, gdy mój organizm był tak wykończony, że przesypiałam ponad 12 godzin. Potem cykl powtarzał się od nowa.
Wmawiałam sobie, że mój były zerwał ze mną kontakt, bo planuje nagle się pojawić i mnie zaskoczyć. Wychodziłam z bloku i krążyłam w poszukiwaniu go, ponieważ myślałam, że może nie potrafi mnie znaleźć albo się zgubił. W końcu pewnego dnia zobaczyłam jego samochód, więc wróciłam do środka i wtedy zobaczyłam go stojącego w moim salonie.
Chwilę później już go nie było.
Pobiegłam do swojego pokoju i zobaczyłam, jak leży na moim łóżku.
Nagle znów zniknął.
Natychmiast wsiadłam do auta i pojechałam do niego, żeby sprawdzić, czy jest w domu albo czy jest u niego ktoś inny. Potem wróciłam do mojego mieszkania. Gdy zaparkowałam, spojrzałam w bok i zobaczyłam siebie na miejscu pasażera. Czułam, jak mój mózg wiruje.
Cały kolejny tydzień pamiętam jak przez mgłę. Jedyne, co pamiętam dobrze, to potworne zmęczenie. Byłam kłębkiem nerwów i wciąż bałam się, że on znów się pojawi i zrobi mi krzywdę. Urojenia były scenariuszami, które tworzyłam w swojej głowie, jednak wtedy byłam przekonana, że one naprawdę się wydarzą. Bałam się już nie tylko jego — wydawało mi się, że także moi przyjaciele knują coś przeciwko mnie.
Nieustannie czułam lęk, paranoję i smutek, przez co całkowicie straciłam motywację do czegokolwiek. Miałam zaległości w pracy i przestałam wykonywać swoje obowiązki, a z czasem w ogóle przestałam do niej chodzić, co w ogóle nie było do mnie podobne. Zrezygnowałam z treningów, prawie przestałam jeść i byłam po prostu nieszczęśliwa.
Dzień po tym, jak halucynacje kompletnie wytrąciły mnie z równowagi w czerwcu 2025 r., wiedziałam, że potrzebuję pomocy. W internecie szukałam ośrodków zdrowia psychicznego i zadzwoniłam do pierwszego, który się pojawił. Błagałam o pomoc, ponieważ byłam przerażona. Umówili mnie na wizytę do psychiatry. Przez jakieś cztery miesiące obwiniałam za wszystko lęk, nie mając pojęcia, że to, co przeżywam, to psychoza. Dni i tygodnie po tym epizodzie były straszne. Mój mózg przez tak długi czas był przeciążony, aż w końcu się wypalił.
Psychiatra przepisał mi leki przeciwpsychotyczne na kilka kolejnych miesięcy oraz środki na lęk i depresję. Początkowo trudno było mi się przyzwyczaić do leków i przez jakiś czas nie umiałam kontrolować emocji. Ale w końcu zaczęły mi pomagać.
Ponad miesiąc po epizodzie wciąż byłam bardzo niespokojna i paranoiczna, ale zaczęłam lepiej spać. Wiedziałam, że to dobry początek. W sierpniu 2025 r. nadal miałam problemy psychiczne, ale leki zaczęły działać. Zaczęłam znów robić rzeczy, które sprawiały mi przyjemność, i zdecydowałam się pójść na koncert, na który miałam bilety. Przez długi czas nie miałam pewności, czy dam radę, ale powoli zaczęłam wracać do siebie. Tamten wieczór dał mi nadzieję i uświadomił, że nie będę nieszczęśliwa na zawsze. Dał mi chwilę wytchnienia od własnego umysłu — choćby na kilka godzin.
Styczeń 2026 r. był dla mnie przełomem — poczułam się na tyle dobrze, by wrócić do aktywności fizycznej. Zaczęłam powoli, ale powiedziałam sobie, że to będzie rok, w którym przebiegnę półmaraton. Kilka razy chciałam zrezygnować, ponieważ wydawało mi się, że nie dam rady i brakuje mi motywacji. Ostatecznie jednak przypominałam sobie, jakie to będzie niesamowite — przezwyciężyć wszystko, co przeszłam, i ukończyć pierwszy półmaraton.
Od czterech miesięcy biegam regularnie i jestem w stanie przebiec już siedem mil. Zostało mi jeszcze 13 tygodni treningów do mojego debiutu. Bieganie pozwala mi odciąć się od wszystkiego i skupić na tym, co tu i teraz. Pomogło mi zbliżyć się do natury i nauczyć się być obecna. Dzięki temu potrafię zatrzymać się, docenić dobre chwile i dostrzec, jak wiele się poprawiło — zwłaszcza w porównaniu z poprzednim rokiem.
Ogólnie rzecz biorąc, jestem zupełnie inną osobą niż kiedyś. Nie rozpoznaję dawnej siebie, ponieważ tak bardzo rozwinęłam się psychicznie. W pracy radzę sobie dużo lepiej, jem zbilansowane posiłki, dbam o nawodnienie i oczywiście ćwiczę — czy to biegając, czy chodząc na siłownię. Różnica pomiędzy wersją mnie sprzed roku a obecną jest ogromna. Jestem opanowana i potrafię myśleć racjonalnie, czego wcześniej nie umiałam. Mój nastrój jest stabilny i rzadko miewam dołki.
Wiem, że to zabrzmi jak banał, ale naprawdę z czasem jest lepiej. Trzeba oprzeć się na bliskich i zaufać im, kiedy mówią, że są po naszej stronie. Leki bardzo mi pomagają, ale nie można liczyć tylko na nie. Trzeba też włożyć w to własną pracę. Droga jest wyboista, ale z czasem się wyrównuje.
Jaicea Hazelwood, 28 lat, z Murfreesboro w stanie Tennessee, trenuje, by w tym roku przebiec swój pierwszy półmaraton, po tym jak odkryła działanie terapeutyczne sportu. Swoją drogę powrotu do zdrowia po psychozie dokumentuje w mediach społecznościowych (@jaicea.penny na TikToku), edukując innych na temat realiów zdrowia psychicznego.
Tekst opublikowany w amerykańskim „Newsweeku”. Tytuł, lead i śródtytuły od redakcji „Newsweek Polska”.



