Karol Nawrocki ogłosił, że chce otworzyć prezydencki ośrodek w Juracie dla młodzieży, intelektualistów i innych środowisk. Do tej pory było to jedno z najbardziej tajemniczych miejsc, związanych z polskimi prezydentami. Ukryty przed oczami ciekawskich i niedostępne dla mediów — pisze Dominika Długosz w książce „Tajemnice Pałacu Prezydenckiego”.
Większość dotychczasowych prezydentów lubiła rezydencje poza miastem, bo bardziej przypominały dom niż pałac. Promnik, oddalony od Warszawy kilkanaście minut lotem śmigłowcem, jest tak ukryty, że nie można go znaleźć nawet w wykazie prezydenckich rezydencji. To otoczona lasem willa w dorzeczu Wisły. Są tam oczywiście basen, siłownia i kort tenisowy, który został dobudowany za prezydentury Kwaśniewskiego. Tam, jak mówią byli funkcjonariusze BOR, „Jola mogła być kurą domową”.
Ale tak naprawdę Kwaśniewscy pokochali Juratę i prezydencki ośrodek Mewa. I to im kolejni prezydenci zawdzięczają rezydencję, która budzi zazdrość nawet u europejskich głów państw.
Znajomy prezydenckiej pary: — Kiedy odchodzili, Jola naprawdę była nieszczęśliwa, że muszą zostawić następnym Juratę. Uwielbiała to miejsce, traktowała jak dom i jak swoją własność.
Ośrodek prezydencki w Juracie to zdecydowanie perła w koronie rezydencji głowy państwa. Żeby się do niego dostać, trzeba w drodze do Helu minąć Juratę i niespełna kilometr za ostatnimi zabudowaniami skręcić w prawo. Droga skończy się dosłownie po paru metrach. Od normalnego ruchu odgradza go brama, za którą jest niewielki parking i posterunek ochrony. Jeszcze kilometr asfaltową drogą ukrytą w lesie i dojedziemy do centralnego budynku.
— Kiedyś był to ośrodek Ministerstwa Obrony Narodowej, który przeszedł pod zarząd Rady Państwa. Jakby z marszu Kancelaria Prezydenta przejęła go w 1989 roku — wspomina Andrzej Gdula, pod koniec lat osiemdziesiątych pracownik KC PZPR, potem szef zespołu doradców prezydenta Kwaśniewskiego.
Składa się z dwóch stojących obok siebie willi, budynku głównego z pokojami dla członków delegacji towarzyszących gościom, budynku z basenem i niewielkim spa oraz kortów tenisowych. Obecnie nad samym brzegiem Zatoki Gdańskiej stoi jeszcze pięć budynków. Centrum konferencyjne, przystań, dwie wille dla prezydenta i najbardziej znamienitych gości i duma Jolanty Kwaśniewskiej, czyli imitująca latarnię morską wieża. Na samej górze jest salonik.
— Wieża była pomysłem Jolanty Kwaśniewskiej. Na szczycie pokój z kominkiem dla czterech, sześciu osób, z panoramą zatoki. Tam można odbywać rozmowy kuluarowe. W dolnej części wieża połączona jest z basenem, gabinetem odnowy i sauną — opowiadał były burmistrz Helu Mirosław Wądołowski.
Informacja, że wieżę kazała wybudować Jolanta Kwaśniewska, została uwieczniona na wmurowanej tabliczce. Do willi numer jeden, czyli prezydenckiej, z latarni morskiej jest dosłownie parędziesiąt metrów. Można przejść plażą albo drogą przez las obok kolejnego posterunku oficerów ochrony. Jeśli pójdziemy plażą, to do salonu prezydenckiej willi doprowadzi nas molo wychodzące w morze bezpośrednio z tarasu i zakończone niewielką przestrzenią, na której można opalać się latem. Taras jest szeroki i prowadzi na parter. Jednak najpiękniejszy widok z willi rozpościera się z salonu piętro wyżej, z którego olbrzymie okno wychodzi prosto na zatokę. Kort tenisowy jest dosłownie kilka metrów od domu. Kawałeczek dalej jest druga willa przeznaczona dla gości pary prezydenckiej. Tych podejmowanych z największą atencją. Dom ten stoi trochę wyżej na niewielkim wzniesieniu. I podobnie jak z willi prezydenckiej prosto z tarasu można wyjść na pomost wchodzący głęboko w morze.
Gdybyśmy chcieli przejść się na spacer plażą wzdłuż prezydenckich włości, to byłby to spacer taki akurat na wakacyjną aktywność. Niewiele ponad trzy i pół kilometra. Do Mewy można dostać się też łodzią i dobić do przystani albo helikopterem, bo oczywiście w ośrodku jest także lądowisko.
Jolanta Kwaśniewska urządziła ośrodek „pod siebie”. Nie było tam zatem wnętrz ociekających złotem, ale wszystko utrzymane w stylu luksusu lat dziewięćdziesiątych, co nie każdego zachwycało. Dopiero Andrzej Duda wymienił meble w Mewie. Teraz obok kominka w prezydenckiej willi stoją dwa szezlongi utrzymane w nowoczesnym, a nie pałacowym stylu.
Minister z Kancelarii Prezydenta: — Mieliśmy tam pierwsze skutery wodne. Pływaliśmy z Juraty aż na koniec Helu z Olkiem, ale zawsze na skuterach nam towarzyszył BOR. Jurata to było świetne miejsce. Nic dziwnego, że następny prezydent też je tak lubił.
Mewa budziła wyjątkową ciekawość, bo tego ośrodka nie można zwiedzać i dziennikarze nie byli tam zapraszani. „Super Express” wynajął kiedyś fotografa na paralotni, żeby sfotografować ośrodek. Udało się uchwycić dwie kobiety opalające się na prywatnej prezydenckiej plaży topless. Długo zastanawiano się, czy sfotografowane piersi należą do pierwszej damy i pierwszej córki.
[…]
Prezydentowa wielekroć nazywała pałac złotą klatką. Starała się wychodzić na zakupy do ulubionych sklepów na Powiślu, chodziła do kina, do filharmonii. Zaakceptowała, że towarzyszą jej ochroniarze, wszystko było lepsze od siedzenia w klatce.
W weekendy uciekali nad morze. Odwiedzali znajomych w Trójmieście, zapraszali przyjaciół do Juraty. Bo Jurata była głównym azylem. Lech Kaczyński mawiał, że żaden z prezydentów w Europie nie dysponuje tak pięknym ośrodkiem. „Nasze życie rodzinne — opowiadała Marta — toczyło się głównie tam. Zawsze gdy tylko rodzice pojawiali się w Juracie, przyjeżdżałam do nich. To był czas tylko dla nas. Mogliśmy pobyć wtedy sami, oni mogli nacieszyć się dziewczynkami. W Juracie tata nie przestawał wypełniać swoich obowiązków, ale mógł swobodnie pójść na spacer”.
Fragmenty książki Dominiki Długosz „Tajemnice Pałacu Prezydenckiego” wydanej przez wydawnictwo Czerwone i Czarne. Tytuł, lead i śródtytuły pochodzą od redakcji „Newsweeka”