Lubicie sondaże? Nie lubicie, ale czytacie. Sondaż to przeciwieństwo Teatru Telewizji, który każdy chwali, ale mało kto ogląda. Sondaże się nikomu nie podobają, ale świetnie się klikają. W sondażu rzadko kiedy nasza partia wygląda wystarczająco dobrze. A jak nawet wygląda, to koalicjanci słabują. A jak nie słabują, to jeszcze gorzej, bo jak wiadomo — nie ma gorszego wroga niż koalicjant.
Ja też lubię sondaże, a kilka z nich jakiś czas temu zwróciło moją uwagę. W lutym IBRiS zapytał Polaków, kto powinien zastąpić Jarosława Kaczyńskiego na czele PiS. Największa grupa ankietowanych wskazała na byłego premiera Mateusza Morawieckiego — 29 proc. Niemal jedna czwarta respondentów (24 proc.) wybrała odpowiedź: „Nie wiem/trudno powiedzieć”, a 18 proc. opcję: „Ktoś inny spoza tej grupy”. Drugie, ludzkie, miejsce zajął więc Przemysław Czarnek z wynikiem 11 proc. Co mówi nam taki sondaż i jego wynik walący po oczach z tytułu gazety? Oczywiście nic. Pytamy ogół Polaków, kto powinien być szefem partii, którą popiera tylko co piąty z nich. Lekko licząc, połowa jej szczerze nienawidzi. I ma jej wybierać przywódcę. Zdanie takiego pisożercy jest tak samo ważne w tym sondażu, co zdanie pisowskiego taliba.
Antoni Macierewicz albo ktoś tego typu, gdyby to do niego zadzwoniono, mógłby wybrać Przemysława Czarnka, wierząc szczerze, że tak będzie najlepiej dla partii. Ja mógłbym wskazać Czarnka, wierząc, że tak będzie jak najgorzej dla partii. I takim sposobem moglibyśmy Przemysława Czarnka wybrać najpierw na szefa sondażu, a potem na szefa partii, mając jednak nieco odmienne motywacje.




