Historia z raportem „Polaków portret własny” przygotowanym przez Markę Polska pod auspicjami Ministerstwa Sportu i Turystyki może nie stanie się portretem trumiennym obecnej koalicji rządowej, ale kto wie, czy nie kolejnym gwoździem do jej trumny.
Wiem już, dlaczego po Polsce wciąż tak ciężko się podróżuje — człowiek, jadąc z Warszawy do Katowic myśli, że powinien kierować się na południe. Tymczasem Katowice leżą w „północnym centrum”. Zaś Wrocław, do którego zawsze jeżdżę na południowy zachód, przemieścił się cudownie na północny zachód. Jeśli zatem Katowice leżą gdzieś koło Płocka, a Wrocław bliżej Świnoujścia, to powinniśmy całą naszą szkolną wiedzę, ale i sposób podróżowania wyrzucić na śmietnik. Na śmietnik historii, ściślej mówiąc. A to wszystko dzięki obecnemu rządowi, który tak często oskarżany o lenistwo i apatię, dokonał wreszcie prawdziwej rewolucji.
O nowym położeniu Katowic i Wrocławia, a także o innych epokowych odkryciach dowiadujemy się z raportu „Polaków portret własny”, przygotowanego przez think tank Marka Polska pod światłym kierownictwem dr hab. Barbary Mróz-Gorgoń. Barbara Mróz-Gorgoń z Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu, „badaczka i praktyczka strategii marki” ledwo co została sekretarzem stanu i pełnomocnikiem rządu ds. promocji Marki Polski. Jeśli jej kariera nie skończy się za chwilę, to i tak pozostanie najbłyskotliwszą w najnowszych dziejach rządu Donalda Tuska. I niezapomnianym epizodem robionej z iście husarskim temperamentem reklamy naszego wyjątkowego kraju.
Zadziwiający jest ów „Polaków portret własny”. Począwszy od tego, że nawiązuje tytułem do słynnej wystawy sztuki z końca lat 70., która odbyła się w krakowskim Muzeum Narodowym i stała się ogólnokrajową sensacją, gromadząc tłumy ciekawe, jak Polacy sami siebie widzieli na przestrzeni stuleci w malarstwie, rzeźbie, fotografii. Pamiętam, że szczególną popularnością wśród odwiedzających cieszyły się portrety trumienne, jeden z najwspanialszych elementów kultury sarmackiej. Historia z raportem przygotowanym przez Markę Polska pod auspicjami Ministerstwa Sportu i Turystyki może nie stanie się portretem trumiennym obecnej koalicji rządowej, ale kto wie, czy nie będzie kolejnym gwoździem do jej trumny.
Ów „kompleksowy raport z badań percepcji, autopercepcji i strategii budowy marki narodowej” mieści się na ledwo 25 stronach wraz ze spisem treści, choć spodziewalibyśmy się przynajmniej 250 stron gęstej narracji, jak nie tysiąca. Jest to zatem raport wyjątkowo treściwy, choć wydana na niego kwota jest pełna rozmachu. 178 tys. 738 zł i 19 gr za szybki prompt dla czegoś sztucznego, czego nie uchodzi nazwać inteligencją, to jednak kwota szokująca.
Imponujące jest za to, ilu wolontariuszy podpisało się pod tym dziełem, ileż badań jakoby przeprowadzono, ileż przebadanych osób — biznesmenów, artystów, przedsiębiorców i studentów trzeba było, by odkryć, że w polskiej kuchni, „potężnej tradycją i potencjałem” najpopularniejsze są „pierogi, żurek, bigos, chleb żytni, mleko i mleczne produkty”. Ileż wytężonej pracy humanistów wynajętych przez polski rząd trzeba było, by odkryć dla świata, że „Polska posiada BOGATĄ [podkreślenie oryginalne — KV] tradycję kulturalną na poziomie międzynarodowym”. I tak: „NAGRODY NOBLA: 5 Polaków (Maria Skłodowska-Curie, Wisława Szymborska, Olga Tokarczuk itp.)”. Co to znaczy „itp.”? Itp., czyli Czesław Miłosz, Władysław Reymont, Henryk Sienkiewicz? Nie chciało się dopisać dr hab. Barbarze Mróz-Gorgoń tych kilku nazwisk noblistów, bo to męskie nazwiska, a ona lubi tylko kobiety-noblistki, czy dlatego, że z zasady jest leniwa i woli pisać „itp.”? Pomijając, że nawet jak się dopisze Reymonta, Miłosza i Sienkiewicza, to i tak już jest sześcioro noblistów, a nie „5”, to w dodatku Barbara Mróz-Gorgoń, ani nikt z jej błyskotliwej grupy badawczej nie usłyszał nigdy o Pokojowej Nagrodzie Nobla dla Lecha Wałęsy? O Wałęsie coś wiedzą, bo pojawia się w innym miejscu dziwaczna zbitka „Solidarność Wałęsy”, ale najpewniej nie mają pojęcia o istnieniu „pokojowego Nobla”.
W zasadzie z raportu wynika, że Barbara Mróz-Gorgoń (dr hab., dla przypomnienia) kompletnie nie ma o niczym pojęcia, podobnie jak jej wolontariusze. Prócz oczywiście umiejętności zdobycia niemal 180 tys. zł na projekt, który średnio rozgarnięty orangutan zrobiłby lepiej i taniej, a przede wszystkim samodzielnie.
29 lipca 2026 r. Premier Donald Tusk ogłasza powołanie Barbary Mróz-Gorgoń na pełnomocniczkę rządu ds. promocji Polski
Foto: Leszek Szymański / PAP
To, co jest interesujące w tym raporcie, to nie tylko kopernikański przełom w kwestii geografii naszego kraju, gdzie Katowice i Wrocław swobodnie przemieszczają się po mapie. Wręcz sensacyjny jest też język, którym napisano raport.
Zdumiewające są poszczególne rozdziały tego eposu. Dajmy na to temat „Wymiary gościnności polskiej”, z którego wynika, że jako Polacy spontanicznie pomagamy obcym, mamy intensywne relacje rodzinne, zapraszamy gości do domu i dzielimy się jedzeniem, nawet jak nam samym go brakuje. Ten wspaniały obraz Polaków został zestawiony z innymi krajami, to znaczy wyłącznie z Niemcami. Badanie oparto na jednej wypowiedzi „terapeuty koleżanki z Niemiec”. Ów niemiecki terapeuta jakiejś koleżanki nie mógł zrozumieć fenomenu „toksycznej matki”, ponieważ u niego nie jeździ się do mamy na niedzielne obiadki, tylko dzwoni raz na kilka miesięcy. Proszę bardzo! Da się? Da się! Wystarczy mieć koleżankę w Niemczech, która chodzi na terapię, i cały zestaw różnic kulturowych między Polską a Niemcami jest rozpracowany do ostatniej śrubki.
„To stanowi fundamentalną RÓŻNICĘ w modelach więzi społecznych między Polską a Europą Zachodnią” — egzaltuje się dr hab. Barbara Mróz-Gorgoń, a przynajmniej pożal się Boże inteligencja, która jej to napisała. Jedna znajoma z jednym terapeutą i załatwiony cały temat różnic między Polską a Zachodem!
Przejdźmy teraz do sławnej już „DYSONANCJI”, której istnienie odkryli badacze dr hab. Barbary Mróz-Gorgoń. Otóż z rozdziału pod wiele obiecującym tytułem „Paradoks polski — warunkowa solidarność” dowiadujemy się, że „respondenci odkryli CIEKAWĄ DYSONANCJĘ — Polacy mogą być gotowi do NIEZWYKŁEJ solidarności w kryzysie, ale na co dzień mogą być ZAZDROŚNI, NIEUFNI wobec siebie nawzajem, czasem wręcz HEJTERCY w mediach społecznościowych”. Nowatorskość tych badań polega oczywiście też na tym, że nikt ich nie przeczytał po napisaniu przez nieszczęsną sztuczną nieinteligencję, ponieważ nawet niewidomy by zauważył, że „dysonancja” oraz „hejtercy” nijak nie występują w polskim wokabularzu — że użyję mądrego słowa rozpropagowanego swego czasu przez ministrę Cienkowską.
Zwracam uwagę na maniackie używanie wersalików, charakterystyczne głównie dla szaleńców grasujących po forach internetowych, którym się wydaje, że jeśli użyją wielkich liter, to ich komunikat będzie bardziej wstrząsający. W przypadku zespołu dr hab. Barbary Mróz-Gorgoń widzę raczej kłopot z rozróżnieniem, kiedy należy używać przycisku „Caps Lock” na klawiaturze, a kiedy sobie odpuścić.
No dobrze, pożartowaliśmy, a teraz przejdźmy do tego, co jest bogactwem Polski, bo przecież chodzi o budowanie Marki Polska i rozpropagowanie na świecie naszej fajności. Naturalnie możemy pochwalić się unikalną przyrodą.
I tak „Polska oferuje NIEZWYKŁĄ RÓŻNORODNOŚĆ krajobrazową w stosunkowo niewielkiej powierzchni”. Nie zatrzymujmy się, by znaleźć tu dwie świetliste bzdury — to nie rebus, to raport! Co zatem możemy światu zaoferować z naszych cudów przyrodniczych? Obok Bałtyku, jezior, których mamy mieć aż 15 tys. (więc chyba połowę z nich musieliśmy ukraść od Finlandii albo Szwedzi nam oddali w ramach reparacji za „potop”), mamy góry, mamy lasy oraz największy skarb: „polski płaskiz”.
Poza tym — wracamy do ukochanych wersalików — mamy „CZTERY WYRAŹNE PORY ROKU”. Klimatolodzy mogą mieć tu zdanie odrębne, ale w końcu zatrudniono za rządowe pieniądze „najwybitniejszą w Polsce specjalistkę od budowy marki” jak zachwycał się premier Tusk, a nie klimatologów. Ani nawet wspomnianego orangutana, który długo musiałby drapać się w głowę, by spróbować zrozumieć, co znaczy „polski płaskiz”. Ja wiem — chodzi o Nizinę Mazowiecką, prawdaż? To jest ten „płaskiz”, którym możemy zaimponować światu?
Jakie są polskie deficyty?
Nasze wspaniałości — żurek, pierogi, gościnność, jeziora i płaskiz — już poznaliśmy, ale jakie są nasze deficyty? Ano odwieczne.
Rozdział „KOMPLEKSY NARODOWE — SYNDROM MARTYROLOGII” mówi nam wszystko. Otóż „Polska ma GŁĘBOKIE ZAKORZENIENIE w historii sufferingu„. Oczywiście były zabory, a także II wojna światowa i komunizm, co skutkowało wspomnianym „sufferingiem”, ale możemy z tego wyjść.
Co zrobić?
„Trzeba WYCISZYĆ ten wydźwięk historyczny, nie zapominając o nim, ale też nie czyniąc siebie NARODEM, KTÓRY WSZYSTKIE WOJNY PRZEGRA i miał ciężko, tylko pokazując, że NIEZALEŻNIE OD WOJEN, gdzie było ciężko, Polska się ROZWIJA”.
Jedno jest oczywiste — każdy, kto przeczyta raport przygotowany przez „najwybitniejszą w Polsce specjalistkę od kształtowania marki” stanie się ofiarą okrutnego „sufferingu”.
Nieudacznictwo i dyletanctwo, cechy dystynktywne polskiej klasy politycznej i zarazem mocna strona każdej kolejnej władzy, zostały tu podniesione do poziomu sztuki. Jest to sztuka języka, skojarzeń, sztuka awangardowa i wizjonerska zarazem.
Zachowajmy ten dokument dla potomności.





