Marta z rozrzewnieniem wspomina grudzień, styczeń był jeszcze lepszy, ale w marcu nastał kryzys butelkowy. — Ludzie zaczęli kumać, że wyrzucają pieniądze do śmietnika, więc okazało się, że już nie bardzo jest co zbierać. Poza tym wyrosła mi konkurencja — opowiada. Ministerstwo jest zadowolone i mówi już o ponad miliardzie zwróconych pustych butelek i puszek.
Dwunastoletnia Tosia stoi na peronie dworca Gdańsk Główny. Czeka na pociąg do Warszawy. Wraca z dwudniowego wyjazdu szkolnego, wszystkie dzieci z klasy mają małe bagaże, lekkie plecaki. Ona jedna nie — w ręku dzierży sześćdziesięciolitrowy worek na śmieci wypchany po brzegi plastikowymi butelkami. Na pomysł Tosia wpadła dzień wcześniej. W hostelu, w którym nocowała wycieczka, jest przestrzeń wspólna — kuchnia, duży stół i kosze do segregacji. A po drugiej stronie ulicy Żabka z automatem na butelki z kaucją. Z posegregowanych plastików biznesgirl wysegregowała te, za które można dostać 50 gr. Było tego sporo, mnożenie wychodziło całkiem atrakcyjnie, więc przeleciała się jeszcze po pokojach.
Gdy Janek zorientował się, co jest grane, zaczął działania konkurencyjne. Przez chwilę butelki zbierali na wyścigi, ale chłopak szybko odpuścił. Dziewczynka została z wielką torbą cennego towaru. Gorzej, że została tak na dłużej, bo automat w Żabce się zepsuł. Ale Tosia nie odpuści — zawiezie butelki do Warszawy i odda w automacie blisko domu. Pieniądz jest pieniądz, choć jej rodzinie pieniędzy nie brakuje. Mieszkają w segmencie w prestiżowej dzielnicy, szkoła jest prywatna, dziecko gra w tenisa, śpiewa, tańczy.
Butelki na wymianę nie tylko dla ubogich
Zbieranie butelek wcale nie jest domeną tych, których klasa średnia zwyczajowo nazywa marginesem społecznym. Dobrze zarabiający Polacy też to robią. Wielu podniesie samotną butelkę, wrzuci do samochodu, a przy okazji większych, cotygodniowych zakupów z żoną zwróci w dyskoncie.
Agnieszka: — Oddaję, a potem nie realizuję kuponu w Lidlu, bo ma tylko 30 dni ważności. Ale naprawdę jestem pod wrażeniem kolejek do tego butelkomatu! Zawsze czekam. 50 gr wystarczyło, żeby z ludzi zrobić zbieraczy i oddawaczy.
— Ja kompulsywnie zbieram, a potem mam tylne kieszenie spodni wypełnione tymi bonami do Lidla, bo wiecznie zapominam nimi zapłacić. Przemyślenia mam takie: czemu te bony są ważne miesiąc? Chyba tylko po to, żeby strzyc takich jak ja? — pyta Jacek, programista. Chciałby też wiedzieć, dlaczego firmy zajmujące się wywozem odpadów nie obniżają opłat, mimo że spory procent śmieci segregowanych wywozimy teraz sami.
Odpowiedź jest prosta — wywóz odpadów organizują i rozliczają gminy. Cena pojawia się więc podczas przetargu i składa się na nią zazwyczaj koszt wywozu wszystkich frakcji. Nawet jeśli plastiku i szkła jest mniej, to ewentualne obniżki pojawią się dopiero przy następnym poszukiwaniu wykonawcy usług, a i to jeśli oszczędności na jednej frakcji nie będą musiały kompensować wyższych kosztów wywozu innej.
Magda: — Ostatnio mąż wyrzucił odruchowo butelkę do kosza w sklepie. Zreflektował się, wyciągnął i zataszczyliśmy do domu, do zbioru. Między sobą w żartach zaczynamy przeliczać ceny na butelki, w stylu „to kosztuje nawet z 60 butelek!”.
Centrum Liczenia Opakowań w Potulicach
Foto: Tytus Żmijewski / PAP
Przed butelkomatem tłok
Próbuję wejść do branży Tosi. Start jest obiecujący, bo już przed moim blokiem stoi worek na gruz. Na wierzchu plastikowa butelka i dwie puszki — jedna po piwie, druga po energetyku, czyli standardowy zestaw zostawiany przez fachowców od remontu. Zabieram je i idę przeglądać śmietniki. Po pięciu minutach mam kolejne dwie puszki i dwie butelki ze szkła. Zacieram ręce, bo przecież takie chodzą po złotówce. Nieopodal jest Biedronka, więc przed dalszą penetracją altanek z żółtymi i zielonymi kontenerami postanawiam zamienić zajmujący przestrzeń towar na lekki bon. Do butelkomatu muszę chwilę poczekać, bo swoje zbiory spienięża jeden z tych mężczyzn, który ma zapewne około 40 wiosen, ale trudy życia zmieniły go w mężczyznę, który przeżył 60 zim. Po chwili staję przy maszynie. Połyka plastikową butelkę, potem dwie puszki, ale następną wypluwa. Próbuję jeszcze raz — nic z tego. Ze szkłem to samo.
— Pewnie stare — komentuje moje zaskoczenie mężczyzna, który przed chwilą oddawał butelki.
— Jak to? — dopytuję.
— No sprzed systemu. Tutaj pan tego nie odda, ale w Lidlu automat da za nie 10 gr — wyjaśnia.
Trochę się złoszczę i wyrzucam zanegowane przez maszynę opakowania do stojącego obok kontenera. Jest w nim cała masa podobnych jak moja frustracji. Zamiast iść na dalsze łowy, wracam do domu.
Marcin: — Raz w tygodniu robię zakupy tańsze o kilkanaście złotych. Niewygodne to, pół kuchni zagraca, ale w sumie da się przeżyć. Czasem targam ze sobą puszki/butelki, czasem kiedy jestem daleko od domu, zostawiam je koło kosza na śmieci, żeby ktoś mógł skorzystać. Raczej już nie gniotę i nie wyrzucam.
„W końcu ludzie zaczęli kumać”
Marta Hoppe pracuje w Polskim Radiu, prowadzi audycję ekologiczną i wyprzedziła swoje czasy. Z dwóch powodów — z pobudek ekologicznych i dla kasy. Mimo że sama rzadko kupuje napoje w plastikowych opakowaniach, butelki zaczęła zbierać już w listopadzie. System kaucyjny jeszcze nie obowiązywał, ale Lidl uruchomił pierwsze automaty, w których można było dostać 10 gr za sztukę. — Mam na osiedlu cztery śmietniki, które są zamknięte dla ludzi z zewnątrz. Codziennie robiłam tour po tych śmietnikach. Zbierałam to, co sąsiedzi wyrzucali. Wtedy zarobek był niewielki, bo raptem 10 gr za sztukę, więc żeby mieć dychę, trzeba było się tych worów natargać — opowiada.
Zbiory Marty
Foto: Archiwum prywatne
Z rozrzewnieniem wspomina grudzień, czas butelkowych żniw. Goście przyjeżdżają, ludzie nakupili napojów na święta, a na wielu butelkach już pojawiła się kaucja. — To był pierwszy dobry zastrzyk gotówki. Ale ten najlepszy miesiąc to styczeń, kiedy już sporo kaucyjnych, a ludzie jeszcze nie skumali że warto je zbierać. No i tak chodziłam po śmietnikach na swoim osiedlu — mówi Hoppe. Ma sporą komórkę lokatorską. Magazynowała tam większość butelek, a resztę trzymała w bagażniku samochodu.
Zbiory Marty
Foto: Archiwum prywatne
Zbieraczka ma nawet kaucyjną księgowość. Pokazuje codzienne notatki z zyskami:
2.02 – 9,30 niekaucyjne, 11,50 kaucyjne, 6,10 niekaucyjne, 28,50 kaucyjne.
4.02 – 4,70 niekaucyjne; 13,50 kaucyjne; 5,10 mix.
Zestawienie miesięczne wygląda tak: listopad — 128 zł, grudzień — 286 zł, styczeń — 448 zł, luty — 203 zł, marzec — 168 zł.
Niestety, marcowy dołek to nie jest dowód na lenistwo albo na sezonowość interesu. Można już było poczuć prawa ekonomii. — Po marcu przyszedł kryzys butelkowy. Ludzie zaczęli kumać, że wyrzucają pieniądze do śmietnika, więc okazało się, że już nie bardzo jest co zbierać. Poza tym wyrosła mi konkurencja. Albo sprzątaczka, albo ktoś z sąsiadów też wpadł na ten pomysł i potem było „kto pierwszy, ten lepszy” — relacjonuje Marta.
Ponad miliard oddanych butelek i puszek
Dane makro publikowane przez Ministerstwo Klimatu i Środowiska zdają się potwierdzać mikroobserwacje Marty. O ile w styczniu 2026 r. w Polsce oddano ok. 28 mln opakowań kaucyjnych, to na koniec marca było już 520 mln sztuk, a na koniec kwietnia ponad miliard pustych butelek i puszek. „Każdego dnia do systemu wraca kilkaset tysięcy opakowań, które wcześniej były spalane, obciążały gminne systemy odpadów, a często lądowały w lasach, zbiornikach wodnych lub zaśmiecały przestrzeń publiczną. Teraz są kierowane do recyklingu i wykorzystywane jako surowiec do produkcji nowych opakowań. Rosnący poziom zwrotów jest zgodny z założeniami i oczekiwaniami ministerstwa. Porównania z przykładami z innych krajów wskazują, że już w pierwszym roku możliwe jest osiągnięcie poziomu ponad 70 proc. zebranych opakowań. Dane z pierwszych miesięcy pokazują, że realizacja celu 77 proc. wskazanego w dyrektywie SUP [unijne regulacje zmierzające do ograniczenia ilości odpadów jednorazowego użytku z tworzyw sztucznych — red.] do końca 2026 r. jest realna. Doświadczenia innych krajów wskazują na poziomy zbiórki przekraczające 80–90 proc. po kilku latach od wprowadzenia systemu” — informuje Ministerstwo Klimatu i Środowiska, zaznaczając, że pełna ocena wpływu systemu kaucyjnego na segregację odpadów w Polsce będzie możliwa dopiero po analizie pierwszych lat jego działania, czyli około 2028 r.
Zbieram butelki i puszki przez kilka kolejnych dni. Bez specjalnych wypraw, bez magazynu. Po prostu: jak coś leży na trawie, wystaje z kosza, zostanie na ławce albo w inny sposób wpadnie mi w ręce, zabieram do domu. Worek w kuchni szybko zaczyna zawadzać, więc organizuję spacer do maszyny. Nauczony doświadczeniem — do Lidla, bo gdyby się okazało, że znowu upolowałem jakieś niesystemowe, zawsze to lepiej wziąć 10 gr za niekaucyjny plastik, niż wyrzucić go do kosza. Wiadomo — i ekologia, i pieniądz.
Uwaga, awaria systemu!
Niektórym krótkie strzały dopaminy, gdy „za darmo” odbiera się kupon na kilkanaście złotych, przestają się kalkulować. Maszyn przybywa wolniej, niż zbierających opakowania, pojawiają się korki.
Kornelia: — Nigdzie w okolicy nie mam tej maszyny, a gdyby była, to już bym normalnie miała z 25 zł.
Jacek: — Automatów jest za mało, okupują je zawodowi zbieracze. Opcja z szybkim zrzutem w trakcie zakupów przestaje działać.
W ogonku stoi 5 osób. Zanim będzie moja kolej, minie 15 min, z czego 5 min samego czekania, by pracownik sklepu zmienił w urządzeniu kosz przepełniony pociętymi opakowaniami. Masowe wkładanie butelek i puszek — jedna po drugiej — na ruchomą szynę, jest hipnotyzujące, jak patrzenie w głąb pracującej pralki. Z tą różnicą, że tu jest jeszcze dochód. Chociaż maszyna odrzuca dwie puszki, mimo że jest na nich symbol systemu kaucyjnego, i nie mam komu się poskarżyć, więc chowam je do torby, licząc na zwrot przy kolejnych zakupach, to i tak wyciągam bon na 23,50 zł. A skoro już go mam, robię nieplanowane zakupy. Przy kasie wyskoczy paragon na 115 zł, ale zapłacę tylko 91,50. Czysty zysk.
Ola: — W mojej okolicy są trzy maszyny. Zazwyczaj zepsute albo przepełnione, więc to jakaś fikcja za tą kaucją.
Dorota: — We wsi, w której mam działkę rekreacyjną, nie ma ani jednego sklepu, który przyjmowałby butelki kaucyjne. Jest to Joniec, wieś gminna na północnym Mazowszu, popularne miejsce wakacyjnych wyjazdów na kajaki. Zabieramy wszystkie butelki do Warszawy i tam je oddajemy. Nie mam pojęcia, jak radzą sobie mieszkańcy. W sąsiedniej gminie jest Biedronka z butelkomatem, może tam zawożą.
50 zł tygodniowo? Tosia jest zadowolona
Joanna: — Temat istnieje w szkole moich synów. Nauczyciele próbują przemycać zachowania ekologiczne własnym przykładem (ci młodsi i ci, którym się jeszcze coś chce). Wygrzebują ze śmietników w szkole te plastiki po dzieciach, zbierają po krzakach, z boiska. Ostatecznie dzieci mają z tego polewkę, bo znów pan Michał nurkował w śmietniku, a pani Ula szła z torbą butelek pewnie budżet podratować… Mam wrażenie, że dla naszego pokolenia kaucja za butelki to był ciut kaski w dzieciństwie na lizaka. Teraz ekologia. A wielu dzieciaków to nie obchodzi, boją się zasłużyć na opinię „śmieciarza”.
Piotr wysyła mi zdjęcie starego, czerwonego banknotu stuzłotowego z podobizną Ludwika Waryńskiego. „To ilustracja do anegdoty z lat osiemdziesiątych. Dlaczego Waryński taki smutny? Bo mu zabrakło trzech złotych do flaszki. Wódka 100 zł, butelka — trzy” — pisze. Wspomina, że kaucja to nic nowego. Za komuny w każdej dzielnicy były skupy butelek. — Znalezienie flaszki na ulicy to była radocha, bo za kilka butelek można było w kiosku kupić gumową piłkę do kopania — opowiada.
W PRL nie istniał system kaucyjny we współczesnym znaczeniu. Jakie butelki można było oddać — to zależało tylko od producenta i zorganizowanej siatki punktów skupu. Część opakowań objęta była kaucją, inne — nie. Często do zwrotu potrzebne było potwierdzenie, że butelka pochodzi z danego sklepu. Nigdy nie było wiadomo, co dany skup przyjmie i ile za to zapłaci. Szklane opakowania były odzyskiwane przede wszystkim ze względów gospodarczych — oszczędzało się w ten sposób szkło, butelki myto i wykorzystywano ponownie, bo huty i tak były przeciążone ciągłymi niedoborami. Aspekt ekologiczny był poza świadomością władz i społeczeństwa.
Anna: — Zauważyłam, że system kaucyjny ma bardzo fajny efekt uboczny. Ostatnio widuję dużo nastolatków z workami szukających po krzakach butelek. Robią też lotne kontrole rowerami na śmietnikach.
Marta Hoppe: — Chociaż ten interes jest już mało opłacalny, bo rzeczywiście ludzie zaczęli sami myśleć o oddawaniu, to potrafię iść na spacer do Lasu Kabackiego i wrócić z dziesięcioma butelkami. Widzę, że system kaucyjny sprawił, że jest mniej butelek plastikowych walających się w parkach, na ulicy, w lesie.
Tosia dalej zbiera butelki. Mówi, że zarabia około 50 zł tygodniowo, jest zadowolona z własnych pieniędzy, a kwota robi wrażenie na rówieśnikach.

