Wojna dotarła do Berlińczyków jesienią 1943 r., gdy zaczęły się masowe bombardowania, ale wielu zrozumiało, że Niemcy przegrały, dopiero gdy Sowieci pojawili się w progach ich domów — mówi brytyjski historyk Roger Moorhouse, autor książki „Stolica Hitlera”
Newsweek: Zna pan „Babylon Berlin”?
Roger Moorhouse: Tak, to bardzo dobry serial, imponująco oddaje atmosferę końca Republiki Weimarskiej.
Ostatni sezon dzieje się w 1931 r., na ulicach są już brązowe koszule SA, rośnie antysemityzm, ale wciąż mamy szalone imprezy, pary homoseksualne nie muszą się specjalnie ukrywać, a na scenach śpiewają drag queens. Czy w kwietniu 1939 r. coś z tego świata zostało?
— Kac po libertyńskim Berlinie Christophera Isherwooda i „Kabaretu” jeszcze wtedy trwał. Ledwo, bo ledwo, ale i tak niezwykłe jest to, że utrzymał się tak długo. Berlin nawet w przededniu wojny był bowiem dość lewicowym miastem — potem to w stolicy przetrwa najwięcej Żydów, bo będą mogli liczyć na pomoc nieżydowskich sąsiadów.
Ale zaczyna pan swoją książkę od 50. urodzin Hitlera, które były euforyczną celebracją narodowej jedności. Ten entuzjazm był autentyczny?
— W 1939 r. Hitler znajdował się u szczytu władzy i popularności. Osiągnął wiele z tego, co zapowiedział: przywrócił krajowi znaczenie na arenie międzynarodowej i odzyskał niemiecki honor, jak to wówczas ujmowano. I to wszystko zrobił pokojowymi środkami. Oczywiście, istniały już wtedy obozy koncentracyjne, w kraju dochodziło do przemocy politycznej. Hitler co prawda zajął Austrię i Czechosłowację, ale jeszcze nie zaatakował sąsiadów militarnie. I z perspektywy zwykłych Niemców łatwo było powiedzieć: „Spójrzcie, zrobił to, co obiecał, i pod każdym względem odniósł ogromny sukces”. Ci sami Niemcy pięć miesięcy później przyjmą wybuch wojny z absolutnym przerażeniem, czego reżim nazistowski zresztą się nie spodziewał — byli przekonani, że zobaczą taki sam wybuch patriotycznej gorączki, jak w 1914 r. Dlatego powiedziałbym, że entuzjazm wobec Hitlera był jednocześnie ogromny i płytki.
Nabożeństwo w ruinach kościoła Grunewaldkirche, Berlin 1944
Foto: Ullstein, Newspix.pl
W 1939 r. Hitler planował jednocześnie podbój kontynentu i totalną przebudowę Berlina według monumentalnych projektów Alberta Speera. Naprawdę myślał, że Europa nie podejmie walki?
— Tak. Był przekonany, że może ekspansję kontynuować krok po kroku, a kwestia Polski zostanie rozwiązana przy minimalnym użyciu przemocy. Londyn i Paryż, uważał, pomachają trochę szabelkami, a potem oddadzą mu Polskę. A nawet jeśli dojdzie do walki zbrojnej, to potrwa krótko i tylko przeciw Polakom, których szybko się pokona.
Problem z Hitlerem polega na tym, że z każdym sukcesem staje się zuchwalszy i mniej podatny na argumenty generałów, którzy próbowali ograniczyć jego apetyty. Skoro jednak żadna z ich ponurych przepowiedni się nie spełniła, Hitler zaczyna uważać, że jest niepokonany. Francuskie i brytyjskie gwarancje dla Polski powinny wystarczyć, by okiełznać jego ambicje, ale jesienią 1939 r. Führer uważa już, że słaby i dekadencki Zachód nie jest dla niego przeciwnikiem. Poza tym i tak nie wierzy, że sojusznicy staną w obronie Polski.
Tu się za bardzo nie pomylił.
— To prawda, Wielka Brytania i Francja nie zrobiły zbyt wiele, ale przynajmniej wypowiedziały Rzeszy wojnę. Wracając jednak do pytania o ambitne plany przebudowy Berlina — dziś wiemy, że 1 września 1939 r. zaczęła się II wojna światowa, która potrwa ponad pięć lat, ale z perspektywy Hitlera i zwykłych Niemców polska kampania była przypadkiem odosobnionym. Aż do ataku na Francję w maju 1940 r. Berlin liczył na to, że dogada się z Londynem i Paryżem i wojny na pełną skalę da się uniknąć.
Co zmieniło się dla zwykłych Berlińczyków wraz z wybuchem wojny?
— Wprowadzono rygorystyczny system racjonowania żywności i innych towarów. Dzieci z dużych miast zostały wysłane na wieś — nie nazywano tego ewakuacją, bo brzmiałoby to defetystycznie, ale w praktyce właśnie tym było. A wiosną 1940 r. zaczęły się, początkowo mało efektywne, bombardowania Berlina. Ale zajęło to trochę czasu, zanim skutki wojny zaczęły być w pełni odczuwalne dla mieszkańców stolicy.
Ubyło młodych mężczyzn, za to pojawiły się jedwabne pończochy i francuski szampan?
— Po kapitulacji Francji rzeczywiście do Berlina trafiły towary luksusowe, ale kartek nie zniesiono. O tym, że kraj jest w stanie wojny, przypominało też zaciemnienie. Statystycznie w Berlinie co noc ginęła jedna osoba — w wypadkach samochodowych czy wpadając z peronu pod pociąg. Ciemność była też dobrodziejstwem dla przestępców: statystyki kradzieży, gwałtów i napaści poszły w górę. Niejaki Paul Ogorzow, pracownik kolei zwany „mordercą z S-Bahn”, krążył w ciemności po pociągach, szukając samotnych kobiet. Swoje ofiary gwałcił, zabijał, a potem wyrzucał z jadącego pociągu, pozorując wypadek. Berlińskiej policji zajęło sporo czasu, zanim zorientowała się, że w mieście grasuje seryjny morderca. Zanim został zatrzymany i stracony, zabił przynajmniej siedem kobiet.
Stolica Hitlera, Znak Horyzont
Foto: Wydawnictwo Znak Horyzont
Ale aż do kampanii rosyjskiej Niemcy mogli myśleć, że właściwie to wojnę wygrali, jeszcze parę wyrzeczeń i koniec?
— Tak. Podbicie Polski wiązało się z niewielkimi stratami materialnymi i ludzkimi, postrzegano to jako łatwe zwycięstwo i tak przedstawiła je propaganda. Dla większości Niemców prawdziwym początkiem wojny była kampania na zachodzie wiosną 1940 r. Niejako powtórka I wojny, w której Niemcy stracili około 2,5 mln żołnierzy — przeciwnikami znów byli Brytyjczycy i Francuzi, nawet pola bitew były te same, tyle że tym razem to oni wygrali. I to w ciągu krótkich sześciu tygodni. Latem 1940 r. zwykli Niemcy mieli podstawy uważać, że ich przeciwnicy zostali zmieceni z powierzchni ziemi, a traumy I wojny — zarówno polityczne, jak i osobiste — zostały pogrzebane. Przyszłość rysowała się w jasnych barwach. Nie mieli pojęcia, co ich czeka.
Czy tej jasnej przyszłości nie chmurzył zamordyzm reżimu?
— Architektura terroru istniała w Rzeszy od samego początku: pierwszy obóz koncentracyjny, w Dachau, otwarto już w marcu 1933 r. Ale był to terror selektywny, precyzyjnie wymierzony w tych, których reżim postrzegał jako zagrożenie. Berliński Żyd po wybuchu wojny mógł się spodziewać, że zostanie deportowany na wschód. Socjalista lub działacz związkowy mógł się spodziewać, że do jego drzwi zapuka gestapo i zapyta o polityczne powiązania, a jeśli ta rozmowa nie przebiegnie pomyślnie, skończy w obozie koncentracyjnym. Ale zwykli Niemcy się nie bali aparatu bezpieczeństwa. Obozy koncentracyjne, przekonywała propaganda, to miejsca, do których trafiają głupi ludzie, popełniający przestępstwa i stawiający opór władzy. Nie wy. Obywatel, który przestrzega prawa, nie ma się czego obawiać.
W latach 80. zrobiono potężne, ogólnokrajowe badanie wśród pamiętających wojnę Niemców. Na pytanie, czy odczuwali strach przed gestapo, twierdząco odpowiedziało tylko 17 proc. respondentów.
A jak różniła się sytuacja Żydów w Berlinie i w Warszawie?
— Diametralnie. Niemieckim Żydom prawa odbierano stopniowo już w latach 30. Nie wolno im było siadać na ławkach w parku, posiadać zwierzęcia domowego ani radia, nie wolno było pracować w urzędzie, kartki na żywność dla nich były znacznie skromniejsze niż dla Niemców. Chodziło o to, by ich wywłaszczyć i zepchnąć na margines społeczeństwa. Ale masowe deportacje na wschód rozpoczynają się dopiero jesienią 1941 r. Do tego momentu niemieccy Żydzi wciąż mogli się łudzić, że żyją w państwie praworządnym. To dlatego zresztą tak wielu nie opuściło kraju, gdy jeszcze mogli.
Z kolei mieszkańcy Warszawy bardzo szybko, już po masakrze w Wawrze w grudniu 1939 r., mogli się zorientować, co naprawdę oznacza niemiecka okupacja. Niecały rok później Żydzi zostali zamknięci w getcie. W Warszawie ten proces przebiegał więc szybciej i brutalniej.
Można powiedzieć, że dla polskich Żydów zagrożeniem było to, że nie byli dość „polscy” — nie wszyscy znali język czy katolickie modlitwy, mieli tzw. niedobry wygląd — a dla Żydów niemieckich to, że byli zbyt „niemieccy”, czyli za bardzo wierzyli w prawo?
— Trafna uwaga. Zbyt wielu niemieckich Żydów nie było w stanie uwierzyć, że niemieckie państwo chce ich zabić. Wsiadali do transportów jadących na wschód, bo im powiedziano, że jadą do obozów pracy. Przecież dostali nawet listę rzeczy, które mogą zabrać. A jechali na eksterminację.
Co ich niemieccy sąsiedzi wiedzieli o ostatecznym rozwiązaniu?
— Zwykli Niemcy raczej nie wiedzieli o Holokauście, ale też dlatego, że nie chcieli wiedzieć. Propaganda systematycznie i bardzo brutalnie Żydów odczłowieczała. Na przykład w 1940 r. do kin wszedł „Der Ewige Jude” („Wieczny Żyd”), który zestawiał obrazy Żydów — często z warszawskiego getta — z obrazami szczurów, tworząc podprogowe skojarzenie, że Żydzi to szkodniki. W efekcie nazistowski reżim może niekoniecznie wpoił wszystkim Niemcom nienawiść do Żydów, ale na pewno nauczył ich obojętności na ich los. Jeśli ktoś miał wcześniej żydowskich przyjaciół, to się od nich odsuwał. I kiedy zaczęły się deportacje, wielu Berlińczyków po prostu odwracało wzrok. Nie szukali informacji, które mogłyby doprowadzić do bardzo niewygodnego wniosku, że ich żydowscy sąsiedzi są wywożeni na śmierć. Inni, jak dziennikarka Ruth Andreas Friedrich, po prostu nie mogli uwierzyć, że tak zindustrializowane zabijanie miało miejsce, i to w ich imieniu.
Droga do Auschwitz była wybrukowana niekoniecznie nienawiścią, ale obojętnością zwykłych Niemców.
A kiedy i jak wojna naprawdę dotknęła Berlin?
— Jesienią 1943 r. Wcześniej zdarzały się chwile grozy, ale były przeplatane euforią. Klęska Francji wywołała gigantyczny entuzjazm. Ale już inwazja na Związek Radziecki nie, bo ludziom, którzy mieli dostęp do mapy, trudno było sobie wyobrazić, że Niemcy mogły podbić tak wielki kraj.
Początkowe zwycięstwa przekonały wielu, że upadek ZSRR jest kwestią czasu. Jeszcze w 1943 r. Berlińczycy mogli się łudzić, że wszystko idzie stosunkowo dobrze. Dopiero klęska pod Stalingradem była zimnym prysznicem. Ale nawet Stalingrad Goebbels potrafił sprzedać w propagandzie.
Jako początek wojny totalnej?
— Nadszedł moment, by zdjąć rękawiczki i walczyć zacieklej niż kiedykolwiek wcześniej — zapowiedział. Trzeba całkowicie poświęcić się wysiłkowi wojennemu. I zwykły Berlińczyk mógł uznać, że jeszcze nie wszystko stracone.
Prawdziwy zwrot nastąpił w listopadzie 1943 r., kiedy zaczęły się zakrojone na szeroką skalę naloty, tak zwana bitwa o Berlin. Noc w noc nadlatywały brytyjskie samoloty, a potem jeszcze w dzień amerykańskie — aż do końca wojny nie było niemal dnia, gdy miasto nie było bombardowane. I najbardziej nawet fanatycznym Berlińczykom było coraz trudniej uwierzyć, że to się dla nich skończy dobrze.
Roger Moorhouse
Foto: fot. Neil Spencer
Propaganda podtrzymywała fikcję do końca. Goebbels zorganizował uroczystą premierę patriotycznego filmu „Kolberg” 30 stycznia 1945 r. Wierzył, że to podniesie morale?
— Pod koniec wojny dowództwo III Rzeszy ogarnął rodzaj szaleństwa. Bo przecież już latem 1943 r. dla każdego, kto miał oczy i odrobinę rozsądku, było jasne, że klęska jest kwestią czasu. Alianci wygrali bitwę o Atlantyk i wylądowali na Sycylii. Mussolini został obalony. Armia Czerwona przełamała niemiecką ofensywę na łuku kurskim. Hamburg praktycznie spłonął w bombardowaniu. W ciągu kilku miesięcy doszło do serii porażek, które wyraźnie pokazywały, że Niemcy nie są w stanie tej wojny wygrać.
W podobnym momencie podczas I wojny światowej niemieccy politycy zmusili generałów do zawarcia pokoju. Ale III Rzesza funkcjonowała jeszcze przez co najmniej 18 miesięcy.
Dlaczego?
— Działała kontrola, którą naziści sprawowali nad społeczeństwem przez propagandę, struktury partii i aparat terroru w postaci SS, gestapo i obozów koncentracyjnych. III Rzesza dbała też, paradoksalnie, o bezpieczeństwo swoich obywateli, i zainwestowała sporo pieniędzy i energii w zbudowanie obiektów, które miały chronić zwykłych Niemców. Berlińczycy przed bombami mogli schować się w bunkrach i wieżach obrony przeciwlotniczej, które były w stanie pomieścić aż 15 tys. ludzi. Londyńczycy mogli co najwyżej zejść do metra.
Wreszcie pod koniec wojny większość Niemców nie miała dostępu do żadnych informacji poza oficjalnymi. Mieli tak małe pojęcie o sytuacji na froncie, że wielu zrozumiało, że przegrali, dopiero gdy Sowieci pojawili się na progach ich domów w 1945 r.
Ale mieszkanki Berlina wiedziały, co Armia Czerwona robiła kobietom. Dlaczego nie uciekały na zachód?
— To prawda, propaganda już w październiku 1944 r. informowała o masowym gwałcie w miejscowości Nemmersdorf w Prusach Wschodnich, przedstawiając to jako dowód wrodzonej brutalności radzieckich żołnierzy. Miało to zmobilizować mężczyzn jeszcze niewysłanych na front, żeby wstąpili do słabo uzbrojonych batalionów i bronili kobiet. I ludność Prus Wschodnich wolała nie czekać na Armię Czerwoną, masowo uciekała na zachód. Ale Berlińczycy nie mieli tej pogranicznej mentalności. Nie mieszkali na peryferiach, na „dzikim wschodzie”, tylko w samym sercu kraju. Uważali, że Berlin zawsze będzie niemiecki. I większość była gotowa pozostać i zobaczyć, co się stanie, gdy przybędą Sowieci.
Dowiedzieli się szybko i brutalnie. Kiedy zbierał pan materiały do książki, prawie 20 lat temu, wojenne gwałty wciąż były w Niemczech tematem tabu?
— Już nie. Ten temat wyłonił się z Vergangenheitsbewältigung, niemieckiego rozliczania się z przeszłością czy też jej przepracowywania, które rozpoczęło się w latach 60. ubiegłego wieku, a nabrało tempa w latach 80. W latach 90. Niemcy przeszły do etapu pogodzenia się z przeszłością, a obok winy pojawiła się kwestia niemieckiego cierpienia — alianckich bombardowań czy sowieckich gwałtów. To był temat, który po zjednoczeniu wysunął się na pierwszy plan.
20 lat temu wciąż żyli ludzie, którzy doświadczyli wojny. I byli przyzwyczajeni do opowiadania swoich historii. Ale jest to niesłychanie bolesny temat. I kiedy nawiązywałem pierwszy kontakt, pytałem moich rozmówców w listach, o czym chcą rozmawiać — o doświadczeniach związanych z racjonowaniem żywności, o bombardowaniach, czy mieli jakieś kontakty z gestapo, żadna z kobiet nie odpowiedziała, że chce mówić o wojennych gwałtach. Ale kiedy już zacząłem przeprowadzać wywiady, a każdy trwał po 4-6 godzin, i już omówiliśmy wszystkie sprawy z listy, wiele moich rozmówczyń jakby się zatrzymywało, a potem podejmowało decyzję, żeby jednak opowiedzieć mi o końcu wojny. I były to opowieści wstrząsające. Także dla mnie. Osiemdziesięcioparoletnie kobiety mówiły, jak były gwałcone, często zbiorowo. Myślę, że najpierw musiały się upewnić, przez długie godziny rozmowy, że mogą mi zaufać. Dla mnie to było ogromne wyróżnienie. Zwłaszcza że to była naprawdę ostatnia okazja, żeby zebrać te historie: dowiedzieć się, jak wyglądało życie cywilów w Berlinie, od tych, którzy doświadczyli tego na własnej skórze.
Roger Moorhouse jest brytyjskim historykiem II wojny światowej, autorem m.in. „Polska 1939: Pierwsi przeciw Hitlerowi” i „Stolica Hitlera. Życie i śmierć w wojennym Berlinie”




