Pierwsze osoby przystają na chodniku przy ul. Smoleńsk 4 wczesnym rankiem. Czekają, aż dobrze znane im okienko się otworzy i ujrzą w nim uśmiechniętą twarz. Niektórzy umilają sobie czekanie pogawędką i papierosem. Inni stoją ze wzrokiem wbitym w ziemię. „Witaj, proszę” – usłyszą za chwilę.
Dla wielu z nich ten kilkusekundowy kontakt z wolontariuszem to jedyny moment dnia, w którym nie czują się niewidzialni. Ktoś patrzy w oczy. Wyciąga dłoń. Nie ocenia. To rzadkie uczucie.
Po przeciwnej stronie ulicy tworzy się odrębna grupka.
– My tu pracujemy – mówi młody chłopak, zaciągając się papierosem. Jest jednym z uczestników Centrum Integracji Społecznej. W Dziele Pomocy św. Ojca Pio korzysta m.in. z pomocy trenerów pracy. Za chwilę zaczyna zajęcia z rękodzieła.
– Potem pomagają znaleźć pracę – tłumaczy. O programie usłyszał w MOPS-ie. Inni dowiadują się „od swoich”. – Otacza nas ten sam klimat – stwierdza. Każdy z nich ma za sobą inną historię i inne motywacje.
Dzieło Pomocy św. Ojca Pio powstało w 2004 roku. Dziś prowadzi dwa Centra Pomocy. Osoby w kryzysie bezdomności mogą tu dostać nie tylko jedzenie czy ubranie. Jest łaźnia, pralnia, garderoba, pomoc socjalna, psychologiczna i psychiatryczna, doradztwo zawodowe. Są też mieszkania wspierane, w których można nauczyć się na nowo samodzielnego życia.

Wszystko po to, by pomoc nie kończyła się na tym, co pozwala przetrwać kolejny dzień.
– Zależy mi na mieszkaniu treningowym – mówi Aneta*. – Chcę jak najszybciej wydostać się ze schroniska dla kobiet. Jestem tam z siedmioletnią córką, a ona właśnie poszła do pierwszej klasy – dodaje z dumą.
Nie jest jedyną kobietą przed siedzibą Dzieła. Przyznają one, że zwrócić się po pomoc nie jest łatwo, ale czasami to już kwestia „być albo nie być”.
– Jak się śpi pod balkonem, żeby mieć coś nad głową, to się zrobi co trzeba, żeby mieć się gdzie podziać – dodaje starsza koleżanka Anety.
Program dał jej nie tylko szansę na mieszkanie. – Byłam na sześciodniowej pielgrzymce w Medziugorie – dodaje z satysfakcją.
Naraz wszyscy zrywają się i szybko kończą rozmowę. Na zajęcia nie można się spóźniać. Zostaje Piotr. Pracuje w sąsiadującej z Dziełem Kuchni Siostry Samueli w Krakowie. Ma jeszcze chwilę.
„Można być bezdomnym i być dżentelmenem”
– Wszystko zależy od naszego chciejstwa – stwierdza. W programie, który ma wyprowadzić go z bezdomności, jest już prawie od roku. Na ulicy „niemal 30”.
– Miałem macochę… – wspomina i ucina. Jak twierdzi „czasem lepiej nie mieć domu, niż mieć ten, w którym się żyło”.
– U mnie kabel od prodiża służył do przywracania ustawień fabrycznych. Ale to akurat ojciec, nie macocha – dodaje.
Na ulicy pomogła mu „stara kindersztuba i szósty zmysł po mamie”. – Można być bezdomnym i być dżentelmenem. Są pewne zasady i ich się trzeba trzymać – tłumaczy.
Nie prosi się o pieniądze kobiet z dziećmi. Nie z obawy, że spod ziemi wyrośnie ich partner. „Po prostu, tak nie wypada”.
– Kobiecie należy odsunąć krzesełko, a gdy sobie tego życzy, pocałować w rękę na powitanie – wymienia.
Kolejna zasada przetrwania to wnikliwa obserwacja.
Najgorsze, co widziałem? Chyba samego siebie. Jak się tak człowiek sobie przyjrzy, to budzi się z potwornym kacem moralnym
– mówi ze śmiechem.
Dzisiaj jego życie ma rytm. Wyznacza go głównie praca. O tym, jak było dawniej, mówi szczerze, lecz z oporem.
– Bywały dni, kiedy się wstawało i szło żebrać. Dziesięć osób nic nie dało, jedenasta dała – mówi.
Gdy dostał pieniądze, priorytetem niekoniecznie było jedzenie. Trzeźwienie w bezdomności jest jak stąpanie po kruchym lodzie.
– Nie piję, ale niedawno zapiłem – przyznaje i podkreśla, że szybko się opamiętał. – Wywaliliby mnie z programu – przypomina.
Nie zamierza odpuścić walki o mieszkanie.
Cienka granica
Nie zawsze jednak wystarczy chcieć. – Czasami brakuje tej jednej osoby, która jest w stanie cię podtrzymać – mówi Aleksandra Wendel-Buła z Działu Kontaktu z Darczyńcami Dzieła Pomocy Św. Ojca Pio i przytacza historię mężczyzny, który samotnie wychowywał córkę.
Kiedy dziecko zachorowało, przez kilka miesięcy nie mógł pracować. Pieniądze szybko się skończyły. Wystarczyłaby jedna osoba, u której można przenocować, pożyczyć pieniądze albo po prostu usłyszeć, że najgorsze minie. Nikt taki się nie znalazł.
Brak takiego zaplecza powtarza się w wielu historiach. Nie zawsze na początku jest alkohol. Czasem jest choroba, utrata pracy, rozpad związku albo kilka miesięcy zaległości w opłatach.
– Gdy rodziców nie ma, nie mogą pomóc albo nie byli dobrymi rodzicami, to nagle nie masz tej siatki wsparcia – tłumaczy Ola. W Dziele pracuje od czterech lat. Mówi, że granica między stabilnym życiem a bezdomnością bywa cienka.
– Wiele osób żyje dziś z kredytem albo umową najmu. Wystarczy kilka miesięcy bez dochodu. Jeśli nie ma rodziny, która pożyczy pieniądze, pozwoli zamieszkać u siebie albo pomoże załatwić kolejną sprawę, kryzys szybko przestaje być przejściowy – zauważa.
Jedyna taka chwila
Rafał Nosek, kierownik Działu Pomocy Doraźnej, który od lat pracuje z osobami w kryzysie bezdomności, nazywa tę granicę cienką. Sam zastanawia się czasem, co stałoby się z jego życiem, gdyby zabrakło najbliższych.
Na co dzień Rafał koordynuje kilka rodzajów wsparcia w Dziele, m.in. punkt wydawania żywności. Potrzebujący dostają tam po dwie kanapki i napoje – kawę i herbatę. Codziennie czeka na nie około 180 osób. Zdarza się, że chętnych jest więcej, dlatego kolejka ustawia się od wczesnego ranka.

Oprócz jedzenia, punkt oferuje im coś jeszcze. Jak zwraca uwagę Rafał, to bezcenna chwila uwagi. Moment, w którym ktoś z życzliwością patrzy ci w oczy, a w jego wzroku nie widać niechęci.
– Dla wielu z nich to jedyna taka chwila w ciągu całego dnia – podkreśla.
Bezdomni znikają powoli
W głębi budynku przy ul. Smoleńsk 4 jest już inny świat. W świetlicy jedni grają w karty, ktoś inny czyta. Można usiąść i porozmawiać.
Niektórzy kierują się prosto schodami w dół, do łaźni, garderoby lub pralni. Stopnie w górę prowadzą do gabinetów lekarskich. Świadczona tam pomoc jest zupełnie darmowa – udzielają jej medycy z zaprzyjaźnionego z Dziełem Stowarzyszenia Lekarzy Nadziei. Wyżej odbywają się zajęcia Centrum Integracji Społecznej.
Rafał pamięta mężczyznę, który przez kilka tygodni bez słowa przesiadywał na zajęciach jednej z grup wsparcia. W końcu powiedział, że robi domki z zapałek. Dostał klej i materiały. Wieczorami, już w schronisku, zaczął budować.
Najpierw powstał jeden. Potem większy. – Ludzie mają różne talenty, tylko czasami nie mieli przestrzeni, żeby je pokazać – mówi Rafał.
W Dziele taką przestrzenią może być kilka godzin spędzonych w spokoju i cieple przy stole.

Przez lata spędzone na ulicy Piotr spotkał cztery osoby, którym udało się wyjść z bezdomności. Ola poznała ich więcej.
Każdy taki przypadek cieszy, ale są też te trudniejsze i mowa nie tylko o osobach, które odchodzą, zanim zdążą poukładać sobie życie. Bywa, że ktoś znika powoli. – Podejmuje próbę, a potem przestaje się pojawiać – mówi Ola.
Choć wielu osobom udało się wyjść z kryzysu, kolejka przed punktem wydawania żywności wcale się nie kurczy.
„Nigdy nie stanęłabym w tej kolejce”
Polska jest dziś znacznie zamożniejsza niż kilkadziesiąt lat temu. Dane Eurostatu pokazują też, że na tle Unii Europejskiej stosunkowo niewiele osób jest zagrożonych ubóstwem i wykluczeniem społecznym. W 2025 roku było to 15 proc. mieszkańców Polski, przy średniej unijnej wynoszącej 20,9 proc.
Nie oznacza to jednak, że bezdomność znika z ulic. Momentami staje się po prostu mniej widoczna.
Najmłodsza osoba, którą Piotr spotkał na ulicy, miała 18 lat. To był chłopak, który opuścił dom dziecka.
Młoda bezdomność bywa trudna do zauważenia
– mówi Ola i przypomina historię studenta z Krakowa, który mieszkał w samochodzie. Jak tłumaczy, takie osoby skutecznie maskują swój problem i niechętnie sięgają po rozwiązania systemowe.
– Nigdy nie stanęłabym w tej kolejce – mówiła wcześniej Aneta, potwierdzając jej słowa.
Namiastka normalności. „Telefonu nigdy nie zastawiłem”
Według Piotra ludzie ugrzęźli w stereotypach. – Bezdomny ma być brudny, śmierdzący, uflogany, prawda? – pyta, prezentując rękawy swojej czystej bluzy. Ma na sobie schludne ubranie, włosy i brwi krótko i starannie przystrzyżone, ogolony zarost. Tylko zmęczona twarz zdradza jego życiowy bagaż.
Dzisiaj osoby w kryzysie bezdomności mają w kieszeniach telefony, korzystają z internetu, przeglądają media społecznościowe. – Zdarzyło mi się zastawić w lombardzie złoty łańcuszek, ale telefonu nigdy nie zastawiłem. Trzeba mieć łączność ze światem – podkreśla Piotr.
Telefony są zresztą stałym elementem krajobrazu Dzieła. W świetlicy można zaobserwować zwisające z każdego gniazdka ładowarki. Oprócz łączności, dają namiastkę normalności.
– Pamiętam pana Marka, który przez 15 lat mieszkał na ulicy – mówi Ola.
– Spał w różnych miejscach, także w opuszczonych budynkach. W jednym z nich była woda i prąd, ale nie było ogrzewania. Przykrywał się dwiema kołdrami, przywykł do zimna. Później dostał mieszkanie socjalne. Najbardziej cieszył go telewizor. Wcześniej łapał jakoś sygnał w pustostanie, ale ciągle ktoś mu przeszkadzał. W mieszkaniu mógł wreszcie włączyć telewizję wtedy, kiedy chciał. Oglądał bez przerwy – opowiada. – Aż się tego przestraszył i „przerzucił się” na haft – wspomina.
„Przestaliśmy się jako ludzie szanować”
– Wszystko zależy od punktu widzenia – ocenia Piotr.
– Dla tych, którzy patrzą z normalnej perspektywy, to jest straszne. Ale dla wielu takie życie jest po prostu łatwiejsze: napić się, zasnąć na ławce, nie płacić rachunków – przyznaje.
Mężczyzna zdaje sobie sprawę, że wielu bezdomnych nie budzi sympatii. – Robią bydło – mówi wprost.
Mimo to, nie potrafi pogodzić się ze znieczulicą. – Przestaliśmy się jako ludzie szanować. Jak ktoś leży, to przynajmniej pomogę mu wstać. Inni miną bez słowa – stwierdza ze smutkiem.
Dagmara Pakuła
* Imiona bohaterów korzystających ze wsparcia Dzieła Pomocy Św. Ojca Pio zostały zmienione.












