— Oczekiwanie, że państwo ukraińskie potępi zbrodnię formacji, którą jednocześnie bierze na sztandary, nie jest niczym nieoczekiwanym czy wygórowanym. Brak takiego potępienia oznacza potężną wyrwę nie tylko w tym jednym okienku, ale w całej ścianie wartości europejskich — mówi w „Rachunku sumienia” prof. Grzegorz Motyka.
Czytaj również: Ukraińcy są na polskim garnuszku? Te wyliczenia rozwiewają wątpliwości
Prezydent Wołodymyr Zełenski zapowiedział otwarcie archiwów Służby Bezpieczeństwa Ukrainy oraz Służby Wywiadu Zagranicznego, a także wydanie większej liczby zgód na prace poszukiwawcze i ekshumacyjne. Czy to może być przełom w badaniach nad zbrodnią wołyńską?
Profesor Motyka, który jest gościem Magdaleny Rigamonti w „Rachunku sumienia”, uważa, że sprawa nie jest taka prosta. — Te archiwa w dużej mierze były otwarte i zostały opublikowane choćby przez polski IPN — mówi prof. Motyka. Należałoby oczywiście myśleć o tym, żeby wysłać grupę badaczy do archiwów ukraińskich. Jeżeli rzeczywiście jest tam jakiś pakiet do tej pory ukrywanych materiałów, to po prostu należałoby przyjrzeć się tym dokumentom i poprosić o ich udostępnienie. Natomiast powiedzmy sobie szczerze, że w dzisiejszej, biednej polskiej nauce oczywiście są instytucje, które mogą tego typu badania czy wyjazdy sfinansować, ale na przykład nie ma projektów dedykowanych choćby naukowcom uniwersyteckim czy PAN — opowiada prof. Motyka
— A czy są pieniądze na ekshumacje? — pyta Rigamonti
— Są środki w IPN i w Ministerstwie Kultury.
— 100 tys. ludzi trzeba ekshumować, panie profesorze — zauważa prowadząca „Rachunek sumienia”.
— To będzie trwało oczywiście bardzo długo — przyznaje prof. Motyka.
Przed tygodniem byłem na Wołyniu w dołach śmierci w Woli Ostrowieckiej i Ostrówkach.
— To bardzo mocne doświadczenie. Właściwie na moich oczach odkopano kilka ciał osób, które zostały zamordowane na polu uprawnym. Wszyscy się dziwili, że te szkielety przetrwały, mimo że pole jest uprawiane od kilkudziesięciu lat.
W tych dwóch wsiach zginęło w trakcie zbrodni wołyńskiej 1050 osób. Ich nazwiska są znane dzięki wysiłkom polskiego historyka Leona Popka. Pierwsze ekshumacje przeprowadzono tam w 1992 r., potem w 2011 r. i 2015 r. — I wraz z tymi, które przeprowadzono obecnie (odkryto 50 ciał) odnaleziono tam ponad 700 ciał lub szczątków — opowiada prof. Motyka i dodaje, że dopiero budowa cmentarza sprawi, że temat przestanie być tak emocjonalny.
— Co z tego, że coś wydarzyło się 80 lat temu, skoro po dziś dzień ludzie nie mogą pochować swoich bliskich? To sprawia, że tamte wydarzenia wydają się bardzo bliskie. W Bośni wydarzyło się coś [mowa o masakrze w Srebrenicy w 1995 r. – red.] 30 lat temu, ale tam wszyscy zostali już ekshumowani — zauważa prof. Motyka.
Czerwona linia
W „Rachunku sumienia” Rigamonti pyta go o ocenę bolesnej historii Polski i Ukrainy.
— Czerwoną linią jest dla mnie kwestia faktów historycznych. Bardzo mocno spieram się z kolegami ukraińskimi i polskimi w kwestiach dotyczących usprawiedliwiania zbrodni wojennych. Ukraińcy próbują usprawiedliwiać zbrodnię wołyńską, natomiast po polskiej stronie są próby usprawiedliwiania akcji „Wisła”. Jedno i drugie budzi we mnie sprzeciw — mówi prof. Motyka.
Rigamonti pyta go, w jaką grę w takim razie gra prezydent Wołodymyr Zełenski, który nadał jednej z jednostek wojskowych imię Bohaterów UPA.
— Myślę, że prezydent Zełenski zdecydował się na ten krok z powodów wewnętrznych. Jeśli nawet nie w pierwszym kroku, wydając ten dekret, to na pewno w drugim — uznając, że nie ustąpi nawet na krok — mówi historyk.
Jego kolega, prof. Hrycak z Uniwersytetu Lwowskiego, powiedział z kolei, że Zełeński stał się arogancki w swojej grze pamięcią. — Zełenski jest bohaterem ukraińskim. Po paru latach, kiedy żyje w takim ciągłym napięciu i odniósł bez wątpienia sporo sukcesów, sprawia to, że arogancja mogła się pojawiać. To jest taki kompleks Boga, który jest chyba szczególnie widoczny u lekarzy.
Ale być może, kontynuuje prof. Motyka, Zełenski dokonał po prostu racjonalnej kalkulacji.
— Mógł myśleć, że podsycenie pewnego sporu, narodowych schematów i stereotypów sprawi, że elektorat ukraiński stanie po stronie prezydenta. I tak się stało. Elektorat nacjonalistyczny, który normalnie pewnie głosowałby na kogoś innego, w tej chwili popiera Zełenskiego, bo to jest główny patriota. A może myślał, że jeszcze jacyś Ukraińcy wrócą? Państwu ukraińskiemu zależy, żeby ci imigranci wracali do Ukrainy.
Zdaniem historyka mogło też chodzić o to, że strona ukraińska wyszła z założenia, iż narzuci swoją wizję historii Polsce i Europie w sprawie zbrodni wołyńskiej.
— Chodzi o to, że przy wejściu do Unii Europejskiej narzucenie tej wizji historii oznacza, że nie będzie warunków historycznych jako tych blokujących ewentualną akcesję — mówi prof. Motyka.
— Nie potrafię zrozumieć prezydenta Zełenskiego, który swoją decyzją to wszystko zniweczył. Może nie 30 lat dialogu polsko-ukraińskiego, bo on zrobił tak duże postępy, że wiele z tych rzeczy pozostanie. Natomiast żałuję, że tyle tych negatywnych emocji musiało się wylać. Łatwego powrotu do sytuacji sprzed 26 maja nie będzie — mówi prof. Motyka, przypominając chwilę, gdy Zełeński ogłosił, że nazwie jedną z jednostek wojskowych ukraińskiej armii imieniem Bohaterów UPA.
Czy jeśli Ukraina chce wejść do Unii, to powinna rozliczyć się ze zbrodni wołyńskiej i mordowania Żydów w czasie II wojny światowej?
— Uważam, że tego typu warunki, jakie były postawione Chorwacji, czyli że nie będzie oficjalnego kultu ustaszowskiego [Ustasze byli odpowiedzialni m.in za holokaust na terenach dzisiejszej Chorwacji] i nie będzie zaprzeczania zbrodniom, których ustasze dopuścili się na Serbach i Żydach, nie są czymś wygórowanym — odpowiada historyk.
Po II wojnie światowej Unia Europejska — tłumaczy prof. Motyka — powstawała jako strefa pokoju i sprzeciwu wobec wojny i przemocy względem ludności cywilnej.
— Oczekiwanie, że państwo ukraińskie potępi zbrodnię formacji, którą jednocześnie bierze na sztandary, nie jest niczym nieoczekiwanym czy wygórowanym — powtarza prof. Motyka. — Brak takiego potępienia oznacza potężną wyrwę nie tylko w tym jednym okienku, ale w całej ścianie wartości europejskich.
Przyznaje, że wielu z kolegów ukraińskich po prostu nie jest w stanie uwierzyć w to, że UPA dopuściła się zbrodni na Wołyniu. — Już nie mówię o ludobójstwie, ale po prostu o tym, że UPA dopuściła się zorganizowanej czystki, bo o to tak naprawdę toczy się spór. Ludobójstwo jest wyższym piętrem tej dyskusji. Spór natomiast toczy się o to, czy była to zorganizowana operacja od samego początku do samego końca, czy nie. I wszelkie wątpliwości, które mogą podważać tego typu opis wydarzeń, są przez kolegów ukraińskich podkreślane, wybijane, mnożone.
„Akcja »Wisła« nie była zwykłym wysiedleniem”
Historyk opowiada o swoich badaniach, które rozpoczął w Bieszczadach, a zaprowadziły go na Ukrainę.
— Najpierw zajmowałem się terenami, gdzie to Ukraińcy byli stroną słabszą, prześladowaną, zwłaszcza po II wojnie światowej, gdzie właściwie dopuszczono się wobec nich stalinowskiej czystki etnicznej i zbrodni komunistycznej w czasie akcji „Wisła”. Przyznaję, że potępiając akcję „Wisła”, nie zdawałem sobie sprawy — to były lata 90. — że faktycznie była ona próbą wynarodowienia tej mniejszości. Przypominała nie zwykłe przymusowe przesiedlenie, tylko deportację, czyli nie tylko wysiedlenie, ale również przymusowe osiedlenie, zakaz zmieniania miejsca pobytu i takie naciski administracyjno-policyjne, aby ci ludzie po prostu stracili swoją tożsamość narodową, kulturową i religijną — mówi prof. Motyka.
Po pięciu latach PZPR wycofała się z akcji wynaradawiania na rzecz asymilacji państwowej. Wtedy pojawiła się szansa dla ludności ukraińskiej — mogli skupiać się w tych samych miejscowościach i uczyć się w tych samych szkołach. — Wtedy zaczęli i robią to, na szczęście do dziś, utrzymywać własną tożsamość — opowiada prof. Motyka.
Później Motyka zaczął badać zbrodnię wołyńską. Przypomina sobie, jak w 1995 r. pojechał jako jeden z pierwszych polskich historyków do Kijowa — To właśnie z analizy dokumentów znajdujących się w ukraińskich archiwach stało się dla mnie w sposób oczywisty jasne, że była to operacja zorganizowana. Rozkazy, które tam widziałem już w 1995 r., moim zdaniem jednoznacznie to przesądzały. Łącznie z tym, że znalazłem wtedy dokument mówiący o tym, jak ma wyglądać operacja wypędzania Polaków z Galicji Wschodniej. Kilka lat później opublikowałem go w „Karcie” i od razu wywołało to ogromne protesty, że to niemożliwe, że to na pewno fałszywka, że to nie tak.
— Jak pan to znosił? Zbieranie tej wiedzy? Jeździł pan wieś po wsi, wieś po wsi, wieś po wsi… — pyta Rigamonti.
— To jest historia bardzo krwawa — mówi Motyka. — To jest w gruncie rzeczy opowieść o straszliwych nieszczęściach ludzkich, Polaków i Ukraińców. Ci przesiedleni Ukraińcy w większości w żaden sposób nie odpowiadali za to, co się działo na Wołyniu, więc byli to ludzie absolutnie niewinni.
Zdaniem historyka wojna o pamięć się nie kończy. Zełenski niedawno zapowiedział, że chce stworzyć panteon ukraińskich bohaterów. — To z całą pewnością nie jest koniec. To tylko chwila przerwy.
Czym jest „Rachunek sumienia”?
Kościół. Dla jednych skompromitowana instytucja cynicznie wykorzystująca religię jako narzędzie do zarabiania pieniędzy. Dla drugich opoka oraz źródło wszelkiego dobra i miłości. „Rachunek sumienia” to nie jest podcast tylko o Kościele. To podcast o ludziach, na których kariery, a czasem i na całe życie, wpływ miała (lub nadal ma) instytucja, jaką jest Kościół katolicki. Jeśli nie macie w sobie uczuć religijnych, koniecznie posłuchajcie. Jeśli je w sobie macie — posłuchajcie tym bardziej.





