Jakiś czas temu, w rozmowie z Joe Roganem, Elon Musk powiedział, że największą słabością cywilizacji Zachodu jest empatia. Kierowani nią, hamujemy postęp, niepotrzebnie zatrzymujemy się i czekamy na tych, którzy biegną wolniej, albo pomagamy tym, którzy znaleźli się w potrzebie.
W swojej wypowiedzi Musk nawiązywał do książki, która zrobiła sporo hałasu w Stanach Zjednoczonych, stając się jedną z najważniejszych lektur dla środowisk Alt-rightu, ale nie tylko dla nich: „Suicidal Empathy: Dying To Be Kind”, co przetłumaczyłabym jako „Samobójcza empatia: zabójcza grzeczność”. Jej autor to kanadyjski profesor marketingu Gad Saad.
Czym jest „samobójcza empatia”? Według Saada i jego fanów to najogólniej mówiąc, patologiczna forma pozbawionego racjonalności altruizmu. Jest ona wynikiem zmiany kulturowej, która rzekomo doprowadza do tego, że „przestępcy mają więcej praw niż ofiary”, a przyjezdni są traktowani lepiej od miejscowych. Prym zaczyna w tej sytuacji wieść „odwrócona moralność”, zgodnie z którą działania społecznie szkodliwe zaczynają zasługiwać na pochwałę, zaś wszystko, co odnosi sukcesy, jest kwestionowane i odrzucane. „Samobójcza empatia” wytwarza sytuację, w której uczucia grup niewytwarzających niczego ważnego są stawiane wyżej niż obiektywna prawda, zdrowy rozsądek i bezpieczeństwo publiczne.
Większość winy za taki stan rzeczy ponoszą „liberalne elity” Zachodu, które zostały zaatakowane przez „ideologicznego pasożyta umysłu”, powodującego zanik „zdrowego rozsądku”. Najważniejsza staje się dla nich polityczna poprawność, spychająca na margines fundamentalny dla każdego gatunku instynkt przetrwania. Według Muska ze szponów „samobójczej empatii” może wyzwolić nas rozwój pozbawionej emocji sztucznej inteligencji, która będzie w stanie podejmować decyzje, kierując się wyłącznie dążeniem do optymalizowania ich rezultatów. Kilka miesięcy po wywiadzie dla Rogana w „The Economist” Musk stwierdził, że nadchodzą czasy robotów wyposażonych w sztuczną inteligencję, dla których my, ludzie, będziemy co najwyżej słodkimi zabawkami o dziwnych potrzebach. Kiedyś my dbaliśmy o nasze tamagotchi, zaś jutro: no cóż.
Wcale nie piszę tego wszystkiego, żeby być jak ten biedny sufler w teatrze, który jak aktor zapomniał tekstu i zaczął wymyślać, to złapał się za głowę i mamrotał „co on gada, co on gada?”. To by było jednak zbyt proste, bo mam wrażenie, że coś się tutaj ważnego otworzyło i warto się temu przyjrzeć. Sam Saad ma w kwestii empatii nie do końca równo rozłożone akcenty, bo chociaż uważa ją za samobójczą, to jednak jej oczekuje. Chciałby na przykład, żeby ktoś mu współczuł, jak musi zapłacić podatki.
Pisząc o „pasożycie” powodującym rozmiękczenie liberalnych elit, prowadzące np. do otwartości na obcych, nie zauważa, że gościnna Kanada kilkadziesiąt lat temu przyjęła jego uciekających z Libanu rodziców. Czyli nie jest w swoich rozważaniach wcale obiektywny, zamiast tego mimo woli pokazuje, że empatia może służyć jako narzędzie do oddzielania „swoich”, tych na nią zasługujących, od „obcych”, którym się ona nie należy. To znaczy, że rzeczywiście może być zabójcza, ponieważ pogłębia proces trybalizacji, ale nie tylko, bo jeżeli zastosujemy kryterium efektywności, czyli uznamy, że współodczuwanie nie przysługuje ludziom, którzy „nie wytwarzają niczego”, to nawet w obrębie najbardziej spójnego grona znajdziemy osoby, którym, według Saada i Muska, należy jej odmówić.
Nijak mi się to nie klei z najprostszą tezą, że empatia jest mechanizmem ewolucyjnym, bo to właśnie dzięki niej możliwe było przetrwanie różnych gatunków, w tym nas, tych biednych łysych małpek, które miały jedną supermoc: potrafiły się łączyć w grupy i sobie pomagać. I nie trzeba było nikomu niczego specjalnie tłumaczyć, bo podstawą zrozumienia innego było zwyczajne wczucie się w jego sytuację, wyobrażenie sobie, że się znajduję w czyjejś skórze. Oczywiście z nadzieją na to, że zadziała święte prawo wzajemności.
Czy odwieczność zasady miłości bliźniego jest tu jakimś wyznacznikiem? Pewnie ma to również sporo wspólnego ze świadomością naszego miejsca w kosmosie, z tym, co Teilhard de Chardin nazywał „ludzkim paradoksem”. Człowiek zawsze stoi wobec wyboru: czy wierzyć w postęp, czy załamać się niemożliwym do ogarnięcia ogromem świata? I póki nie ma pewności, pozostaje człowiekiem, chociaż by się nawet czuł jak tamagotchi, o czym przecież śpiewał Taco: „Ale gdy zamykam oczy, widzę łąkę z Windowsa/ Ciągle iść do przodu to nie postęp”.