Wyobraźmy sobie niemieckie elity patrzące na Polskę tak, jak Trump patrzy na Kanadę i Danię. Zastraszamy, zamykamy granicę, nakładamy cła. Taki byłby dla was świat AfD — mówi Gerald Knaus, współzałożyciel think tanku European Stability Initiative (ESI). Jego zdaniem Władimir Putin może z nadzieją patrzeć na sytuację w Europie, bo kryzys jest głębszy, niż nam się zdaje.
„Newsweek”: Masz za sobą trzy miesiące jeżdżenia między europejskimi stolicami a Kijowem i jesteś skrajnym pesymistą. Dlaczego?
Gerald Knaus: Mamy za sobą ćwierć wieku niesłuchania, co Putin mówił, i niepatrzenia, co robił. Nie ma wizji lepszego życia Rosjan, która pozwoliłaby Putinowi ogłosić koniec wojny w Ukrainie. Ta wojna to dla niego część większego starcia z NATO i ma powody wierzyć — mimo zaskakująco skutecznego ukraińskiego oporu — że w Europie sprawy idą po jego myśli.
Wybory w Niemczech może niedługo wygrać proputinowska partia chcąca dexitu, a Unia nie przetrwałaby rządu AfD. Putin może więc sądzić, że wystarczy mu przetrwać.
Przeżywamy w Europie najniebezpieczniejszy moment od 1948 r., a w Europie Środkowej — od 1989 r. Przy chwiejności Trumpa i ideologii MAGA Europa musi sama odbudować wiarygodne odstraszanie, bo NATO jest skuteczne tylko jako organizacja jednego celu: odstraszania ataków na członków. Do tego kompletnie załamało się strategiczne myślenie o rozszerzeniu UE.
Przecież UE zaczęła się wspólnie zbroić, konsekwentnie pomaga Ukrainie i wprowadza sankcje wobec Rosji.
— Największym błędem Unii ostatniego dwudziestolecia było niepodanie ręki Ukraińcom po pomarańczowej rewolucji. Świeżo wybrany Wiktor Juszczenko mówił w 2005 r. w Bundestagu: widzieliśmy, co stało się z Polską i Litwą, co dzieje się z Węgrami i Słowacją, co stanie się z Rumunią i Bułgarią — tego chcemy. A Europejczycy całkowicie zamknęli drzwi. Po 2014 r. znowu Francja i Niemcy — choć konsensus był szerszy — powiedziały: Ukraina nigdy nie wejdzie do Unii.
Nie pamiętasz umowy stowarzyszeniowej Janukowycza z Brukselą? To Janukowycz się wycofał.
— Ukraińcy widzieli w niej drogę do Unii. Niemcy i Francja — nigdy. To pokazuje siłę Ukraińców: od pomarańczowej rewolucji patrzyli na świat realistycznie. Chcesz być bezpieczny, zamożny i stabilniejszy, robisz to, co Polska, Litwa. Nawet to, co Rumunia. Inaczej niż Paryż i Berlin. Umowę stowarzyszeniową Ukraińcy przypłacili potem wieloma ofiarami na Majdanie.
Potem mija ledwie kilka dni wojny, Kijów jest jeszcze oblężony, a Ukraińcy pod koniec lutego 2022 r. składają wniosek o członkostwo w UE — to jeden z najbardziej przejmujących dowodów siły ich europejskiego marzenia. Zełenski miał rację: obok samej obrony przed Rosją dajesz ludziom wizję lepszej przyszłości.
I Ukraińcy — pod atakami rakiet i dronów, schodząc co noc do piwnic — wciąż przeprowadzają reformy. Parlament, niewymieniany od siedmiu lat, zmęczony, próbuje robić to, co konieczne dla akcesji. Na tym tle mamy kompletny brak myślenia strategicznego w Berlinie, Paryżu i w Warszawie. Gdzie była Polska w debatach o ukraińskiej akcesji?
Od 20 lat widzę to samo, w Turcji, Macedonii Północnej, Bośni i Serbii: kiedy rodzi się poczucie, że perspektywa członkostwa jest oszustwem, bo cokolwiek zrobisz, Unia i tak cię nie wpuści, ci, którzy mają robić reformy, odchodzą i wszystko staje. Nie ma smutniejszego miejsca niż Macedonia Północna, która dla wejścia do UE zmieniła nawet nazwę państwa, ustępując Grecji. Od 2005 r., po dekadzie greckich wet, miała wreszcie zacząć negocjacje i wciąż tkwi w miejscu.
Boję się, że jeśli to samo spotka Ukrainę, zniszczy to morale w Kijowie. Zwłaszcza po zawieszeniu broni, kiedy zabraknie wizji przemiany kraju, część najzdolniejszych ludzi może wyjechać. Nie będzie inwestycji, a bez nich skąd brać podatki na utrzymanie armii?
Jaka jest gotowość najważniejszych krajów Unii, żeby wziąć Ukrainę na pokład?
— Powiem, co wiem z trzymiesięcznych rozmów z ministrami spraw zagranicznych, urzędnikami i parlamentarzystami w całej Europie.
Le Pen mówi, że wejście Ukrainy do Unii byłoby końcem francuskich rolników. Prawda czy nie, mit potężnego ukraińskiego rolnictwa skłonił innych polityków do wołania: nie za szybko z tą akcesją. To samo w Niemczech — politycy, wcale nie marginalni, dzwonili do Friedricha Merza: zwolnij, ze względu na naszych rolników. Jako Polak widziałeś protesty na granicy z Ukrainą.
Druga sprawa: do akceptacji ukraińskiej akcesji Francja potrzebowałaby albo kwalifikowanej większości w obu izbach parlamentu — nieosiągalnej — albo referendum, dziś ogromnie ryzykownego.
Trzecia — to unijne mechanizmy decyzyjne. Przyjmując Ukrainę, a jest jeszcze Mołdawia, Grecy, Włosi, Słoweńcy i Austriacy spytają: a szóstka państw bałkańskich? Jak unia 35 państw ma podejmować decyzje? Mało który rząd wierzy, że da się zreformować unijne instytucje — nie wiadomo nawet jak.
Realnie w najbliższych miesiącach możemy osiągnąć twarde zobowiązanie: po przeprowadzeniu wszystkich reform Ukraina dostaje to, co zaoferowano Norwegii, Szwecji, Austrii i Finlandii, a ostatnio San Marino i Andorze — pełny dostęp do jednolitego rynku, cztery swobody, równe warunki gry.
Gerald Knaus
Foto: newspix.pl
Ogromna zaleta: można z akcesji wyłączyć rolnictwo, nie trzeba francuskiego referendum ani zmiany struktur Unii przez cztery lata. Po reformach zaś, za trzy, cztery lata — dłużej nie trzeba — życie Ukraińców w wymiarze czterech swobód i warunków dla biznesu będzie jak w Unii. To de facto członkostwo, ale debatę o pełnym członkostwie odbędziemy wtedy za trzy lata.
Jeśli to się nie wydarzy, bez osiągalnej wizji, urzędnicy ukraińskich ministerstw stracą wiarę. Wyobraź sobie powojenną sytuację: straumatyzowani ludzie — może dumni, że obronili się przed Rosją, ale rozgniewani, że żyje im się trudniej niż przed wojną — bez wizji i nadziei, z poczuciem zdrady Europy Zachodniej. Resentyment, zdrada, niedotrzymane obietnice, za granicą polscy nacjonaliści, za Odrą niemiecka skrajna prawica.
Najbliższe miesiące to ostatni moment także dlatego, że mamy jeszcze Macrona i Merza, a w Polsce Tuska — przywódców, którzy przy wszystkich wadach wiedzą, dlaczego Ukraina jest ważna, coś już dla niej zrobili i mogliby to przeforsować. Nie wiemy, jak będzie rok później.
Ten format rzeczywiście jest na stole?
— Rozmawiałem o nim ze wszystkimi kluczowymi graczami. Komisarz do spraw obronności Andrius Kubilius forsuje to już w Parlamencie Europejskim.
Trzeba przekonać prezydenta Zełenskiego.
— To nie jest pełna akcesja, a chce jej już teraz. Czasem zdaje się sugerować, że pełna akcesja to tylko kwestia decyzji politycznej, ale z tych wszystkich powodów, które podałem — rolnictwo, potrzeba większości w głosowaniach i referendach — nie wydarzy się w ciągu trzech lat.
Jeśli jednak rzuciłby swój autorytet i talent perswazji na szalę tego, co nazywam szwedzką albo fińską drogą do Unii — najpierw jednolity rynek z pełnymi reformami i czterema swobodami, a wtedy wejście do Unii da się sfinalizować w rok, jeśli przekona się Polskę i kraje bałtyckie, bo poparcie Merza i Macrona już ma — może się to wydarzyć jeszcze tej jesieni. Przyjaciele Ukrainy powinni zrobić wszystko, żeby tej szansie pomóc.
Tę drogę przeszło osiem europejskich państw. Austria, Finlandia i Szwecja weszły najpierw do jednolitego rynku, rok później do Unii. Norwegia, Islandia i Liechtenstein pozostają w jednolitym rynku od dziesięcioleci, bo to korzystne. Teraz wynegocjowały to Andora i San Marino.
Zełenski ma dość kapitału politycznego, żeby wezwać do szwedzkiej drogi?
— Skoro alternatywą jest status quo, a na końcu rozczarowanie, albo on, albo ktoś inny powinien sprawić, by tej drogi nie postrzegano jako połowicznej.
Jest i drugi filar, niedotyczący akcesji: współpraca obronna. Unia ma ogromny interes w bliskich relacjach z Ukrainą. Tu Ukraina byłaby partnerem równorzędnym, bo ma wiele do zaoferowania. Ukraińcy nie mogą jednak zapominać, że na dłuższą metę potrzebują mocnej gospodarki, by finansować obronę.
Zadbajmy o to, żeby po zakończeniu walk ukraińskiego doświadczenia nie wykupił ten, kto da więcej, tylko żeby Ukraińcy czuli, że są częścią europejskiej przestrzeni demokratycznego bezpieczeństwa. Ramy — jak proponował Kubilius — dałby europejski traktat poza Unią, podobny do Schengen, tworzący wspólnotę obronną. Konkretny: obrona powietrzna, nowoczesne technologie, drony.
Kraje takie jak Polska powiedzą: to tworzenie NATO bis, a to dla nas niebezpieczne. Wierzymy w artykuł 5, najbliższym sojusznikiem są Stany Zjednoczone i tylko one mogą obronić Europę.
— Nie tylko Polska, także Niemcy i wiele innych krajów chciałoby utrzymać NATO jako wiarygodne odstraszanie, bo to najdłużej istniejący skuteczny sojusz bezpieczeństwa w dziejach. Ale rzeczywistość jest taka, że nie możemy być niczego pewni.
Przewińmy do przodu: we Francji Bardella jest premierem, Le Pen prezydentem, AfD rządzi Niemcami. Jakie konsekwencje ma to dla Unii i Ukrainy?
— W przewidywaniu niepewnej przyszłości najważniejsze są szczegóły. AfD poszła w kierunku przeciwnym niż Meloni czy Le Pen: nie złagodniała. Wewnętrzną bitwę wygrała grupa najbardziej radykalna, a tych, którym mógł się podobać kurs Meloni, wyrzucono. Gdyby dzisiejsza AfD doszła do władzy, byłoby to apokaliptyczne. Jej politycy są proputinowscy i antyunijni, a ich kierownictwo — 14-osobowy zarząd wybrany na zjeździe w Erfurcie — jest głęboko ideologiczny, nie interesuje ich samo trzymanie władzy. To identytaryści, oddani niewiarygodnie destrukcyjnej wizji Europy.
Opowiem o najpotężniejszych ludziach AfD. Björn Höcke to najważniejsza postać małej Turyngii, ale ideologicznie od 2015 r. nadaje ton całej partii. Jego świat to świat drapieżników — wielkich mocarstw zastraszających małe kraje — i Niemiec patrzących wstecz, przed 1945 r. Mówi dosłownie: bombardowanie Drezna i reedukacja Niemców przez zachodnich aliantów były zdradą i niszczeniem niemieckiej tożsamości, a niemieccy politycy, od Adenauera, to zdrajcy. W jego wizji Europy celebruje się niemieckie tradycje wojskowe sprzed 1945 r. — obecna Bundeswehra, mówi Höcke, ich nie reprezentuje.
Politycy AfD różnią się od Wildersa czy Farage’a — jednoosobowych populistów-showmanów, znakomitych w przechwytywaniu uwagi. Siedmiu z czternastu członków zarządu AfD ma mniej niż 40 lat, od dekady przechodzą ideologiczne szkolenia oparte na wizji, w której wrogiem Niemiec jest sama idea zakotwiczenia ich na Zachodzie.
Wyobraźmy sobie niemieckie elity patrzące na Polskę tak, jak Trump patrzy na Kanadę i Danię. Zastraszamy, zamykamy granicę, nakładamy cła. Taki byłby dla was świat AfD.
Integracja Niemiec z zachodnimi strukturami po 1949 r. i zjednoczenie w 1990 r. opierały się na założeniu, że będą to Niemcy Adenauera. Wpięte w europejskie instytucje, traktujące małe kraje z szacunkiem, akceptujące wspólne reguły i niebędące powodem do strachu.
A jakim zagrożeniem dla Europy, Ukrainy, Polski jest Le Pen albo Bardella?
— To znacznie mniej jasne. Optymista może liczyć, że będzie to coś bliższego Meloni. Pesymista wskaże, że prezydent Francji z większością parlamentarną to najpotężniejsza egzekutywa demokratycznego świata — Meloni była dużo bardziej ograniczona. A wiemy, skąd Le Pen się wywodzi — swego czasu była za wyjściem z Unii.
Realistyczna obawa jest taka, że Le Pen nie próbowałaby zniszczyć unijnych instytucji, lecz nie angażowałaby się w ich obronę.
Czy wystarczy, że Le Pen albo AfD będą u władzy, żeby Ukraina została po prostu odrzucona? Zatrzymana?
— Oczywiście. Ale byłoby znacznie gorzej. AfD otwarcie obiecuje koniec sankcji wobec Rosji i przywrócenie importu gazu. Jej liderzy w ostatnim roku — pewni zwycięstw — zdjęli maskę. Pojechali do Petersburga, spotkali się z szefem Gazpromu, w kampaniach obiecują: obniżymy cenę gazu, kończąc sankcje i przywracając relacje z Rosją. A za wojnę i tak odpowiada Ukraina.
I jeszcze jedno: politycy AfD są otwarcie wspierani przez Biały Dom i amerykańskich dyplomatów. Wiceprezydent się z nimi spotykał. Są pieniądze dla „patriotycznych partii”. Mówi o tym amerykańska strategia bezpieczeństwa narodowego. Elon Musk wzywał do głosowania na AfD, a X jest dla nich użyteczną platformą. Wspiera ich więc nie tylko Kreml, ale i MAGA.
Nigdy nie mieliśmy takiego kryzysu. Nie jestem pewien, czy politycy działają z pilnością, jakiej wymagają najbliższe dwa lata — jak Europa Zachodnia w najbardziej twórczych latach 1948-1950. W dwa lata stworzono wtedy Radę Europy, europejską konwencję praw człowieka, NATO, traktat brukselski, pierwszą wspólnotę europejską — instytucje, które przetrwały i przez osiem dekad rozszerzały się o kolejne kraje. Takiego myślenia potrzebujemy dziś.
Gerald Knaus jest austriackim ekspertem ds. migracji, współzałożycielem think tanku European Stability Initiative (ESI), jednym ze współautorów porozumienia UE-Turcja (2016) w sprawie uchodźców




