Na Zachodzie często zakłada się, że Władimir Putin jest izolowany od złych wiadomości, bo jego podwładni boją się mówić mu to, czego on nie chce usłyszeć. Prezydent doskonale zdaje sobie jednak sprawę z tego, w jak fatalnym stanie znajduje się rosyjska gospodarka, ale nie może pozwolić, by dowiedzieli się o niej zwykli obywatele. Stąd spektakularny upadek Andrieja Klepacza.
— Jestem niemal pewny, że czeka nas kryzys społeczny… Przy obecnie prowadzonej polityce makroekonomicznej gospodarka stanie w miejscu, a społeczeństwo raczej tego nie zaakceptuje — to słowa Andrieja Klepacza, głównego ekonomisty rosyjskiego państwowego banku rozwoju (VEB). Wygłosił je podczas majowego spotkania czołowych ekonomistów i naukowców w Moskwie.
Przedstawił tam miażdżący raport na temat polityki pieniężnej Kremla, przewidywał, że Moskwa stanie się bardziej uzależniona od Pekinu niż kiedykolwiek była od Europy, wreszcie — otwarcie przyznał, że Rosja przegrywa z Ukrainą w wyścigu technologicznym i gospodarczym.
Putin wcale nie żyje w bańce
I co? I nic się nie stało. Przez trzy miesiące Klepacz spokojnie pracował w VEB — aż do momentu, gdy rosyjskie media dotarły do treści jego raportu. Stało się to w zeszłym tygodniu. I w niedzielę stracił stanowisko.
Na Zachodzie często zakłada się, że do Władimira Putina nie docierają złe wiadomości, bo jego podwładni boją się mówić mu to, czego on nie chce usłyszeć. Tymczasem rosyjski prezydent doskonale wiedział o tej dramatycznej prognozie, którą przedstawił jeden z czołowych ekonomistów kraju, zanim sprawą zainteresowały się media.
To, że Klepacz został usunięty dopiero po upublicznieniu jego ustaleń, oznacza coś innego. Putin wie, że prowadzi kraj ku upadkowi; musi tylko dopilnować, by przed zbliżającymi się wyborami nie dowiedziało się o tym społeczeństwo.
Dzwon alarmowy na Kremlu
Andriej Klepacz bynajmniej nie był marginalnym ekonomistą wieszczącym upadek Rosji. Uważano go za jednego z czołowych ekspertów w Moskwie — przez dziesięć lat pracował w Ministerstwie Rozwoju Gospodarczego Federacji Rosyjskiej jako dyrektor ds. prognozowania, a potem wiceminister, zanim w 2014 r. objął stanowisko głównego ekonomisty VEB.
W trakcie imponującej kariery, za którą odznaczono go Orderem Honoru, zasiadał także w radach nadzorczych największych rosyjskich firm naukowych i zbrojeniowych, m.in. Rosatomu, Zjednoczonej Korporacji Stoczniowej oraz Zjednoczonej Korporacji Lotniczej.
Dzięki temu był wyjątkowo predestynowany, by ocenić przyszłość technologiczną i gospodarczą Rosji. Ale jego ocena była wyjątkowo ponura. W raporcie „Gospodarka rosyjska a wyzwania geopolityczne” przedstawił cztery pesymistyczne wnioski — a ostatni z nich musiał rozbrzmieć w Kremlu jak dzwon alarmowy.
Przyszłość Rosji według Klepacza
Po pierwsze, obecny model gospodarczy Rosji nie jest w stanie wytrzymać długotrwałej konfrontacji z Zachodem. Moskwa — argumentował Klepacz — próbuje prowadzić kosztowną wojnę, jednocześnie dusząc cywilną gospodarkę wysokimi stopami procentowymi i zaciskaniem pasa.
„Przy obecnie prowadzonej polityce makroekonomicznej nie wytrwamy w tej konfrontacji” — stwierdził. „Gospodarka zatrzyma się, a społeczeństwo raczej tego nie zaakceptuje”.
Prognozy samego VEB wskazują na wzrost gospodarczy Rosji w 2026 r. zaledwie o 0,3 proc. przy jednoczesnym spadku inwestycji o 2,5 proc. Pozostają więc zgodne z prognozami Banku Centralnego, który przewiduje wzrost na poziomie 0-1 proc.
Po drugie, toczona przez Putina wojna oddaje Pekinowi ogromny wpływ na Moskwę. Klepacz otwarcie zastanawiał się, czy Rosja w ogóle zdoła pozostać suwerennym państwem, czy też stanie się krajem z „niesuwerenną gospodarką, w przeważającej mierze uzależnioną od Chin”.
Struktura handlu Rosji — zauważył — już teraz wykazuje „skrajnie wysoki stopień zależności” od Pekinu. „Pod wieloma względami wyższy” niż wcześniejsza zależność od Unii Europejskiej.
„Pytanie brzmi jedynie, jak daleko posuniemy się w spełnianiu różnych chińskich wymogów regulacyjnych i pozwolimy chińskiemu biznesowi kontrolować kolejne sektory rosyjskiej gospodarki” — podsumował.
Po trzecie, wojna w Ukrainie hamuje szerszy postęp technologiczny i gospodarczy Rosji — choć ekonomista nie chciał tego przyznać. „Przegrywamy zarówno rywalizację technologiczną, jak i ekonomiczną na świecie nie tylko z Chinami i Stanami Zjednoczonymi, ale pod pewnymi względami nawet z Ukrainą, jakkolwiek nieprzyjemne jest to nawet dla mnie osobiście” — pisał Klepacz.
Czwarta i ostatnia kluczowa prognoza była już gwoździem do trumny. Odwołując się do być może najbardziej złowrogiego precedensu w rosyjskiej historii, Klepacz stwierdził, że wybuch niezadowolenia społecznego może nastąpić równie nagle jak w lutym 1917 r., gdy 300-letnia dynastia Romanowów upadła podczas rewolucji rosyjskiej.
„Gospodarka jeszcze się utrzyma, ale może wybuchnąć kryzys społeczny — i to w momencie, gdy nikt się tego nie spodziewa. Nikt nie spodziewał się też rewolucji lutowej” — zauważył, przypominając, że sam Lenin zaledwie kilka miesięcy przed upadkiem cara pisał, iż jego pokolenie być może nie doczeka żadnej rewolucji.
Rosyjska cena Ukrainy
VEB w krótkim komunikacie dla rosyjskich mediów poinformował, że Klepacz zrezygnował ze stanowiska w miniony weekend, jednak niezależny portal The Bell, powołując się na dwa niezależne źródła, napisał, że ekonomista został zwolniony przez prezesa VEB na polecenie administracji prezydenta.
To wcale nie był pierwszy przypadek, gdy prognozy Klepacza zwiastowały kłopoty. Od lat mówił rosyjskiemu rządowi rzeczy, których ten nie chciał słyszeć — a mimo to go trzymano, bo rozumiano, że jest zarówno patriotą, jak i wybitnym ekonomistą.
Pracując w resorcie rozwoju gospodarczego, często ścierał się z ówczesnym szefem resortu i wiceprezesem banku centralnego Aleksiejem Uljukajewem w sprawie polityki pieniężnej.
Klepacz został głównym ekonomistą VEB w 2014 r. — częściowo po to, by oddalić go od Uljukajewa. Ten drugi trafił w 2017 r. do kolonii karnej o zaostrzonym rygorze za korupcję.
Gdyby raport Klepacza pozostał niejawny, Klepacz mógłby dalej wykonywać swoją pracę. Ale stało się to niemożliwe, gdy jego poglądy ujrzały światło dzienne.
Do wyborów parlamentarnych został już niespełna miesiąc, a Putin za wszelką cenę stara się uchronić zwykłych Rosjan przed rosnącymi kosztami wojny. Nie ma wątpliwości, że jego partia Jedna Rosja zwycięży w przyszłym miesiącu, ale samo zwycięstwo nie wystarczy.
Kreml potrzebuje perfekcyjnie wyreżyserowanego spektaklu jedności narodowej. To na nim opiera się legitymizacja Putina, a każda groźba dla tej jedności musi zostać usunięta.
Braki paliwa, rosnące ceny i wybuchające magazyny są dla Putina kosztowne, ale wszystkie można tłumaczyć jako efekt daremnych prób Ukrainy i jej zachodnich sojuszników zniszczenia Rosji.
Raport Klepacza stanowi znacznie większe zagrożenie. Mówi Rosjanom, że przyszłość ich kraju to gospodarcze trudności, podporządkowanie Chinom i niekończący się upadek. Co ważniejsze, pokazuje, że Kreml doskonale to rozumie — i nic sobie z tego nie robi.
Putin jest gotów osiągnąć swoje cele w Ukrainie za wszelką cenę. Nie może sobie pozwolić, by Rosjanie dowiedzieli się, że ta cena to ich własna przyszłość.
Tekst opublikowany w amerykańskim „Newsweeku”. Tytuł, lead i śródtytuły od redakcji „Newsweek Polska”.





