Zawód, misja czy inwestycja? Nigdy wcześniej o miejsce na medycynie nie walczyło tylu kandydatów.
Jakub wycofuje właśnie dokumenty z medycyny w Opolu. Robi miejsce dla innych. Dostał się także do Bydgoszczy, ale cierpliwie czeka na ostateczne wyniki rekrutacji we Wrocławiu. Tu skończył liceum i tu najbardziej chciałby studiować, ale w ostatniej turze zabrakło mu kilku punktów. Kolejna lista, po rotacjach i przetasowaniach, ma być ogłoszona w sierpniu.
— To zawód uniwersalny i daje poczucie wolności. Można pracować w Polsce, można wyjechać do głębokiej Afryki i tam też być potrzebnym — mówi.
O medycynie marzył od podstawówki. Najpierw myślał o stomatologii, dziś o endokrynologii. Mama jest nauczycielką, ojciec wojskowym.
Jakub jest jednym z wielu tysięcy maturzystów, którzy szturmują uczelnie medyczne. Rekrutacja bije rekordy w całej Polsce.
***
Tegoroczny nabór jest jednak wyjątkowy. O indeks ubiega się tzw. podwójny rocznik — wśród nich uczniowie, którzy rozpoczęli naukę jako sześciolatki. Z tego powodu Ministerstwo Zdrowia zwiększyło limity przyjęć. Na kierunku lekarskim przygotowano 10 705 miejsc na 39 uczelniach, czyli ponad 200 więcej niż przed rokiem. Na kierunku lekarsko-dentystycznym limit wynosi 1505 miejsc — ponad 60 więcej niż rok wcześniej.
To jednak nie wystarczyło. Na najbardziej obleganych kierunkach na jedno miejsce przypada od 30 do blisko 50 kandydatów. Po indeks na wydziale lekarskim Uniwersytetu Kaliskiego zgłosiło się w tym roku prawie 3 tys. chętnych. Miejsc jest zaledwie 60.
Wśród uczelni rekordzistek dominują nowe wydziały, uruchomione w ostatnich latach, dzięki liberalizacji przepisów wprowadzonych przez ówczesnego ministra edukacji i nauki Przemysława Czarnka. Tak jest m.in. w Akademii Mazowieckiej w Płocku, na Politechnice Wrocławskiej czy Uniwersytecie w Siedlcach. Na Uniwersytecie Warszawskim o jedno miejsce ubiegało się 32,8 kandydata, na UKSW — blisko 30. Nowe kierunki maturzyści traktują jako dodatkową furtkę na medycynę. Składają dokumenty, licząc na niższe progi punktowe niż na uczelniach z wieloletnią tradycją.
Na tym tle siedmioro kandydatów na miejsce na kierunku lekarskim Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego wygląda niemal nieprawdopodobnie. Ale WUM ma od lat jeden z najwyższych progów punktowych. Wielu maturzystów nawet nie bierze tej uczelni pod uwagę, dodatkowo przyjmuje ona znacznie więcej studentów niż większość wydziałów lekarskich — łącznie ze studiami niestacjonarnymi i anglojęzycznymi 870 przyszłych lekarzy.
Jeszcze większa konkurencja panuje na kierunkach lekarsko-dentystycznych. W Collegium Medicum Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu o jedno miejsce ubiegały się 44 osoby, we Wrocławiu — 38,5, w Białymstoku — niemal 33.
***
Pierwsze sygnały było widać już rok temu. Na jedno miejsce na kierunku lekarsko-dentystycznym przypadało średnio 18 kandydatów — o czterech więcej niż rok wcześniej. Kierunek lekarski awansował na drugie miejsce wśród najpopularniejszych kierunków studiów w Polsce, tuż po psychologii. Jeszcze w 2023 r. w ścisłej czołówce były informatyka, psychologia i zarządzanie. Tegoroczne rekordy pokazują, że boom na medycynę dopiero się rozpędza.
Co sprawia, że medycyna stała się dziś jednym z najbardziej pożądanych kierunków studiów? Zdaniem Wojciecha Wiśniewskiego z Polskiego Towarzystwa Gospodarczego chodzi przede wszystkim o perspektywę wysokich zarobków. Wyobraźnię kandydatów mają rozpalać nagłaśniane w ostatnich miesiącach informacje o rekordowych zarobkach lekarzy — od wielomilionowych kontraktów za wykonane procedury po głośną sprawę Dawida Kacprzyka, którego roczne wynagrodzenie sięgnęło 1,6 mln zł.
Wiśniewski powiedział w „Rzeczpospolitej”, że atrakcyjne zarobki nie tylko lekarzy, ale całego sektora ochrony zdrowia sprawiły, że rośnie zainteresowanie także innymi zawodami medycznymi, również pielęgniarstwem. I ta opinia rozpętała dyskusję o motywacji kandydatów. Czy za boomem na medycynę stoją przede wszystkim marzenia o wysokich zarobkach? Czy z zawodu z misją staje się dziś po prostu dobrą inwestycją?
Badania przeprowadzone w 2024 r. przez naukowców z Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego wśród 334 studentów kierunku lekarskiego z różnych polskich uczelni pokazują bardziej złożony obraz. Młodzi ludzie deklarują, że wybierają medycynę, kierując się zainteresowaniem, prestiżem zawodu i perspektywą wysokich zarobków. Jednak wraz z kolejnymi latami studiów zainteresowanie i satysfakcja ze studiowania słabną.
***
— Nie będę udawał, że pieniądze nie mają dla mnie znaczenia — komentuje Jakub. — Lekarze nie zarabiają słabo. A gdy człowiek chce zbudować sobie pewne i spokojne życie, bierze pod uwagę także wysokość zarobków.
Wśród kolegów widzi zarówno takich, których do medycyny przyciągnęły pieniądze, jak i tych, którzy wybrali ją po własnych doświadczeniach z chorobą — swoją lub bliskich.
Pytam Jakuba, czy misja i chęć pełnienia służby nie są w tym zawodzie niezbędne.
— Nie przemawia do mnie romantyczna motywacja typu: będę czynił świat lepszym. Może zbyt twardo stąpam po ziemi, ale od ideowo nastawionego lekarza wolałbym jednak profesjonalistę.
***
Z Zosią było inaczej. Urodziła się z wadą serca i całe dzieciństwo spędziła w szpitalach. Można by pomyśleć, że po takich doświadczeniach będzie chciała trzymać się od nich z daleka. Stało się odwrotnie.
— Odkąd pamiętam, mówiła, że zostanie lekarką — opowiada jej mama, nauczycielka z niewielkiej miejscowości na północy Polski. Kiedy Zosię przewożono z jednego zabiegu na kolejne, prosiła lekarzy, żeby usypiali ją dopiero na sali operacyjnej. — To była fascynacja. Chciała wszystko zobaczyć, wszystko poznać.
Mogła wybrać renomowane liceum w Trójmieście, ale została bliżej domu. Wolała uczyć się we własnym tempie, niż ścigać z najlepszymi. Jej strategią nie była idealna matura, tylko konkursy. Dlatego do olimpiady chemicznej podchodziła od drugiej klasy. Cel: najpierw rozpoznać, w końcu wygrać. W internecie przyszłych kandydatów na medycynę bombardują reklamy kursów i korepetycji. „Co trzeba zrobić, żeby dostać się na medycynę? Wszystko! Ile? Więcej! Kiedy? Natychmiast!”.
Zosia znalazła korepetytora i ułożyła plan nauki. Rodzice przez kilka lat wydawali na przygotowania około 1,5 tys. zł miesięcznie. Ale w końcu została finalistką i już przed maturą wiedziała, że będzie studiować w Gdańsku.
***
— Motywacje są różne i zwykle się przeplatają — mówi dr n. med. Dariusz Samborski, wykładowca Uniwersytetu Medycznego w Lublinie i prezes Lubelskiej Izby Lekarskiej. — Mimo wszystko uważam, że dla wielu młodych ludzi, a także ich rodzin, dostanie się na medycynę nadal jest po prostu nobilitacją.
Przyznaje jednak, że przy wyborze kierunku znaczenie mają także pieniądze. Zwłaszcza w przypadku stomatologii, która od lat funkcjonuje głównie na rynku prywatnym.
— Część kandydatów wybiera ten kierunek z myślą o dobrych zarobkach. Nie widzę w tym nic niewłaściwego. Każdy chciałby dobrze zarabiać uczciwą pracą.
Jednocześnie, jako wykładowca, stara się studzić nierealistyczne wyobrażenia studentów.
— Nie do końca zdają sobie sprawę, ile wysiłku wymaga dojście do dużych pieniędzy. Czytają, że jakiś chirurg na kontrakcie zarabia 300 tys. zł miesięcznie. I się napalają. A po pierwsze — takich lekarzy jest promil. Po drugie — to nie jest jakiś darmowy prezent od losu. Najwyższe zarobki nie biorą się z ośmiu godzin pracy od poniedziałku do piątku. Żeby zarabiać najwięcej, trzeba bardzo dużo pracować, brać dyżury i często pracować w kilku miejscach. To także ogromna odpowiedzialność i bardzo ciężka, fizycznie wyczerpująca praca — mówi lekarz.
Dariusz Samborski, wykładowca Uniwersytetu Medycznego w Lublinie i prezes Lubelskiej Izby Lekarskiej
Foto: materaiły prasowe
***
Studenci widzą teraz w mediach społecznościowych efekty końcowe — nowoczesne gabinety, spektakularne efekty zabiegów z chirurgii plastycznej i zawodowy sukces. Znacznie rzadziej dostrzegają drogę, która do tego prowadzi.
— Dlatego powtarzam im, żeby nie patrzyli na pojedyncze przypadki lekarzy zarabiających kilkaset tysięcy złotych miesięcznie. To nie jest obraz tego zawodu. Zdecydowana większość lekarzy nigdy takich pieniędzy nie zobaczy. Medycyna nie jest łatwa. Jeśli coś wydaje się łatwe, warto się zatrzymać. Nonszalancja może lekarza zgubić — mówi dr Samborski.
Zdaniem Samborskiego media społecznościowe napędzają jeszcze jedno zjawisko. Coraz więcej osób jeszcze przed dyplomem inwestuje w kursy medycyny estetycznej. I już w trakcie studiów zaczynają wykonywać komercyjne zabiegi.
— Kiedyś student nie mógł uczestniczyć w takich szkoleniach. Dziś komercja to zmieniła. Widzi on kolegę, który po dwóch kursach wykonuje zabiegi, i rodzi się pokusa, żeby pójść tą samą drogą. To zmienia sposób myślenia o zawodzie — mówi.
***
Jurek sam zgłasza się do mnie z prośbą o rozmowę. — Błagam, niech pani tylko nie pisze, że idziemy na medycynę dla kasy!
Dostał się na wydział lekarski kilku uczelni, w kilku miastach. Ale czeka na miejsce na tej najbardziej upragnionej — w Katowicach. Jeśli się uda, będzie czwartym lekarzem w rodzinie.
Ojciec jest kardiochirurgiem. Siostra specjalizuje się w chirurgii plastycznej, starszy brat właśnie kończy medycynę.
— Największą motywacją dla mnie jest chęć niesienia pomocy. Gdyby mi płacili najniższą pensję krajową, nadal chciałbym być lekarzem — mówi Jurek.
Iwona Kania, rzeczniczka Naczelnej Izby Lekarskiej, również nie słyszy cynizmu w rozmowach młodych ludzi o wyborze studiów. Patrzy na to także z perspektywy mamy nastolatki.
— To nie jest wyrachowane pokolenie. Oni są raczej bardzo pragmatyczni — mówi.
Jej zdaniem młodzi wybierają medycynę dlatego, że w niepewnych czasach szukają zawodu, który da im poczucie bezpieczeństwa. — Pandemia to pokazała. Wiele branż przeżywało kryzys, a medycy nadal mieli pracę — mówi.
Rzeczniczka NIL nie uważa również, żeby otwarte oczekiwanie dobrych zarobków było czymś nagannym. — Młodzi chcą godnie żyć. Myślą o mieszkaniu, założeniu rodziny, zabezpieczeniu przyszłości. To jest chyba po prostu odpowiedzialna postawa — dodaje.
***
— Świat się zmienia. W wielu branżach pojawiają się obawy związane z rozwojem sztucznej inteligencji. Medycyna będzie się zmieniać, AI będzie lekarzy wspierać, ale nie zastąpi kontaktu z pacjentem. Młodzi szukają zawodu, który daje poczucie bezpieczeństwa — mówi prof. Lubomir Bodnar, onkolog, dziekan Wydziału Nauk Medycznych i Nauk o Zdrowiu Uniwersytetu w Siedlcach.
Jako jeden z nowo otwartych kierunków ten w Siedlcach dwa lata temu został zablokowany przez Polską Komisję Akredytacyjną i pozostawiony bez naboru. Po roku wrócił do łask, a kandydaci przypuścili rekordowy szturm — jest 35 osób na jedno miejsce.
— Nie wyobrażam sobie, jak można by wykonywać ten zawód tylko dla pieniędzy. Na co dzień pracuje się z cierpieniem, chorobą i ludzkimi dramatami. Gdyby ktoś wybrał medycynę wyłącznie z powodów finansowych, nie wytrzymałby tego — mówi dziekan.
***
Jeszcze kilka lat temu Polska była niemal na końcu OECD pod względem liczby lekarzy na mieszkańca. Obecnie wskaźnik wzrósł do około 3,9 lekarza na 1000 mieszkańców i dogonił średnią.
Ale problemy kadrowe nie zniknęły. Lekarzy nadal brakuje w wielu specjalizacjach i w wielu regionach, a zapotrzebowanie na świadczenia rośnie wraz ze starzeniem się społeczeństwa.
Czy rekordowa liczba kandydatów oznacza automatycznie, że za kilka lat pozbędziemy się tego niedoboru, a Polska będzie miała lepiej wykształconych lekarzy?
— Kształcenie lekarzy to nie jest tabelka w Excelu. Więcej studentów nie oznacza automatycznie lepszej ochrony zdrowia — mówi Sebastian Goncerz, przewodniczący Porozumienia Rezydentów Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy. Porozumienie protestowało od początku zmiany przeciwko liberalizacji przepisów rekrutacyjnych.
Zdaniem Goncerza wzrost liczby kandydatów na studia medyczne nie rozwiąże problemów ochrony zdrowia. Wadliwy jest sposób, w jaki państwo zarządza kształceniem lekarzy. — Łatwo otwierać nowe kierunki i zwiększać limity przyjęć. Trudniej zapewnić odpowiednią liczbę nauczycieli i miejsc do nauki pracy klinicznej i z pacjentami — mówi.
Goncerz przywołuje badania, które wskazują, że część absolwentów kończy studia, ale nie wykonała nigdy podstawowych procedur medycznych: 76 proc. nie pobrało samodzielnie krwi, 67 proc. nie wykonało szycia chirurgicznego, 54 proc. nie badało per rectum, ponad połowa nie zakładała cewnika. — Nie sztuka mieć więcej lekarzy, sztuką jest mieć dobrze wykształconych lekarzy — mówi. — Lekarzy kształci się międzypokoleniowo. Dziś obniżamy jakość nauczania, to ci lekarze za kilka lat będą uczyć następnych. Tego nie da się potem naprawić.
Gdanski Uniwersytet Medyczny. Wydarzenie pokazujące młodzieży ze szkolł średnich, swiat medycyny, szpitali, opieki zdrowotnej
Foto: Karol Makurat/REPORTER
***
Hanka, po pierwszym roku na wydziale lekarskim UW, jest szczęśliwa, że zaliczyła wszystko bez sesji poprawkowej. — Te studia da się ogarnąć, ale wysiłek jest duży. Gdybym nie była tego tak ciekawa, w życiu nie zakuwałabym prawie dwóch tysięcy stron z anatomii — mówi.
Trzy z jej koleżanek zrezygnowały ze studiów po pierwszym semestrze. — Nie wytrzymały, bo medycyna to była ambicja ich rodziców, nie ich własna.





