Jesteśmy jak chomiki w kołowrotku. Biegamy coraz szybciej. Nadmiar bodźców doprowadza nas do skrajnego wyczerpania – mówi psycholożka i psychoterapeutka Katarzyna Kucewicz.
„Newsweek”: Co to znaczy, że ktoś jest przebodźcowany?
Katarzyna Kucewicz: Kiedy pacjenci przychodzą z przebodźcowaniem, zazwyczaj mają na myśli to, że rzeczywistość, w której funkcjonują, przerasta ich możliwości intelektualne, poznawcze, emocjonalne. Są zmęczeni, przygnębieni tym, co ich otacza. Za dużo bodźców — mówią. To nie jest tylko kłótnia z partnerem, wymagający szef, ale też telefon, który ciągle dzwoni, media społecznościowe, które każą się porównywać z innymi, zmiany klimatyczne, które sprawiają, że jest nam za gorąco.
Zosia „zawiesza się” z przebodźcowania. „Jakbym całą noc melanżowała”
Dużo tego.
— No tak. A równocześnie jest za mało możliwości odtajania. Gdyby tak raz na parę godzin albo chociaż co parę dni móc się zaszyć w jaskini i się zregenerować w ciszy. Cały czas jesteśmy bombardowani bodźcami, a często żyjemy w środowiskach, które nas dodatkowo stymulują: banerami, billboardami, tłumem, ilością kolorów, dźwięków, zapachów. Jeśli ktoś mieszka na wsi, to może jeszcze wyjść na spacer i być może się odbodźcować, ale w dużych miastach to bardzo trudne. Spacer to często nie jest relaks, tylko nowe bodźcowanie: mijasz setki osób, szczeka na ciebie pies, bombardują neony, hałas, zapachy. Nawet urlop nie pomaga, wielu moich pacjentów wraca z wyjazdu i mówi: życie jest tak bardzo męczące, chciałam odpocząć, ale nie mam jak, chyba już nie potrafię. Ktoś cały tydzień ciężko pracuje, a w weekend, dla relaksu, jedzie na basen. I co? I przez cztery godziny stoi w kolejce na zjeżdżalnię. Pacjent mi ostatnio powiedział, że po takim basenie zwątpił, bo miało być przyjemnie, a przede wszystkim spokojnie. A było kolejne zadanie do wykonania. Ktoś inny jedzie nad polskie morze, wychodzi na plażę we Władysławowie i co? Ten sam tłum, który mnie mijał codziennie w Warszawie, mija mnie tam. Fajnie, że plaża, morze, ale to jest dalej bodziec za bodźcem: ludzie, wrzaski, pieski, tylko zmienia się sceneria. Ludzie mają dość. A mają też coraz więcej zadań, także intelektualnych, kiedy mózg musi być na pełnych obrotach. Nie da się w którymś momencie nie wysiąść.
A do tego dochodzi telefon. Budzę się rano, mój pies smacznie śpi, a ja w tym czasie doprowadzam się do szaleństwa scrollowaniem.
— Scrollowanie to bardzo zwodnicza zabawa. Jest wiele badań, które pokazują, jak bardzo to jest depresjogenne. Po 20 minutach wiele osób czuje się przegrywami. Algorytmy podpowiadają treści podobne do tych, na których zatrzymaliśmy wzrok, więc za chwilę okazuje się, że wszyscy są na wakacjach, super schudli, mają świetne związki, zarabiają mnóstwo pieniędzy. Każdemu się udało, tylko nie tobie. Poza tym to nas bodźcuje. Scrollowanie powoduje to, co młodzież nazywa brain rot (dosłownie: zgnilizna mózgu). Od rana robi nam się miazga w głowach, oglądamy głupoty poniżej swojego poziomu, to nas wpędza w poczucie beznadziei, przygnębia. Media społecznościowe bodźcują nas do granic możliwości, ekran praktycznie nie gaśnie. Nawet ktoś, kto ma małą grupkę znajomych, na Facebooku jest bombardowany przez rolki, reklamy, powiadomienia z grup sąsiedzkich. Każde powiadomienie wytrąca nas z zadań, świecący się telefon zmusza do sięgnięcia po niego. Można by było posiedzieć, popatrzeć na drzewo i się relaksować, ale telefon cały czas krzyczy: spójrz na mnie! To zabiera możliwość spokojnej regeneracji, odtajania.
A potem przychodzi piątek wieczór, wyjście ze znajomymi, kolacja, alkohol, bieganie po mieście. To też nie jest odpoczynek.
— Ludzie mają kłopot z prawdziwą regeneracją. Wiele osób wybiera odcięcie. Idą się upić, albo do kina — byle nie myśleć. Regeneracja powinna być pomieszana: trochę bierna, trochę aktywna. Trochę samotnie i trochę z ludźmi. Trochę intelektualnej stymulacji, a trochę ruchowej: sport, chociaż spacer, kawa z koleżanką. Jak ktoś będzie tylko samotnie czytał mądre książki, a nic się nie ruszał, to też niedobrze. Jeśli ktoś siedzi wiecznie sam i się z nikim nie spotyka — też niekoniecznie się odstresuje. Często nie mamy ani zasobów, ani pomysłów, ani nawet ochoty, by odpocząć. Zamiast tego dostajemy umysłowy fast food, czyli telefon. Poscrolluję, odetnę się, odpocznę trochę. Ale spróbuj zostawić telefon u znajomych. Zaraz się włącza niepokój. FOMO, czyli fear of missing out, lęk przed tym, że coś cię ominie. Niby każdy wie, że warto zostawić czasem telefon, nie infekować się bzdurami z TikToka czy innych serwisów. Ale to powoduje lęk, że nie będziemy na bieżąco, wypadniemy z obiegu. Stracimy kontrolę.
Kontrolę? Ja się tu jak normalny zombi przykuwam do telefonu, a ty mówisz, że to potrzeba kontroli?
— Też. To nie jest jedna rzecz, jest w tym też dopominanie się mózgu o dopaminę, jak u osoby uzależnionej od substancji chemicznych. Ale jest też złudzenie kontroli. W takich czasach żyjemy, nakręca się spirala lęku, dostajemy podprogowe informacje: bądź na bieżąco, musisz wiedzieć, co się dzieje na świecie, co się dzieje u twoich znajomych. Informacje przychodzą z każdej strony. Żeby wiedzieć, czym aktualnie żyje świat albo chociaż ludzie, których znamy, co się dzieje w polityce, sporcie, kulturze, musimy cały czas aktualizować, odświeżać, sprawdzać. Jeśli nie wiemy, to co? O czym będziemy rozmawiać, coś mnie istotnego ominie. To się bardzo nasiliło w ostatnich latach. Pandemia, Putin, kryzysy globalne, to wszystko wzmaga naszą czujność. Dostajemy SMS-y: uwaga, alert RCB. Tu spadła rakieta, tu dron, tu pożar, tam pożar. A jak zawyją syreny, czy wiesz co zrobić? To wszystko się na nas odbija. To nie tylko lęk przed jakąś konkretną katastrofą, to potrzeba kontrolowania sytuacji. Nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo te donosy i alerty wpędzają nas w stan permanentnego zagrożenia.
Człowiek by chciał od tego odpocząć, ale jak?
— No właśnie. Telefon ci za chwilę podrzuci oferty: wyjedź na dziesięć dni i siedź w kompletnej ciszy! Medytuj! Wyjazdy rozwojowe, wyciszające, odprężające. Na wejściu oddajesz telefon. Dla części osób to rzeczywiście będzie odtrutka: odbodźcują się, wyluzują. Ale dla wielu to będzie męczarnia, będą się czuli jak na detoksie. A detoks nie jest relaksujący. Jest potrzebny, ale to jest proces, który polega na tym, że żeby było dobrze, to najpierw musi być trudno. Człowiek chodzi po ścianach. Niektórym nasilają się lęki, rozedrganie. Warto ograniczać bodźce, ale robić to stopniowo, powoli. Jak ktoś pojedzie na wakacje, niech się umówi sam ze sobą, że zajrzy do telefonu maksymalnie dwa, trzy razy dziennie. Niech się spróbuje cieszyć urlopem. Istnieje pojęcie JOMO — joy of missing out, radość z tego, że umykają nam te wszystkie nieistotne rzeczy, którym na co dzień nadajemy tak wielkie znaczenie. Czerpanie radości z bycia tu i teraz, a nie jedną nogą w telefonie. Osiągnięcie radości z tego stanu wymaga praktyki. Coraz więcej osób tęskni za odcięciem się. Za czasami bez smartfonów, za naturą. Mówią, że to taki luksus, że można zostawić telefon i leżeć na hamaku. Ale boją się konsekwencji.
To może trzeba na psychoterapię?
— Psychoterapia pomoże, ale nie zastąpi spokoju, który musimy sobie sami zaprojektować, czyli podjąć wewnętrzną decyzję, że zwalniamy tempo. I na przykład nie zabieramy laptopa na urlop. Albo jak jedziemy z przyjaciółmi na biwak, to zdejmujemy iWatcha i zakładamy analogowy zegarek. Jak idziemy do kina, to nie odpisujemy podczas nudnej sceny klientowi. Terapia nas do tego przygotuje, ale to my musimy podjąć decyzję, że zwalniamy, że wracamy do czerpania z tu i teraz.
W to wszystko wchodzi ten koszmarny wellness z listą zadań do wykonania: co zrobić i za co zapłacić, by żyć lepiej i przyjemniej.
— Niestety dla wielu wellness to wyłącznie sposób na biznes. Ludzie zarabiają krocie na poradnictwie dobrego życia. Joga, pilates, mindfulness — super, ale to musi być przemyślane i zgodne z nami, a nie być pogonią za modą. Ludziom należy się jakościowy odpoczynek, a nie lista modnych aktywności do odhaczenia w ramach „odpoczywania z klasą”. Czasami zamiast wydawania pieniędzy na te wszystkie zajęcia lepiej byłoby po prostu usiąść w fotelu, położyć się na kanapie i nic nie robić. Chodzę na szkolenie z psem. Behawiorystka powiedziała mi ostatnio: „A teraz, Kasiu, uczymy się najważniejszej rzeczy, jaką pies musi umieć. Siedzenia i nicnierobienia”. Pomyślałam: jakie to świetne! No więc siedziałam z psem i nic nie robiłam i zdałam sobie sprawę, że mój szczeniak nie ma z tym problemu, ale ja tak. Pies się położył i leżał, a ja się zaczęłam nudzić: ile jeszcze, po co ja mam tak siedzieć? Mam pracę, a my tak siedzimy w parku bez sensu? Dlaczego tak dużo osób dzisiaj szuka u siebie ADHD? Bo czasem łatwiej powiedzieć, że coś mi dolega, niż przyznać, że jestem tak przestymulowana, przerażona, zmęczona i napięta, że nie potrafię usiedzieć na kolacji. Może to wcale nie jest tylko z ADHD? Może jesteśmy tak przebodźcowani, że to napięcie nie pozwala nam się zatrzymać w bezruchu?
Katarzyna Kucewicz
Foto: Archiwum prywatne
Coś w tym jest. Ze statystyk wynika, że ADHD dotyczy 4 proc. dorosłych. A jak się rozejrzysz, to co druga osoba mówi, że je ma.
— Bo wiele osób doświadcza podobnych symptomów. Tylko że u części z nich to nie musi być od razu ADHD, tylko skrajne przebodźcowanie. Żyjemy w czasach, w których na wszystko szukamy szybkiej definicji. Dzisiaj samodiagnozowane ADHD nie tylko jakoś tłumaczy trudności adaptacyjne, ale też daje poczucie przynależności. Ludzie szukają w takiej diagnozie zrozumienia samych siebie. Nie wyrabiam, zostaję w tyle, więc coś mi musi dolegać, chcę to umieć nazwać i najlepiej przyjmować jakieś leki czy suplementy, które pozwolą mi dalej żyć w tym świecie.
A po pigułce będziesz mógł zasuwać jeszcze szybciej. Zaznaczmy, że nie mówimy o osobach, które realnie mają ADHD. Tylko o tych, które doświadczają podobnych symptomów, bo nie wyrabiają od liczby bodźców.
— ADHD to jest kilka procent populacji. Przebodźcowanie dotyczy większości z nas. Często trudno to rozróżnić. Co gorsza, część osób zażywa różne substancje — leki czy narkotyki — tylko po to, aby być jeszcze bardziej wydajnymi: bo mamy potężny wyścig szczurów i za pracę w ekstremalnym środowisku dostaje się nagrody. Ludzie tkwią w tym kołowrotku chomika, biegną szybciej i dłużej, zamiast z niego zejść i zacząć żyć. Czy za to przyjdzie rachunek? Na pewno: są nim zawały, wczesne zgony, tężyczka, depresja, długo by wymieniać choroby psychosomatyczne. Ci, którzy dobrze funkcjonują w przebodźcowaniu, są podziwiani, mają sukcesy. To niestety nakręca, żeby biec jeszcze szybciej, nie zważając na zdrowie. Nasze mózgi i ciała nie są stworzone do takiego tempa. Ale ludzie chcą przynależeć, mieć swoje miejsce w świecie, nawet jeśli on jest coraz bardziej szalony, nieludzki. Są gotowi zapłacić zdrowiem, faszerować się czymkolwiek, byle pasować do tego świata.
Długo tak się da? Bodźców jest coraz więcej. Za chwilę pojawią się pewnie nowe leki na prawdziwe choroby i zaburzenia, ale one będą też propozycją dla tych, którzy chcą zapieprzać jeszcze bardziej.
— Młodzi ludzie próbują się z tego wypisywać, chcą work-life balance, chcą żyć, a nie tylko pracować, za co się ich wyśmiewa i nazywa „płatkami śniegu”. Tymczasem my jesteśmy tylko ludźmi, a nie maszynami do niemożliwego wysiłku, które jeszcze mają się ścigać z AI. Czasy nas robotyzują, zmuszają do megawydajności, a równocześnie wycina się nam lasy, wody wysychają, tracimy planetę, miejsca do regeneracji. Sama często przypominam pracodawcom, że bezwzględnie muszą pamiętać o dbaniu o dobrostan psychiczny pracowników, o to, by umieli oni zostawiać pracę w pracy, by mieli prawo do wypoczynku, czasem do błędów, do beztroski, do człowieczeństwa po prostu. Inaczej depresji będzie przybywać, ludzie nie będą chcieli się wiązać, mieć dzieci, będą jeszcze bardziej nieszczęśliwi i w efekcie nieproduktywni. Ale sami też musimy nauczyć się nowego wypoczynku, adekwatnego do stopnia przebodźcowania. To nie muszą być wakacje na Bali za dziesiątki tysięcy złotych. Wystarczy tydzień pod miastem na hamaku, z kontrolowanym scrollowaniem telefonu.




