Pałac Prezydencki przyjął twardą linię wobec wybranego na sędziego Trybunału Konstytucyjnego Macieja Berka. Co ciekawe, to wcale nie ludzie Karola Nawrockiego wyznaczyli w tej sprawie kurs. Zrobił to… poseł Rozwoju Plus Paweł Jabłoński.
Nasze źródła z Nowogrodzkiej donoszą, że Julia Przyłębska na początku tygodnia odwiedziła Jarosława Kaczyńskiego w centrali PiS. Wychodząc z siedziby partii, niosła kartkę zadrukowaną tekstem. Była to zapewne treść oświadczenia, które potem opublikowała, broniąc się przed zarzutami, że ręcznie sterowała pracami TK. Doniesienie w tej sprawie złożyła Helsińska Fundacja Praw Człowieka. I Przyłębska — nazywana przez Kaczyńskiego „odkryciem towarzyskim” — ma spore kłopoty.
Ale była prezes Trybunału Konstytucyjnego miała z prezesem PiS omawiać też inną, ważniejszą dla partii sprawę: spodziewany przewrót w Trybunale Konstytucyjnym po wejściu do niego Macieja Berka. Sejm wybrał na sędziego byłego ministra rządu Donalda Tuska na początku września.
Jarosław Kaczyński szykuje się już na zmianę w TK. Podobnie jest z Pałacem Prezydenckim. Dzieje się tak, chociaż ani PiS, ani — takie sygnały płyną z Pałacu — Karol Nawrocki nie będą uznawać Berka za sędziego Trybunału.
Dwa sposoby Karola Nawrockiego na Macieja Berka
Pałac szykuje dwa powiązane zarzuty wobec Berka.
Po pierwsze: że w ogóle nie został wybrany przez Sejm na sędziego, bo nie ma wymaganego ustawą 10-letniego stażu pracy jako radca prawny. Tej argumentacji nie stworzył sztab prawników z Krakowskiego Przedmieścia czy Nowogrodzkiej, ale poseł Rozwoju Plus — Paweł Jabłoński.
Kwestia stażu Berka jest złożona. Ustawa wymaga, aby osoba kandydująca na sędziego TK miała co najmniej 10 lat stażu pracy jako np. radca prawny. Berek przedstawił zaświadczenie z samorządu radcowskiego. Czytamy w nim, że został wpisany na listę radców prawnych w 2002 r., a zawód wykonywał od stycznia 2006 r. do lipca 2009 r., a także od sierpnia 2012 r. do chwili obecnej. Berek uzasadniał, że pracę radcy można wykonywać także nieodpłatnie i na podstawie umów ustnych, a nie jedynie prowadząc kancelarię radcowską.
Poseł Jabłoński rozesłał do wszystkich miejsc, w których pracował Berek, pisma z wnioskami o informację, czy ten zajmował stanowiska będące w rozumieniu ustawy wykonywaniem zawodu radcy prawnego. W odpowiedzi otrzymał informacje, że nie. Według Jabłońskiego oznacza to, że staż pracy Berka jest mniejszy od wymaganego w ustawie. Tyle że — jak mówił szef Naczelnej Rady Adwokackiej, mec. Przemysław Rosati — jakiekolwiek wątpliwości co do stażu pracy przestają mieć znaczenie, gdy Sejm kogoś już na sędziego wybrał. Sam prezydent nie ma podstaw do badania życiorysu sędziego.
Drugi sposób na blokowanie Berka wiąże się ściśle z pierwszym. Prezydent będzie długo wyjaśniał, czy Berek ma wystarczający staż jako radca prawny. Tak długo, że sprowokuje Berka do złożenia ślubowania bez obecności prezydenta. Tak zrobili już czterej inni prawnicy wybrani przez Sejm na sędziów TK w kwietniu.
Berek mówił już, że opóźnianie przyjęcia ślubowania przez prezydenta pozbawia sędziego TK części dziewięcioletniej kadencji. I dla takiego działania nie ma żadnego uzasadnienia. Wynika z tego, że Berek nie będzie czekał w nieskończoność na wyznaczenie terminu ślubowania w Pałacu. Złoży je w Sejmie i notarialnie potwierdzone prześle do Pałacu.
Tyle że w takiej sytuacji prezydent uzna, że Berek nie jest sędzią TK, bo nie złożył przed nim ślubowania. Nawrocki uczynił to już wobec czterech osób wybranych w kwietniu.
Czasu do zmiany w TK jest niewiele. Justyn Piskorski odejdzie z niego 18 września. Tu pojawia się paradoks. Obóz rządowy nie uznaje go za sędziego TK, a jedynie za „dublera” (bo PiS wybrało go na miejsce już obsadzone). Jednocześnie koalicja czeka, aż upłynie dziewięcioletnia kadencja Piskorskiego w TK.
Presja na Trybunał Konstytucyjny i bunt przeciw Święczkowskiemu
Berek do niedawna był „prawą ręką Donalda Tuska”. Ma wejść do TK i zająć się odbijaniem Trybunału z rąk Bogdana Święczkowskiego. Obecny prezes TK to były prokurator krajowy i współpracownik Zbigniewa Ziobry. Ale „Godzilla” (to pseudonim Święczkowskiego) ma też od wielu lat bardzo dobre relacje z Jarosławem Kaczyńskim. Prezesem TK został, bo PiS chciało mieć na czas rządów Donalda Tuska jak najsilniejszą figurę na czele Trybunału.
Jednak pozycja Święczkowskiego w Trybunale słabnie. Z Berkiem sędziowie wybrani przez Sejm obecnej kadencji będą mieć już większość w Trybunale: osiem do siedmiu. Do tego wśród sędziów wybranych jeszcze za rządów PiS tli się bunt przeciwko „Godzilli”, a rząd wzmaga na nich presję.
Argumentem w tym sporze są pieniądze. Trybunał wysłał rządowi swój plan finansowy. Tyle że zgodnie z przepisami powinien on zostać przyjęty przez Zgromadzenie Ogólne sędziów TK. A Święczowski przesłał plan bez stosownej uchwały, bo po prostu jej nie ma. Wobec tego premier Tusk stwierdził, że papier od Święczkowskiego to nie jest żaden dokument, a pieniędzy na TK nie będzie w ogóle.
Na czym polega presja? Jeśli prezes TK nie zwoła zgromadzenia, to TK zostanie bez finansowania. Ale jeśli zwoła, to może w nim być większość do uchylenia immunitetu Święczkowskiego (tego chce prokuratura, która zamierza prezesowi TK postawić zarzuty w sprawie afery Pegasusa). Ostatecznie może to doprowadzić nawet do pozbawienia go stanowiska w TK.
Wobec Świeczkowskiego prokuratura może w przyszłości również podjąć działania analogiczne do tych wobec Przyłębskiej. Gdyby udało się udowodnić, że manipulował składami sędziowskimi, mogłoby mu grozić do 10 lat więzienia.