Po latach, gdy spojrzałem wstecz na to wszystko, zrozumiałem ten mechanizm wyraźnie. Wszystkie radiowozy łącznie zatrzymywały cztery, pięć samochodów miesięcznie. Ja przychodziłem do pracy 15 dni w miesiącu. I w tych 15 dniach miałem co najmniej 15 zatrzymanych aut — mówi Zbyszek Cichecki, były policjant.
Jakiś czas temu podczas rodzinnego spotkania mój teść opowiadał historię o tym, jak wiele lat temu, jadąc samochodem z moim mężem, w radiu usłyszał o strzelaninie na Krakowskim Przedmieściu, w której policjanci ścigali złodziei samochodów. Redaktor Ogiński z TOK FM nie podał wówczas żadnych szczegółów, ale teść od razu czuł, że brał w tym udział członek jego rodziny oraz przyjaciel — Zbyszek.
Gdy do niego zadzwonił, tylko potwierdził swoje przypuszczenia. Zbyszek „Czacha” Cichecki to dziś już emerytowany policjant, który w latach 90. i 2000. zajmował się rozbijaniem gangów złodziei samochodów. Był na tyle skuteczny, że w pewnym momencie zaczęło to przeszkadzać nie tylko złodziejom, ale i… jego przełożonym. Został zawieszony na siedem lat i oskarżony o korupcję. W 2007 r. oczyszczono go z wszelkich zarzutów i przywrócono do służby. O rzeczywistości pracy w Komendzie Stołecznej Policji w tamtych czasach i o tym, jak to jest mieć dwa sumienia, rozmawiamy w czerwcu 2026 r., podczas fali upałów, w ogrodzie mojego teścia. Co chwilę musimy schładzać się wodą. Panowie siedzą bez koszulek, a kiedy Zbyszek zdejmuje swój T-shirt, czytam duży napis wytatuowany od prawej do lewej ręki: „Żyj tak, żeby po twojej śmierci twoim bliskim było nudno”. Jedno jest pewne: życie „Czachy” do nudnych nie należało.
„Newsweek Magazyn Kryminalny”: Opowiedz mi, co to była za strzelanina rodem z hollywoodzkich filmów akcji.
Zbyszek Cichecki: Patrolowaliśmy Krakowskie Przedmieście, w rejonie skrzyżowania Miodowej z Senatorską. Na naszych oczach doszło do kolizji — jeden samochód uderzył w drugi. Przez chwilę obserwowaliśmy, jak kierowcy zamieniają ze sobą kilka słów, po czym obydwa auta odjechały.
W tym momencie podbiegł do nas poszkodowany — wyraźnie poruszony — i oznajmił, że skradziono mu właśnie samochód. Dodał, że pojazd wyposażony jest w system antykradzieżowy, który powinien zatrzymać auto po pewnym czasie. Było nas czterech — jeden kolega pozostał na miejscu, my trzej ruszyliśmy w pościg pieszo. Złodziej nie mógł rozpędzić się na Krakowskim Przedmieściu, więc nadążaliśmy. Dojechał do hotelu przy pałacu prezydenckim i skręcił w lewo, próbując uciec. Jeden z kolegów był szybszy ode mnie — gdy dobiegłem za róg, zdążył już oddać dwa strzały. Samochód jednak zbiegł.
Brzmi niebezpiecznie…
— Około godziny, półtorej później ustalono, że pojazd stoi na Białołęce, spalony. Złodziej najwyraźniej zorientował się, że go rozpoznaliśmy, więc postanowił pozbyć się dowodu.
W tym samym czasie udaliśmy się na komendę przy ulicy Wilczej. Tam próbowaliśmy zidentyfikować sprawcę. Oficer prowadzący pokazał nam najpierw standardowy album ze zdjęciami podejrzanych — nie było w nim naszego człowieka. Gdy skończył prezentację i wyszedł z pokoju, jego kolega przyniósł kilkanaście luźnych kartek z wizerunkami złodziei samochodowych — wyglądały jak wyjęte z tej samej księgi. Szepnął tylko: cicho, nic nie mówcie. Gdy rozłożył kartki przed nami, rozpoznaliśmy sprawcę natychmiast — człowieka powiązanego z pruszkowskim środowiskiem, który zajmował się kradzieżą samochodów metodą na stłuczkę. To był wtedy popularny proceder. Mieszkał na Powiślu, w pobliżu stadionu Legii.
Czyli pełny sukces?
— Nie, bo kiedy wyszło na jaw, kto stoi za kradzieżą i w jaki sposób do niej doszło, nagle zostaliśmy rozdzieleni — mnie skierowano do patrolu w Lesie Kabackim, kolega trafił do innego rejonu.
Bo byliście zbyt skuteczni?!
— Właśnie tak. Co więcej, pomimo naszych zgłoszeń policja na Śródmieściu szukała sprawcy przez trzy miesiące — bezskutecznie. Pewnej nocy, gdy przypadkowo pełniłem służbę w rejonie Powiśla, wjechałem w podwórko przy stadionie Legii i zaczekałem. Po kwadransie, może 20 minutach zauważyliśmy tego człowieka. Dopadliśmy go, ale zdążył wbiec do mieszkania i zaryglować drzwi, a było to czwarte lub piąte piętro. We dwóch nie mogliśmy zrobić wiele. Pilnowaliśmy wejścia od strony podwórka, wezwany patrol ustawił się od ulicy. O szóstej rano przyjechały służby, wyważyły drzwi i wyprowadziły mężczyznę.
To był D.K. — słynny gangster znany z kradzieży samochodów?
— Tak. Oczywiście twierdził, że jest niewinny. Zatrzymaliśmy go ostatecznie w okolicach początku marca — ponad trzy miesiące po zdarzeniu na Krakowskim Przedmieściu z listopada. Złożyliśmy pełne zeznania, D.K. trafił do aresztu, ale po mniej więcej miesiącu został zwolniony. A nas zaczęto śledzić — przełożeni obserwowali, gdzie jeździmy i co robimy. Wkrótce potem złożono na nas doniesienie.
Jak to wyglądało?
— 18 lipca stawiłem się do pracy na nocną zmianę. Następnego dnia, 19 lipca, było Święto Policji, więc miałem wolne. Dowódca dał mi do podpisania rozkaz z oceną służby — dostałem wyróżnienie z awansem na wyższy stopień. Podpisałem. A rano, gdy kończyłem zmianę, ten sam człowiek powiedział, że nie mogę wrócić do domu. Zawieziono nas na Śródmieście, do prokuratury, bez żadnego wyjaśnienia.
Mimo że 12 godzin wcześniej wystawiał ci pochwałę?
— W prokuraturze usłyszeliśmy, że składamy fałszywe zeznania. Że kłamiemy, iż 29 listopada doszło do kradzieży samochodu, że to wymyśliliśmy. Zeznanie D.K. zostało uznane za wiarygodne, nasze — za fałszywe. Zostałem zawieszony na siedem lat.
Siedem lat? To brzmi abstrakcyjnie! Co takie zwieszenie oznaczało?
— Tych siedem lat wywróciło moje życie do góry nogami. Zawieszenie oznaczało nie tylko zakaz wykonywania czynności służbowych — oznaczało przede wszystkim drastyczną obniżkę wynagrodzenia. Z pensji najpierw odcięto wszelkie dodatki, a następnie wypłacano mi jedynie połowę i tak już okrojonej podstawy. Przez siedem lat, od 19 lipca 2000 r. do 2007 r., zarabiałem 600-700 zł miesięcznie.
A nie myślałeś o odejściu ze służby?
— Jak miałem odejść, skoro byłem niewinny!? Odejście oznaczałoby przyznanie się do czegoś, czego nie zrobiłem. Poza tym zawieszenie uniemożliwiało mi podjęcie innej pracy. I był jeszcze drugi powód: staż i lata do emerytury. Przepisy zmieniły się w trakcie mojej służby, wymóg wzrósł do 15 lat służby, ale ponieważ pierwszy rok spędziłem w „antyterrorze”, ten czas liczył się podwójnie. Mnie chcieli tym zawieszeniem zmusić do odejścia i nieuzyskania emerytury. Gdy ostatecznie odchodziłem po 17 latach faktycznej służby, na papierze miałem 18. Złożyłem wniosek o emeryturę 29 lutego — celowo wybrałem tę datę. Efekt jest taki, że formalnie jestem na emeryturze dopiero cztery lata, nie 17. (śmiech)
Słyszałam, że na jednej z rozpraw wskazałeś, że D.K. jest poszukiwany listem gończym w innej sprawie, a mimo to przychodził na każdą rozprawę jako oskarżyciel posiłkowy.
— To jest sedno całej absurdalności tej sprawy. D.K. był oskarżycielem posiłkowym — siedział po stronie prokuratury, naprzeciwko mnie jako oskarżonego — i jednocześnie był poszukiwany listem gończym za inne przestępstwa. Nikt go nie zatrzymał. Sąd tego nie wziął pod uwagę. Jakby udawał, że tego nie widzi. Warto jeszcze dodać, jak skonstruowano zarzuty przeciwko nam. Oskarżono nas o poświadczenie nieprawdy — twierdzono, że fałszywie zeznaliśmy, jakoby to D.K. był sprawcą kradzieży, kierując się chęcią uzyskania nagrody wyznaczonej za jego wskazanie. Ale sęk w tym, że policjant nagrody nie dostaje — to jego obowiązek służbowy, za który pobiera wynagrodzenie. Mimo to sformułowano zarzut, że działaliśmy dla zysku.
Finalnie zostaliście uniewinnieni.
— Tak. Po uprawomocnieniu wyroku — siedem dni po jego ogłoszeniu — wróciliśmy do służby. Zgłosiliśmy się do komendanta stołecznego.
I co powiedział?
— „Świetnie, wracajcie do roboty!”. Zapytałem więc, do jakiej roboty i gdzie. Z chwilą zawieszenia przeniesiono mnie z komendy warszawskiej do Piaseczna, do oddziału prewencji. Miałbym teraz wracać tam i chodzić z pałką i wypisywać mandaty? Powiedziałem wprost komendantowi: jest jedno stanowisko, na którym mogę pracować, i to stanowisko jest teraz pańskie — bo pan na nim siedzi. Zapytałem: co pan zrobił, żeby je dostać? Ile samochodów pan zatrzymał?
No właśnie, zatrzymajmy się na chwilę przy twoich wynikach: jak w ogóle udawało ci się osiągać takie efekty?
— Miałem informatora. Człowieka na wysokim stanowisku w komendzie. Kiedy przychodziłem, dzwoniłem do niego z informacją, że jestem. A gdy coś się działo, wywoływał mnie przez radio — na zamkniętym kanale, tak żeby nikt inny nie słyszał — i przekazywał wszystko: gdzie, co, kto. Dzięki niemu wiedziałem, że gdy oficjalnie kierowano patrole na Pragę-Północ, naprawdę trzeba jechać w okolice lotniska — i tam trafiało mi w ręce skradzione auto.
Brzmi dziwnie…
— Z czasem sam zacząłem rozumieć mechanizm. W komendzie stołecznej pracował dyżurny z kilkudziesięcioletnim stażem. To przez niego szły zgłoszenia — on odbierał telefony na 997 i to on kierował radiowozami. Kiedy przychodził do służby, liczba kradzieży rosła. A radiowozy — zamiast jechać tam, gdzie rzeczywiście kradli — lądowały po drugiej stronie miasta. Przez kilka godzin robiło się pusto i złodzieje wywozili samochody spokojnie. Ten człowiek był na pasku grup przestępczych. Ostatecznie trafił za kratki, choć wcześniej zdążył odejść na emeryturę.
Kiedy sprawa się skończyła, ukazał się duży reportaż — o ile dobrze pamiętam w „Gazecie Wyborczej” — opisujący całą sytuację. Napisano tam, że takie trójki policjantów zatrzymujące złodziei samochodowych osiągały różne wyniki. Powiedzmy: pięć zatrzymanych samochodów w miesiącu uchodziło za niezły rezultat. A wy mieliście ich kilkadziesiąt. Nazwali was ekstraligą.
— Nie było w Warszawie drugiego takiego patrolu. I właśnie dlatego warto było nas usunąć — żebyśmy nie przeszkadzali. Po latach, gdy spojrzałem wstecz na to wszystko, zrozumiałem ten mechanizm wyraźnie. Wszystkie radiowozy łącznie zatrzymywały cztery, pięć samochodów miesięcznie. Ja przychodziłem do pracy 15 dni w miesiącu. I w tych 15 dniach miałem co najmniej 15 zatrzymanych aut.
Masz jakąś historię, która szczególnie ci utkwiła w pamięci?
— Krakowskie Przedmieście, łuk przy Miodowej i Senatorskiej, przystanek autobusowy. Kiedyś stała tam knajpa — Prohibicja. Na przystanku siedzi mężczyzna. Elegancki garnitur, krawat, płaszcz. Wszystko jak spod igły. A do nadgarstka przykuta kajdankami walizka. Śpi. Mocno. Zacząłem go budzić — nie reaguje. Żyje, oddycha, ale totalnie pijany. W kieszeni — dowód osobisty. Poseł na Sejm. Minister. Walizka z dwoma prętami metalowymi, zamknięta na trzy kłódki, a pomiędzy nie wetknięta kartka. Na kartce — pieczątka z pałacu prezydenckiego. Nie dało się z nim nic zrobić, miał immunitet, ale gdyby nie miał przy sobie dokumentów, moglibyśmy go zawieźć do izby wytrzeźwień. Więc go tych dokumentów na chwilę pozbawiliśmy (oczywiście żeśmy je razem z walizką zabezpieczyli).
I co dalej?
— Dobę później pojechaliśmy z walizką na Krakowskie Przedmieście — do pałacu. Dyżurny mówi, że on tę walizkę weźmie, na co my stanowczo powiedzieliśmy, że musi ją odebrać ktoś od prezydenta. Po chwili pojawia się człowiek, najwyraźniej z kancelarii. Spogląda na walizkę. Zamyka oczy na chwilę i z ulgą oddycha: „O Jezu!”. Potem się ożywia: „Jest! Jest! Dziękuję, dziękuję”. I tyle. Żadnej nagrody, żadnego uznania. Oczywiście mogliśmy zrobić z tym różne rzeczy. Walizkę otworzyliśmy wcześniej — były tam tajne dokumenty. Można było go szantażować, można było sprzedać wywiadowi albo do mediów. Wybuchłby nieprawdopodobny skandal. Mogliśmy zarobić poważne pieniądze. Zamiast tego — oddaliśmy wszystko i usłyszeliśmy, żebyśmy zamknęli gębę.
I zamknęliście?
— Miałem wtedy może dwa, trzy lata służby. Byłem głupi.
Albo uczciwy.
— Wychodzi na to samo.
Mówisz o pewnym przełomie. Że zacząłeś inaczej patrzeć na tę robotę.
— Tak. Zacząłem łączyć fakty. Myślę sobie: dlaczego dwudziestoparoletni chłopak jeździ radiowozem, a nie 40-latek z doświadczeniem, który wie, kogo zatrzymywać i kiedy? I dlaczego jak ktoś bierze łapówki po cichu, to wszyscy przymykają oczy — a jak już bierze grubo, to raz na rok grożą palcem? I wróciło mi tamto pytanie: czemu ja zatrzymuję 10, 20 podejrzanych dziennie, a inni — czterech na miesiąc? Tylko ja mam oczy? Wyszło na to, że albo jestem głupi, albo uczciwy. Różnica nieduża.
Zbyszek Cichecki
Foto: fot. Olga Sybilska
A nie denerwowało cię, że pracujesz w środowisku, gdzie korupcja była de facto normą?
— Normą — to duże słowo. Ale tak to wyglądało. Łapiesz złodzieja, bierzesz od niego 1-2 tys. zł — i już go znasz. Potem przelatuje koło ciebie skradzionym samochodem, macha ręką i jedzie dalej. A ty mu odpowiadasz machnięciem. Pensja wynosiła wtedy 1,5, może 2 tys. zł. Ktoś proponuje ci tyle samo, żebyś odwrócił głowę, więc rozumiesz, dlaczego ludzie na to szli.
Nie mogę nie spytać o sprawę generała Marka Papały. Co się mówiło w policji, kiedy został zamordowany?
— Papała w momencie śmierci nie był już komendantem głównym. Szedł wyżej — w struktury europejskie, gdzie z jednej strony sprawy czysto policyjne to była dla niego przeszłość. Ale z drugiej strony dużo wiedział. I to był problem. Bo gdyby trafił do policji zachodnioeuropejskiej i zaczął mówić — kto, co, jak, jakim kanałem — to byłaby katastrofa dla wielu ludzi. Złodzieje samochodowi to była drobnica. On wiedział o przepływach towaru, o przemycie narkotyków, spirytusu, o ludziach, którzy kontrolowali granicę. O tym, co wyjeżdżało i wracało bez kontroli. Nie zlecili tego gangsterzy, oni co najwyżej wykonali rozkaz. A wyrok zlecony był wysoko. Wykonany przez kogoś, kto miał do tego i możliwości, i motyw.
Możesz powiedzieć coś więcej o tych powiązaniach?
— Bez konkretów, bo nikogo nigdy nie oskarżono, ale opowiem jedną historię, która dobrze odda sytuację. Jedziemy Aleją Solidarności w kierunku ulicy Jana Pawła, do Śródmieścia. Jedzie Mercedes. To sam w sobie nie jest powód do zatrzymania, ale coś w tym samochodzie nie grało. Zatrzymujemy go przy Placu Bankowym. Kierowca od razu zwraca się do nas z pozycji siły. Taka gadka z góry: „Co wy mnie tu właściwie zatrzymujecie, kim wy jesteście, od jutra nie macie pracy”. Gdyby tego nie powiedział, pewnie byśmy go puścili. Ale skuliśmy go do boku i zaczęliśmy przeglądać samochód. Szukam po schowkach, pod siedzeniem. I pod fotelem pasażera — wsunięte w szczelinę — złote etui.
Myślę sobie: masz narkotyki. Mówię mu, że wpadł. Ale otwieram to etui i rozwija się długa harmonijka papieru. Nie proszek, nie tabletki. Papier złożony wielokrotnie, zapisany gęsto z obu stron: pseudonimy, imiona, nazwiska, numery telefonów. Czytam i dociera do mnie, co trzymam w ręku. W tym dokumencie były nazwiska wszystkich — dosłownie wszystkich — którzy wówczas rządzili tym krajem. Ministrów, posłów, komendantów, prokuratorów, sędziów, urzędników. Zabrakło tylko prezydenta — choć i pałac prezydenta był tam reprezentowany, w dodatku przez tego samego człowieka, któremu kilka lat wcześniej zawieźliśmy walizkę. Napisaliśmy raport. Oryginał i kopię. Dzisiaj żałuję, że nie zrobiłem trzeciej — dla siebie. Ale z drugiej strony, gdybym miał takie coś przy sobie, pewnie by mi urwali głowę. Bo to nie była zwykła kartka. To był cennik i rejestr powiązań grupy pruszkowskiej z władzą.
Trudno to sobie w ogóle wyobrazić… Jak to działało?
— Prosto: kontrolerzy zajmowali na granicy 100 l wódki — ten jeden zatrzymany kanister na pokaz — a w tym samym czasie trzy tiry szły przez granicę bez zatrzymania. Wtedy były to miliardy złotych. Wszyscy — od ministra po komendanta głównego — byli w tym układzie.
Czyli mafia działała od środka? Miała w policji swoich ludzi?
— Jak składaliśmy z takich nieprawidłowości raport, to nazajutrz byliśmy przerzucani w inne miejsce. Dobry jest? To na Bemowo. Skuteczny jest? Niech patroluje okolice Lasu Kabackiego. W tamtym czasie zaczęło mnie dręczyć jedno pytanie. Po co właściwie pracuję w policji?
Ale pewnie były sytuacje, w których wciąż czułeś sens…
— Tak, ale to pytanie często wracało. Saska Kępa. Patrolujemy, widzimy Mercedesa na toruńskich tablicach. Coś w zachowaniu kierowcy nas zainteresowało, więc go zatrzymujemy. On momentalnie chciał po coś sięgnąć, ale zanim zdążył cokolwiek zrobić — już miał przystawioną broń do głowy. Podczas przeszukania w samochodzie znaleźliśmy dwie sztuki broni. Jedna skradziona z jednostki w Budapeszcie, gdzie zginął policjant. Druga — z WAT, odebrana żołnierzowi. Ale nie to było najciekawsze. Przy rewizji — w schowku — znalazłem kawałek papieru. Na odwrocie długopisem: adres, ulica, Saska Kępa. Mieli zlecenie. Ktoś miał już nie wyjść z domu. Jak zaczęliśmy ustalać, kto i co — okazało się, że wiemy wystarczająco dużo.
Zlecenie zabójstwa?
— Tak. A ten zatrzymany był poszukiwany listem gończym i był na gigancie. W czasie rozprawy sądowej wyszedł do toalety i wyskoczył przez okno. Ktoś musiał mu pomóc. Tamtego wieczoru na Saskiej Kępie zaproponował nam 100 tys. dol. Leżały pod wycieraczką w samochodzie. Po 100 na każdego z nas. Wtedy pensja wynosiła 20 dol. Moja matka zarabiała 15. Fortuna. I nikt z nas nie wziął. Ale było mnóstwo takich, którzy to robili.
Słyszałam, że w policji tak bardzo szedłeś pod prąd, że bywało, że przyjeżdżano pod twój dom. I że strzelano.
— To było nocą. Dostałem telefon — jeszcze przed erą komórek, zwykły, stacjonarny. Stałem między kuchnią a pokojem. Dzwoni znajomy, że ktoś próbował mu podpalić samochód. W trakcie tej rozmowy przez okno widzę: dwa samochody jadą bez świateł. Jeden staje naprzeciwko mojego okna. Drugi podjeżdża pod bramę, tam gdzie stoi mój samochód. Widzę błysk zapalniczki. Jeden, drugi, trzeci — próbują go podpalić. Miałem dwie bronie. Jedną służbową, jedną prywatną. Otworzyłem okno i zacząłem krzyczeć: „Stać, policja!”. Kiedy nie reagowali, strzeliłem ostrzegawczo. Nadal bez reakcji. Doszło do wymiany ognia, nazajutrz musiałem wymieniać sztachety w ogrodzeniu. Zdążyłem zapamiętać tablice, bo gdy cofali, zapalili światła. Jeden z samochodów to była Lancia. W pracy sprawdziłem dane i okazało się, że taką Lancią jeździli policjanci. Robili zlecenia za pieniądze. Tym razem — pewnie nie chcieli zabić, tylko postraszyć.
I nie bałeś się? O siebie, o rodzinę?
— Miałem w życiu dwa sumienia. Jedno — do pracy, drugie — do domu. Wychodząc rano, zdejmowałem to domowe i wieszałem na kołku. Zakładałem policyjne. Jak wracałem — odwrotnie. Tej nocy zrobiłem to samo, tylko szybciej. Żona schowała się do piwnicy.
Jak ci się żyje po służbie, na emeryturze?
— W 2007 r. odszedłem z policji. 7 marca otworzyłem firmę. A teraz jest mi w życiu bardzo dobrze. Nie nudzę się.



