Ceuta i Melilla mają w strefie specjalny status — wjazd do nich nie otwiera automatycznie drogi do kontynentalnej Europy. Nie było więc ryzyka, że ci ludzie znajdą się od razu w Schengen. Ale Rabat posłużył się w sieciach społecznościowych dezinformacyjnym sygnałem: jeśli chcesz do Hiszpanii, to teraz — mówi Carmen Claudín, analityczka barcelońskiego think tanku CIDOB. Wskazuje też na niejasną rolę Waszyngtonu.
Sławomir Sierakowski: Kiedy poprosiłem cię o ten wywiad, odpisałaś mi, że kryzys uchodźczy, który właśnie rozegrał się w Ceucie — w ciągu jednej doby z Maroka przedostało się do tej hiszpańskiej eksklawy około 60 tys. ludzi, a 67 osób zginęło, próbując się przeprawić — jest sfabrykowany.
Carmen Claudín: To nie jest kryzys naturalny. Ludzie od dawna siedzą w Maroku albo do Maroka przyjeżdżają z myślą o tym, żeby przedostać się do Hiszpanii. I wciąż obowiązuje porozumienie z marokańskim rządem, które działa lepiej albo gorzej.
Ukraińcy są na polskim garnuszku? Te wyliczenia rozwiewają wątpliwości
To o co chodzi?
— W 2021 r. hiszpański rząd zgodził się przyjąć do szpitala w Hiszpanii lidera Polisario — ruchu, który walczy o niepodległe państwo Sahary Zachodniej, dawnej kolonii hiszpańskiej, którą po wyjściu Hiszpanii w 1975 r. zajęło Maroko. Rabat proponuje Saharyjczykom najwyżej autonomię pod swoją zwierzchnością. Hiszpania — nieoficjalnie, rzecz jasna — zgodziła się, żeby lider trafił do hiszpańskiego szpitala, bo był naprawdę w bardzo ciężkim stanie. Maroko zareagowało bardzo ostro, a miesiąc czy dwa później tysiące młodych mężczyzn ruszyły na Ceutę, wspinając się na ogrodzenia graniczne i płynąc wpław, wielu z nich zrobiło sobie przy tym krzywdę. To był pierwszy tak czytelny przypadek tego, jak Rabat powiedział Madrytowi: nie zadzierajcie z nami.
Jednym z zapalników obecnego kryzysu jest niedawno przyjęte hiszpańskie prawo, które legalizuje pobyt prawie pół miliona ludzi?
— A wśród uprawnionych jest bardzo wielu ludzi Polisario, którzy przed laty dotarli do Hiszpanii, tu ułożyli sobie życie i idealnie odpowiadają profilowi osób, które mogą z tego prawa skorzystać. Maroku to się oczywiście nie spodobało. No i kilka miesięcy później mamy nowy kryzys.
Nie chcę popadać w spiskowe myślenie, ale bardzo wielu ludzi, których zdanie szanuję, wskazuje na Waszyngton jako kogoś, kto albo wprawił to w ruch, albo — wiedząc, jak narasta niezadowolenie Rabatu — postanowił je wykorzystać, żeby ukarać socjalistycznego premiera Sáncheza za to, jak potraktował Trumpa i jego żądanie zwiększenia wydatków wojskowych, oraz za uznanie państwa palestyńskiego. I Trump już używa kryzysu z Ceuty.
Wprowadził go do swojej kampanii przed listopadowymi wyborami do Kongresu.
— Mówi mniej więcej tak: widzicie, co stało się w Hiszpanii — dokładnie to samo czeka nas, jeśli nie będziemy budować murów na granicy.
Właśnie w tym sensie uważam ten kryzys za sfabrykowany. Co oczywiście nie znaczy, że pragnienie młodych ludzi, którzy rzucają się wpław, żeby dostać się do Ceuty, nie jest prawdziwe. I ważna rzecz à propos Schengen: Ceuta i Melilla mają w strefie specjalny status — wjazd do nich nie otwiera automatycznie drogi do kontynentalnej Europy. Nie było więc ryzyka, że ci ludzie znajdą się od razu w Schengen. Ale Rabat posłużył się w sieciach społecznościowych dezinformacyjnym sygnałem: jeśli chcesz do Hiszpanii, to teraz. Pragnienie, żeby dostać się do Europy, jest tam zawsze. Wystarczy pociągnąć za spust i gotowe. I w tym sensie to całkowicie sztuczne: ci ludzie są tak zdesperowani, że daje się ich po prostu użyć. Wystarczy najdrobniejszy sygnał i już biegną do Hiszpanii.
A tymczasem Włochy, których premierka Meloni stanęła na czele listu państw członkowskich UE wymierzonego w Hiszpanię, przyjmują znacznie więcej imigrantów.
Komisja Europejska policzyła, że w latach 2022-2026 Hiszpania miała o połowę mniej nielegalnych przekroczeń granicy niż Włochy i o jedną trzecią więcej powrotów do krajów pochodzenia. A w lipcowym raporcie z wdrażania paktu migracyjnego Bruksela chwali Madryt, a zastrzeżenia ma do Rzymu.
— Nie jest więc prawdą, że do Hiszpanii łatwo się dostać, i zapalnikiem nie było nasze niedawno uchwalone prawo.
Jednak 8 lipca — trzy tygodnie przed kryzysem — wasz Sąd Najwyższy orzekł, że nikt, kto „mokrymi stopami” (drogą morską) dociera do Hiszpanii, nie może zostać natychmiast zawrócony bez żadnej procedury.
— Młodzi Marokańczycy ze średniej wielkości miasta nie mogą sami z siebie wiedzieć, co mówi hiszpańskie ustawodawstwo w tej czy innej sprawie. Ktoś musiał im to powiedzieć. I nie była to żadna mafia przemytników ludzi, jak twierdzi Rabat, bo do pływania nikt mafii nie potrzebuje. Mafia jest ci potrzebna wtedy, kiedy trzeba załatwić łódź, kiedy ktoś ma cię przeprawić.
Hiszpański rząd bardzo dyplomatycznie postanowił przyjąć tę argumentację o mafii, bo Madrytowi bardzo zależy — to dotyczy tak samo Partii Socjalistycznej, jak Partii Ludowej — na utrzymywaniu możliwie najlepszych relacji z Marokiem. Kwestia migracji jest jednym z powodów, a drugim — normalizacja stosunków Hiszpanii z Algierią.
W 2022 r. Sánchez poparł marokański plan autonomii dla Sahary Zachodniej, a Algieria — patronka Polisario i jeden z głównych dostawców gazu do Hiszpanii — zawiesiła w odpowiedzi traktat o przyjaźni z Madrytem i zamroziła wymianę handlową. Ambasador Algierii wrócił do Madrytu dopiero pod koniec 2023 r. A 20 lipca br., dziesięć dni przed kryzysem w Ceucie, Sánchez poleciał do Algieru z pierwszą wizytą od czterech lat.
— Maroku to się nie podoba, lubi być dla Madrytu jedynym partnerem w regionie, jedynym wielkim. Nad Hiszpanią zbierała się więc burza — wszystko gotowało się tam naraz.
Dlaczego Madrytowi tak zależy na relacjach z Marokiem?
— Hiszpania zawsze zabiegała o jak najlepsze relacje ze wszystkimi śródziemnomorskimi sąsiadami, ale z Marokiem łączy nas więź szczególna, historyczna. Choćby to, że Franco zaczął powstanie przeciwko Republice właśnie z Maroka, które również było kolonią. W Hiszpanii żyje bardzo liczna marokańska mniejszość — część świetnie zintegrowana, część nie, ale w każdym razie to jedna z najważniejszych mniejszości w kraju.
I jeszcze jedno: socjalistyczni politycy zawsze bardzo dbali o pielęgnowanie idei, że Hiszpania jest otwarta i inkluzywna wobec Arabów — w końcu przez siedem stuleci sama była arabska i nie ma w niej absolutnie żadnych złych uczuć wobec „naszych ludzi”. Świat arabski zawsze był dla Hiszpanii ważny. A w Maghrebie najważniejsze jest Maroko.
A jak w Hiszpanii przyjęto list, który z inicjatywy Giorgii Meloni podpisało 22 przywódców, z Danią i Finlandią na czele? Włochy zawiesiły na miesiąc granicę Schengen z Hiszpanią, a Madryt wezwał w odpowiedzi włoskiego ambasadora.
— W sprawie samej Ceuty opinia publiczna podzieliła się bardzo wyraźnie, mniej więcej na pół — dokładnie wzdłuż tej samej linii, wzdłuż której podzielona jest dziś hiszpańska polityka jako taka.
W lipcowym badaniu Sigma Dos dla „El Mundo” Partia Ludowa ma 32,8 proc. poparcia, socjaliści — 26,1 proc., a skrajnie prawicowy Vox — 17,3 proc. Prawica ze skrajną prawicą miałyby dziś bezwzględną większość w Kortezach.
— Kraj jest bardzo spolaryzowany, ale w sprawie listu większość poparła rząd. Odbija się w tym znany odruch: a co tam jacyś obcy będą nam mówić, co mamy robić.
Myślę jednak, że politycy UE podpisani pod listem Meloni popełnili błąd. Gdyby jeszcze ten list wyszedł od kogoś bardziej neutralnego w kwestiach imigracji niż włoska premierka… Podobała mi się reakcja szefa estońskiej dyplomacji, który powiedział: chwila, Hiszpania broni swoich granic, a to znaczy, że broni granic Unii Europejskiej, i powinniśmy okazywać jej solidarność w kontrolowaniu tej granicy, a nie tak ją krytykować. Premier Estonii list podpisał, ale minister spraw zagranicznych powiedział swoje.
Polska i Hiszpania jeszcze 30-40 lat temu miały niemal równą liczbę ludności. Dziś Polska się kurczy — ma już niecałe 38 mln, a Hiszpania właśnie pobiła rekord: 49,7 mln mieszkańców, w tym — po raz pierwszy w historii — ponad 10 mln urodzonych za granicą.
— Dzięki migrantom rynek pracy się kręci, a system zabezpieczeń społecznych ma się coraz lepiej za sprawą ich składek i podatków.
Dziesięć milionów ludzi urodzonych za granicą to przecież gigantyczna liczba. A jeśli problemem jest tylko Ceuta, to znaczy, że problemu nie ma. Dlaczego proces integracji jest tak skuteczny?
— Socjalistyczne rządy zawsze traktowały politykę integracyjną bardzo serio. Nie zawsze z powodzeniem — krytyki było i jest mnóstwo — ale całe społeczeństwo wie, że ten temat po prostu jest, że trzeba o nim rozmawiać, rozwiązywać problemy, bo to nie jest coś, co jakiś polityk załatwi za nas.
Po lewej stronie — a ona jest w Hiszpanii bardzo silna — działa przede wszystkim argument solidarności: Hiszpania sama była krajem emigrantów. Kiedy mieszkałam we Francji, koledzy ze szkoły przyjmowali za oczywiste, że moja matka sprząta domy, a ojciec pracuje na budowie. To, że mogliby być intelektualistami, kompletnie nie mieściło im się w głowie. Hiszpania jest krajem, który wysłał w świat ogromną część swojej ludności, głównie do Francji i Niemiec. I ludzie zajmujący się sprawami migrantów nieustannie przypominają o tym Hiszpanom. Teraz to my mamy migrantów — i ich potrzebujemy.
W pierwszym kwartale tego roku najliczniejsi wśród przyjezdnych byli Kolumbijczycy, przed Marokańczykami i Wenezuelczykami.
— Tak, ogromną część stanowią Latynosi. Im jest zresztą znacznie łatwiej uzyskać hiszpańskie obywatelstwo — to kwestia jakichś dwóch, trzech lat, nie więcej. Mają nad innymi wielką przewagę: oczywiście język. W centrum Madrytu Latynosi pracują, spacerują ulicami, siedzą w kawiarniach — nowi hiszpańscy obywatele są wszędzie.
Zaraz po Latynosach są Marokańczycy.
— Z jednej strony ludzie krok po kroku rozumieją, że tej migracji potrzebujemy. Z drugiej mamy zjawisko, które było w Hiszpanii czymś zupełnie nowym: skrajną prawicę, która nagle wyłoniła się z szeregów Partii Ludowej, rośnie bardzo szybko i uczyniła z migracji jeden z „priorytetowych problemów do rozwiązania dla Hiszpanów”. Sama Partia Ludowa stara się być bardzo ostrożna: próbuje odróżnić bycie antymigranckim dlatego, że jest się rasistą — jak skrajna prawica — od sprzeciwu wobec samej migracji. Chcą silniejszej, mocniejszej kontroli, uważają, że hiszpański rząd jest za miękki. Dokładnie to, co mówią sygnatariusze listu 22 państw UE. Ale starają się nie być przeciw migracji, tylko przeciw utracie kontroli nad migracją.
To tłumaczy też, dlaczego w Hiszpanii nie ma tak wielu rasistowskich i ksenofobicznych ataków czy reakcji. Oczywiście zdarzały się, ale kiedy porównuję to z Francją, Niemcami czy z innymi krajami, widzę, że jest ich znacznie mniej niż gdzie indziej.
To dokładnie odwrotnie, niż postępuje polska prawica. Pcha się na prawo, stosując antyimigrancką retorykę, ile wlezie.
— Kluczowe było to, żeby nie tworzyć migranckich gett. Tyle że one poniekąd tworzą się same: w wielkich miastach z powodu cen wynajmu migranci są w stanie znaleźć mieszkania tylko w najbiedniejszych dzielnicach. Tam się więc kumulują — i widać to wyraźnie w Barcelonie czy Madrycie. W małych miejscowościach z wynajmem mieszkania jest może trochę łatwiej, tyle że mieszkania — nawet nie mówiąc o migrantach — to dziś w Hiszpanii gigantyczny, gigantyczny problem w ogóle: młodzi ludzie, także ci już około trzydziestki, nie mają za co wynająć sobie mieszkania. Muszą mieszkać we dwoje, we troje jak za studenckich czasów albo zostawać u rodziców. A jednak Hiszpania ma też jakieś problemy.
*Carmen Claudín jest analityczką i byłą wicedyrektorką barcelońskiego think tanku CIDOB, specjalizuje się w Rosji, Ukrainie i przestrzeni posowieckiej. Dzieciństwo spędziła w Związku Radzieckim, młodość w Paryżu — jej ojcem był Fernando Claudín, jeden z przywódców hiszpańskiej emigracji komunistycznej, usunięty z partii za krytykę jej stalinowskiego kursu. Ukończyła filozofię i historię Rosji na Sorbonie; do Hiszpanii przeniosła się w 1976 r., tuż po śmierci generała Franco.




