Nawet jeśli dojdzie do zamrożenia konfliktu w Ukrainie, to w ciągu najbliższej dekady czeka nas funkcjonowanie w realiach nowej zimnej wojny, w sytuacji, która nie jest otwartą wojną, ale nie jest też pokojem, gdy musimy być gotowi na hybrydowe ataki — mówi Michał Piekarski, ekspert ds. bezpieczeństwa z Instytutu Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Wrocławskiego. I dodaje, że na kolejną wojnę Rosja nie ma sił i środków.
Newsweek: „W planie rosyjskim są także hybrydowe uderzenia dronami i rakietami na państwa wspierające Ukrainę, w tym Polskę” — mówił w czwartek w Sejmie premier Tusk. Co to może konkretnie oznaczać?
Michał Piekarski: Niestety, z gorzką satysfakcją można powiedzieć, że prognozy stają się coraz realniejsze. Rosja może podjąć działania przeciwko Polsce oraz innym państwom NATO, przy czym prawdopodobnie nie będzie to wojna pełnoskalowa. Na to nie ma sił i środków. Ale ograniczone uderzenie polegające na wyprowadzeniu jednego lub kilku ataków lotniczych — z użyciem bezzałogowców czy pocisków manewrujących — jest w zasięgu Rosji.
Prawdopodobnie Rosjanie będą chcieli w ten sposób eskalować sytuację, aby następnie położyć na stole ofertę deeskalacyjną — jakieś porozumienie rozejmowe obejmujące np. zaprzestanie pomocy dla Ukrainy. Zapewne także od razu uruchomią wszystkich swoich pożytecznych idiotów wzywających do zawarcia pokoju za wszelką cenę. Rosja bowiem może ponieść porażkę w pełnoskalowym, konwencjonalnym starciu z solidarnie działającym NATO, które jest od niej o wiele silniejsze w powietrzu. A teraz może szukać szans w eskalacji poniżej progu wojny pełnoskalowej. Licząc po prostu, że uda się podważyć solidarność sojuszniczą.
Atak na lokomotywę pociągu Kijów-Warszawa, dron wyłowiony przy plaży na Pomorzu Zachodnim, alarmy rakietowe na Podkarpaciu i Lubelszczyźnie w czwartek to dowody, że Rosja już eskaluje hybrydowe ataki wobec Zachodu i Polski?
— Ja do tej listy dopisałbym jeszcze incydent z rosyjskim pociskiem Ch-101, który w lipcu spadł na Lubelszczyźnie. Wiele wskazywało, że naruszenie polskiej przestrzeni powietrznej przez ten pocisk nie było przypadkowe, tylko celowe.
Celowy był też zapewne atak na lokomotywę pociągu pasażerskiego przy naszej granicy. Kolej jest symbolem oporu i odporności Ukrainy i Rosjanie chcieli uderzyć w ten symbol. Dron był albo zdalnie sterowany, albo jego algorytm miał wgrany w układ naprowadzania obraz lokomotywy. Gdyby pocisk zaatakował wagon, to mogłoby to oznaczać nawet kilkadziesiąt ofiar śmiertelnych. Tutaj ofiar nie było, ale efekt psychologiczny jest znaczący. To sygnał dla Polski i innych państw zachodu: uważajcie, bo możemy też zacząć atakować wagony z ludźmi.
Dron znad Bałtyku też wleciał tu celowo?
— Są dwie opcje. Pierwsza, że dron miał polecieć na Ukrainę, ale uległ awarii i zniosło go aż nad Bałtyk. I druga — znacznie bardziej niepokojąca — że Rosjanie testują nasze możliwości rozpoznawania zagrożeń od morza i monitorowania niskich wysokości, mając świadomość, że nasza uwaga jest skoncentrowana na granicy wschodniej, a nie północnej.
Skąd mógł wlecieć taki dron?
— Z okręgu królewieckiego, z Białorusi — tylko wtedy musiałby przelecieć także nad Litwą — albo z jakiejś nieznanej nam jednostki pływającej. Skąd by nie wyleciał, najbardziej niepokojące jest to, gdzie się znalazł i że według dostępnej publicznie wiedzy — najwyraźniej nie byliśmy go w stanie wykryć w czasie lotu.
Miejsce znalezienia wojskowego bezzałogowca na plaży w Rusinowie, 15 września 2026 r.
Foto: Marcin Bielecki / PAP
Mamy środki, by neutralizować podobne obiekty?
— Posiadamy systemy radiolokacyjne, samoloty F-16, które są w stanie przekroczyć barierę dźwięku i dość szybko zneutralizować podobne obiekty na terenie całego kraju. Ale mamy ich tylko 47, a oprócz tego — niewielką liczbę innych maszyn FA-50 i ostatnie MiG-29. Tymczasem zadania obrony powietrznej to tylko jedno z ich zadań, należą do nich również misje rozpoznawcze czy bieżące szkolenie.
A inne środki obrony — jak systemy antydronowe, artyleria przeciwlotnicza czy obecnie używane systemy okrętowe — mają dość ograniczony zasięg, w dodatku wiele naszych okrętów jest w stoczniach remontowych. Bardzo niepokojąca jest sytuacja lotnictwa morskiego. Ogólnie więc nie jesteśmy najlepiej przygotowani do neutralizacji zagrożeń ze strony morza. Dążymy do zmiany tego stanu, ale dekad zaniedbań nie da się nadrobić w rok.
Sytuacja z czwartku, gdy w dwóch województwach słyszeliśmy alarmy, to efekt uboczny ataku na Ukrainę czy chodziło też o to, by poderwać Polskę?
— Prawdopodobnie ostatnie zdarzenia to efekty uboczny ataków na Ukrainę. Aczkolwiek nie można nie zauważyć, że Rosja odnosi z nich pośrednie korzyści — alarmy oddziaływają psychologicznie na ludność cywilną. Startują samoloty, a więc zużywane jest choćby paliwo, Obciążany jest personel i maszyny. Długofalowo nie jest bez znaczenia dla sprawności systemu.
System ostrzegania i ewakuacji zadziałał dobrze?
— Niestety, widać, że mamy pewną lukę. Alarm ogłoszono, gdy było ryzyko, że celowo lub przypadkowo coś wleci. Widać było skrajnie różne reakcje ludzi, włącznie z ignorowaniem alarmu — na ulicach czy w szkołach.
To oznacza problem, bo co, jeśli spełni się scenariusz rosyjskiego ataku na Polskę i w naszą stronę będzie lecieć cała salwa pocisków? System ostrzegania przed atakiem z powietrza zbudowano na sytuację, gdy jesteśmy bezpośrednio atakowani. A my mamy sytuację hybrydową — dron czy pocisk może, ale nie musi wlecieć, więc musimy uwzględnić taki scenariusz. Z drugiej strony, jeśli granicę przekroczy pocisk lecący 800 km na godz., czasu na włączenie syren np. w Lublinie czy Rzeszowie może być za mało. Te wszystkie zmienne nakazują po prostu przeprowadzenie kompleksowej oceny tego systemu, jaki mamy i zaproponowanie korekt.
Eksperci przewidują nową rosyjską ofensywę jesienią. Towarzyszyć jej będzie intensyfikacja ataków hybrydowych w Europie?
— Europa jest ciągle zapleczem zaopatrzeniowym dla Ukrainy i Rosja będzie starała się Ukrainę od niego odciąć, np. atakując szlaki transportowe. Duża część zaopatrzenia na Ukrainę dociera drogą kolejową i kolej będzie obiektem ataków. Już teraz w Holandii czy Francji mamy niskokosztowe akty sabotażu, np. poprzez układanie metalowych elementów na torach.
W atakach takich nie będzie chodziło tylko o fizyczne uniemożliwienie transportów, ale też o złamanie woli zachodnich społeczeństw. Może np. pojawić się taki scenariusz: dojdzie do zniszczenia kilku słupów energetycznych albo sieci przesyłowych, odpowiedzialność za atak weźmie jakaś organizacja nazywająca się Światowym Frontem Obrony Pokoju, która zapowie, że nie zaprzestanie ataków tak długo, jak długo zachodnie rządy będą wspierać ukraińską wojnę.
Rozważając przyszłe scenariusze, możemy traktować Rosję jako minimalnie racjonalnego przeciwnika? Takiego, który w swoim dobrze pojętym interesie nie przeprowadzi np. ataku, który skończyłby się śmiercią polskich obywateli?
— Nie, Rosji nie można traktować jako w pełni racjonalnego aktora. Rosjanie przeprowadzili przecież atak z udziałem radioaktywnej substancji w Wielkiej Brytanii, zabili pasażerów samolotu MH17 nad Ukrainą, głównie Holendrów. Są przekonani, że ataki hybrydowe ujdą im na sucho.
Pociąg relacji Kijów-Warszawa Zachodnia, w który jeszcze w Ukrainie uderzył dron. Na zdj. pociąg już w Warszawie, 13 września 2026 r.
Foto: Radek Pietruszka / PAP
Co możemy robić, żeby się bronić?
— Już zaczynamy to robić. Wydaliśmy z Polski wielu rosyjskich dyplomatów, zamknęliśmy ich konsulaty, Niemcy zamknęli konsulat w Bonn. Rosyjscy dyplomaci ciągle stacjonujący w Polsce mają ograniczone możliwości poruszania się, nie mogą np. pojechać do Niemiec.
Nałożyliśmy na Rosję sankcje, które działają bardzo długofalowo, ale jednak działają. Widać już np., że bardzo poważnie dotknęły rosyjski przemysł lotniczy. i to na tyle, że może się on już nie podnieść.
Jesteśmy jednak otwartym społeczeństwem, gdzie wprowadzenie ograniczeń np. związanych z fotografowaniem infrastruktury czy walki z rosyjską dezinformacją będzie politycznie kosztowne. Rosja nie ma tego „problemu” i wykorzystuje tę asymetrię.
Czy nie powinniśmy odpowiadać na rosyjskie ataki? Np. cyberatakami na rosyjską infrastrukturę albo aktami sabotażu na miejscu?
— Do sabotażu trzeba mieć agenturę na miejscu, a my z ujawniania polskich agentów — od nocy teczek po czas, gdy Macierewicz likwidował WSI — zrobiliśmy niestety coś w rodzaju sportu narodowego. Problem z atakami hybrydowymi jest taki, że one ciągle dzieją się poniżej progu otwartej wojny, co sprawia, że za każdym razem musimy zastanawiać się, jaka odpowiedź jest adekwatna.
Ogólnie mamy dwa sposoby odstraszania: przez obietnicę kary i odmowę korzyści. Banki można chronić przed napadami albo surowo karząc przestępców, albo tak je zabezpieczając, by ich okradzenie było praktycznie niemożliwe. I moim zdaniem ten drugi sposób odstraszania Rosji jest dziś ważniejszy. Co przede wszystkim oznacza maksymalne zabezpieczenie naszej infrastruktury.
I tu pojawia się pytanie, kto to ma robić? Bo często kluczowe obiekty są ochraniane przez pracowników na emeryturze, z orzeczoną grupą inwalidzką, których najważniejszą funkcją jest to, by dana instytucja miała odhaczone dla ubezpieczyciela, że ma ochronę. W realiach wojny hybrydowej to nie może tak dłużej wyglądać. Mamy firmy ochroniarskie zdolne dostarczyć dobrze wyszkolonych pracowników, ale to będzie kosztować.
Są także inne rozwiązania, odchodzące od outsorcingu: pracownicy są zatrudniani na etat jako tzw. wewnętrzna służba ochrony — ale to było rzadko stosowane kiedyś, bo outsorcing był tańszy, gdy trzeba było bać się tylko wandali i złodziei. Być może trzeba pomyśleć o tym, by do ochrony kluczowych obiektów wysłać służby mundurowych. Ale one też mają skończone zasoby kadrowe.
Korzyści z ataków hybrydowych mają też charakter polityczny. Jak odmówić Rosji tej korzyści?
— Na pewno musimy zacząć poważnie podchodzić do walki z rosyjską dezinformacją i zacząć stosować wobec uprawiających ją osób poważne środki karne. Bo osoby działające na rzecz Rosji działają na rzecz wrogiego nam kraju, którego wartości są nie do pogodzenia z naszymi. Możemy być z prawicy albo lewicy, być obyczajowymi liberałami albo konserwatystami, ale jeśli wejdzie tu Rosja, to wszyscy trafimy, mówiąc obrazowo, pod mur.
Ważne jest odpowiednie wykorzystanie zasobów społeczeństwa obywatelskiego, o czym niedawno w swoim raporcie pisała dr Weronika Grzebalska. Bo jeśli nawet Rosji uda się spektakularna akcja sabotażowa, dzięki której wyłączy nam prąd w dużej metropolii, ale społeczeństwo to przetrwa, nie pogrąży się w chaosie, będzie się w stanie zorganizować, by wspólnie przetrwać kryzys, to będzie to bardzo wyraźna odmowa korzyści dla Rosji.
Coraz częściej pojawiają się jednak głosy, że my wojnę informacyjną z Rosją po prostu przegrywamy.
— Niestety, gdy politycy wzajemnie oskarżają się o to, kto jest agentem Rosji, to Rosja robi w tym samym czasie postępy w swojej dezinformacji. Weźmy przykład Wołynia. Pamiętam wypowiedź pewnego redaktora jednego z dużych horyzontalnych portali, który mówił, że już w 2014-2015 r. każdy materiał o Wołyniu był zalewany antyukraińskimi komentarzami, często jawnie pisanymi z Rosji, autorom nie chciało się nawet ukrywać moskiewskiego numeru IP. Latami zupełnie ignorowaliśmy te działania i dziś mamy tego skutki, musimy ratować teraz, co się da.
Nie chodzi przy tym tylko o zwalczanie rosyjskiej dezinformacji. Być może, o czym też pisała dr Grzebalska, państwo powinno wspierać popkulturę dającą społeczeństwu pozytywne wzorce tego, jak zachować się wobec rosyjskiej agresji. Finowie nakręcili niedawno serial pt. „Konflikt” pokazujący atak na południe Finlandii i opór społeczeństwa przed inwazją. Na pewno pozytywne jest to, że wojsko cieszy się dużym zaufaniem, że Polacy chcą być dumni ze swoich sił zbrojnych, co widać przy okazji parad 15 sierpnia.
Co z naszą polaryzacją? Ona będzie rozgrywana w hybrydowych działaniach Rosji?
— Z pewnością. Zobaczymy, co stanie się, jeśli dojdzie np. do sytuacji wyłączenia prądu w dużej metropolii. Czy to otrzeźwi klasę polityczną i wymusi współpracę, czy też zacznie się wzajemne obwinianie się różnych sił politycznych o to, kto odpowiada za ten stan rzeczy. Czy jeśli konieczne będzie wprowadzenie któregoś ze stanów nadzwyczajnych, to nie dojdzie wokół tego do konfliktu między prezydentem a rządem.
Polaryzację może też uruchomić atak poza Polską, np. działania w krajach bałtyckich. Mieliśmy niedawno bardzo niefortunną wypowiedź Mariusza Błaszczaka, który pytany, czy Polska powinna pomóc zaatakowanym państwom bałtyckim, odpowiedział, że polskie wojska powinny bronić Polski. Nie wiemy więc, jak zachowa się rząd, a jak opozycja i prezydent, jeśli faktycznie pojawiłby się problem pomocy atakowanej Estonii.
Myśli pan, że w ramach jesiennej eskalacji może faktycznie dojść do ataku na państwa bałtyckie?
— Moim zdaniem lądowa inwazja jest jednak dziś mało prawdopodobna. Taki scenariusz byłby bardziej prawdopodobny 10 lat temu, ale od tego czasu te państwa wielkim kosztem zwiększyły swoje możliwości obronne, w państwach bałtyckich mamy stałą obecność wojsk sojuszniczych, ćwiczone jest jej szybkie zwiększenie w razie potrzeby i taka inwazja byłaby dla Rosji bardziej kosztowna.
Można za to spodziewać się ataków hybrydowych na granicy progu wojny, które będą testować Zachód i zwiększać nacisk na to, by Zachód nie przeszkadzał Rosji w realizacji jej celów w Ukrainie.
A co jest tym celem? Putin ciągle liczy na podporządkowanie sobie Ukrainy?
— Uważam, że tak, że w rosyjskiej elicie ciągle żywy jest mit Związku Radzieckiego i przekonanie, że da się, jeśli nie bezpośrednio podporządkować, to chociaż odciąć Ukrainę od Zachodu, nie tylko na poziomie integracji z NATO, ale też np. zakupów zachodniego sprzętu. A ten w rękach Ukraińców okazał się morderczo skuteczny wobec rosyjskich sił, w niewielkim stopniu potrafiących się przed nim bronić.
Zresztą także w relacjach z Zachodem putinowska elita myśli kategoriami z czasów sprzed upadku ZSRR, ciągle aktualne są żądania, jakie przedstawiła w 2021 r. — Zachód ma się odsunąć od Rosji de facto na linię Odry i ma jej pozwolić odbudowywać swoją strefę wpływów w regionie.
Czeka nas więc kolejny rok wojny? Nie widać nadziei na zamrożenie konfliktu?
— Do zamrożenia może dojść. Po czterech latach wojny widzimy, że Rosjanie nie mają możliwości lądowego pokonania armii ukraińskiej. Ale jeśli po wyborach do Dumy, które właśnie się odbywają, Federacja Rosyjska przeprowadzi udaną mobilizację, może zalać Ukrainę masą żołnierzy. A to w połączeniu z atakami na ukraińską infrastrukturę krytyczną może wymusić zamrożenie konfliktu, bo Ukraina może nie być w stanie bronić się przez kolejną zimę.
Nawet jeśli do tego dojdzie, to w ciągu najbliższej dekady czeka nas funkcjonowanie w realiach nowej zimnej wojny, w sytuacji, która nie jest otwartą wojną, ale nie jest też pokojem, gdy musimy być gotowi na hybrydowe ataki.




