Polska w teorii posiada system ostrzegania przed zagrożeniami. Ale jedynie w teorii. Obrona cywilna w Polsce w zasadzie nie istnieje i mimo wojny toczącej się tuż przy granicy kolejne rządy nie wyciągają wniosków, ani nie uczą się na błędach walczących stron. A są gotowe rozwiązania.
Największym problemem po incydencie z rosyjską rakietą Ch-101, która 30 lipca spadła w Tarnawie-Kolonii, nie jest to, że jeden urzędnik zaspał, drugi nie zdążył dojechać do radiostacji, a trzeci bezskutecznie próbował skontaktować się z przełożonym (o czym pisała Wirtualna Polska). Takie sytuacje będą się zdarzać zawsze. Ludzie popełniają błędy, bywają zmęczeni, nie słyszą telefonu albo znajdują się w niewłaściwym miejscu. Problem zaczyna się wtedy, gdy państwo buduje procedurę ostrzegania ludności w taki sposób, że każdy z tych błędów może zatrzymać cały łańcuch alarmowania.
Na Lubelszczyźnie wystąpiły wszystkie te problemy naraz. Syren nie uruchomiono w 10 z 17 powiatów. W powiecie biłgorajskim informacja o konieczności prowadzenia nasłuchu dotarła do starosty o 3:44, a więc minutę przed uderzeniem rakiety. Do dyżurnego strażaka polecenie uruchomienia syren dotarło o 3:49, czyli cztery minuty po upadku Ch-101.
W Tomaszowie Lubelskim dyżurny musiał dojechać do radiostacji znajdującej się w budynku starostwa, choć sam pełnił dyżur w domu, ponieważ w 2026 r. nikt nie wpadł, że można to zrobić zdalnie z poziomu telefonu. W Puławach pracownik nie usłyszał SMS-a, a w Kraśniku urzędnik przed podjęciem działania próbował skontaktować się z przełożonym.
Brak wniosków
Nie chodzi o to, aby teraz znaleźć winnego w jednym czy drugim powiecie. Jeżeli pracownik nie wykonał polecenia, należy oczywiście sprawdzić, dlaczego tak się stało. Jeżeli ktoś nie przestrzegał procedury, powinien ponieść konsekwencje. Ale gdybyśmy na tym zakończyli, popełnilibyśmy dokładnie ten sam błąd, który doprowadził do obecnej sytuacji. Za kilka miesięcy kolejny dyżurny może nie odebrać telefonu, kolejna radiostacja może być w budynku, do którego trzeba dojechać, a kolejny urzędnik może uznać, że zanim podejmie decyzję, powinien skontaktować się z przełożonym.
Tymczasem po ponad czterech latach wojny na Ukrainie naprawdę nie powinniśmy już mieć problemu ze zrozumieniem, że czas reakcji ma znaczenie. Ukraińcy od czterech lat korzystają z aplikacji, które pomagają urzędnikom i służbom skutecznie działać z każdego miejsca i w każdym momencie. Tymczasem w Polsce obecny system ostrzegania wygląda tak, jakby jednym z jego założeń było to, że w razie alarmu ktoś będzie miał wystarczająco dużo czasu, aby wykonać kolejne czynności. A nie będzie.
Najlepiej pokazuje to przykład powiatu tomaszowskiego. Radiostacja jest w starostwie, a dyżurny był w domu. Można oczywiście określić czas dojazdu, stworzyć procedurę i uznać problem za rozwiązany. Tylko że procedura nie zmieni odległości między mieszkaniem pracownika a budynkiem urzędu. Jeżeli zagrożenie pojawia się w środku nocy, piętnaście minut na dojazd może oznaczać, że kiedy pracownik wreszcie dotrze na miejsce, informacja o zagrożeniu będzie już informacją o jego skutkach. I dobrze, że skutkiem było uderzenie w pole rzepaku, a nie w budynek mieszkalny.
W systemie ostrzegania nie powinno być wielu kolejnych punktów, przez które musi przejść informacja. Każdy z nich oznacza możliwość opóźnienia lub przerwania łańcucha. Jeżeli informacja wojskowa trafia do wojewódzkiego centrum zarządzania kryzysowego, później do powiatu, następnie do dyżurnego, a następnie do strażaka, który dopiero może uruchomić syrenę, to mamy kilka miejsc, w których coś może pójść nie tak. Im więcej takich etapów, tym większe ryzyko, że alarm pojawi się za późno.
Zmiana myślenia
Po czterech latach wojny u wschodniego sąsiada w zasadzie nie zmieniono nic w działaniu systemu ostrzegania. Nie wyciągnięto żadnych wniosków. System nadal tkwi w czasach Zimnej Wojny. Nie można jednak też popadać w drugą skrajność. Decyzja o uruchomieniu alarmu powinna nadal należeć do człowieka. Trudno wyobrazić sobie, aby algorytm samodzielnie decydował o ostrzeganiu mieszkańców przedkażdym obiektem wykrytym nad Polską. Natomiast po podjęciu decyzji, jak najwięcej kolejnych czynności powinno odbywać się automatycznie. Nie powinno być konieczności wysyłania wiadomości do kolejnego człowieka, czekania na jego reakcję i dopiero później uruchamiania następnego elementu.
Jeżeli centrum operacyjne podejmuje decyzję o alarmie, informacja powinna jednocześnie trafić do syren, telefonów komórkowych, Regionalnego Systemu Ostrzegania, mediów i innych dostępnych kanałów. Jeżeli jeden z nich nie działa, pozostałe powinny nadal przekazywać komunikat. Jeżeli jeden dyżurny nie odpowiada, system powinien natychmiast przejść do kolejnej osoby. Jeżeli pracownik nie może dotrzeć do radiostacji, musi istnieć możliwość wykonania najważniejszych czynności zdalnie. Polska w końcu jest liderem w technologiach mobilnych. Telefonem możemy zapłacić wszędzie. Tymczasem nie można zdalnie ostrzec obywateli przed zagrożeniem.
To nie jest szczególnie skomplikowane wymaganie. Jest natomiast wymaganiem podstawowym, co pokazuje wojna na Ukrainie. Tak samo trzeba zmienić sposób organizowania dyżurów. Nie można oczekiwać natychmiastowej reakcji od człowieka, który ma w środku nocy wstać z łóżka, ubrać się, wsiąść do prywatnego samochodu i przejechać kilka czy kilkanaście kilometrów do budynku starostwa. Jeżeli państwo uważa, że dyżurny musi fizycznie obsługiwać urządzenie, powinien być w miejscu, w którym znajduje się radiostacja. Jeżeli nie ma pieniędzy na całodobową obsadę, trzeba zainwestować w rozwiązania umożliwiające zdalne wykonanie najważniejszych czynności. To nie jest zdolność na poziomie budowy elektrowni atomowej w każdym powiecie.
Jest jeszcze jeden problem. Państwo musi zacząć ćwiczyć cały proces, a nie tylko poszczególne jego elementy. Samo sprawdzenie, czy syrena działa, niewiele mówi. Syrena może być sprawna, a mimo to mieszkańcy jej nie usłyszą, ponieważ informacja o konieczności jej uruchomienia nie dotrze na czas.
Ćwiczenia kontra rzeczywistość
Wiele razy obserwowałem ćwiczenia, gdzie służby chwaliły się np. świetnie przeprowadzoną ewakuacją zabytków. Ostatnia powódź na Dolnym Śląsku pokazała, że na ćwiczeniach można wszystko przeprowadzić zgodnie z procedurami, a rzeczywistość to już jest inna bajka. Katastrofa naturalna nie wysyła maila, żeby być gotowym za dwa miesiące do przeprowadzenia konkretnego scenariusza.
Ćwiczenie powinno więc zaczynać się od momentu wykrycia zagrożenia. Trzeba mierzyć czas od przekazania informacji przez wojsko do wojewódzkiego centrum zarządzania kryzysowego, od wojewody do powiatu, od powiatu do dyżurnego i od decyzji o alarmie do uruchomienia syren. Trzeba również sprawdzić, co stanie się wtedy, kiedy dyżurny nie odbierze telefonu, radiostacja będzie niedostępna albo podstawowy kanał łączności przestanie działać.
Co więcej, takie ćwiczenia powinny odbywać się w nocy. Nie o 11:00, gdy pracownicy siedzą w urzędach, wszystkie telefony są pod ręką, a droga do radiostacji nie stanowi problemu, a o 3:30. I to bez wcześniejszej zapowiedzi. Dopiero wtedy można sprawdzić, czy system jest przygotowany na sytuację, dla której został stworzony.
Potrzebny jest także dokładny zapis czasu wykonania wszystkich czynności. Po zdarzeniu nie powinno być potrzeby ustalania, kto kiedy otrzymał SMS-a, kto kiedy przeczytał wiadomość, kiedy przekazał informację dalej i dlaczego polecenie uruchomienia syren dotarło cztery minuty po uderzeniu rakiety. System powinien rejestrować te dane automatycznie.
Dzięki temu po każdym zdarzeniu można będzie wskazać konkretny problem. Jeżeli informacja od wojska została przekazana z opóźnieniem, trzeba poprawić ten etap. Jeżeli problemem była łączność, trzebapoprawić łączność. Jeżeli zawiodło urządzenie, trzeba wymienić urządzenie. Jeżeli zawiódł człowiek, trzeba sprawdzić, dlaczego system nie miał rozwiązania rezerwowego.
Nie można natomiast uznać, że wszystko jest w porządku, ponieważ pracownik nie wykonał swojej części procedury.
Czy to się zmieni? Póki politycy jedynie mówią, a nie działają, można być pewnym, że niewiele się zmieni. Choć eksperci na kolejnych kongresach zwracają na to uwagę od dawna. Tylko w ostatnich trzech latach byłem prelegentem na czterech konferencjach dotyczących szeroko pojętej obrony cywilnej. Na żadnej z nich nie pojawił się nawet jeden z decydentów odpowiedzialnych za tworzenie ogólnopolskich rozwiązań prawnych. Można odnieść wrażenie, że dla polityków słuchanie ekspertów jest pewnego rodzaju ujmą.