— Jeśli w połowie kadencji Donald Trump straci jedną lub obie izby Kongresu, jego prezydentura będzie praktycznie skończona — mówi w rozmowie z „Newsweekiem” republikański strateg Mike Madrid. Już dzisiaj w szeregach partii pojawiają się wątpliwości, czy poparcie prezydenta nie okaże się w praktyce pocałunkiem śmierci.

— To najsmutniejszy moment od długiego czasu. To oczywista śmierć MAGA, czymkolwiek to było, ale to także koniec Partii Republikańskiej, jaką znaliśmy — powiedział Tucker Carlson, reagując na przegraną Thomasa Massiego w prawyborach republikanów.

Sukces Trumpa w usunięciu kongresmena z Kentucky obnażył partię rozdartą pomiędzy dwoma elektoratami nie do pogodzenia. Zwolennicy Trumpa domagają się ideologicznej czystości i bezwarunkowej lojalności, jednak nie wszyscy podzielają to podejście. W rezultacie republikanie znaleźli się w pułapce, która — jak przyznają dziś partyjni stratedzy — zagraża zachowaniu kontroli nad Senatem i dziesiątkom miejsc w Izbie Reprezentantów. Kandydaci partii coraz częściej mają problem z przypodobaniem się obu grupom wyborców. Większość wybiera Trumpa, jednak wielu obawia się, że ta decyzja może ich kosztować zwycięstwo.

Problem ten narasta zresztą już od ponad dekady. Jednak ostatnie wydarzenia sprawiły, że nie da się go dłużej ignorować. Wymuszone odejście Massiego z Kongresu, poparcie Trumpa dla Kena Paxtona zamiast Johna Cornyna w wyścigu do Senatu w Teksasie oraz publiczne ataki prezydenta na niektórych senatorów uwypukliły ten sam podział: Trump wciąż dominuje w prawyborach, jednak jego kandydaci często mają problemy w wyborach powszechnych.

— Zemsta to ulica dwukierunkowa — mówi „Newsweekowi” Jim Kessler, wiceprezes think tanku Third Way. — Wszyscy politycy, których zaatakował Trump, są skończeni albo liczą na to, że będą mogli zacząć od nowa jako ci, którzy stanęli z nim do walki. John Cornyn, który przez całe życie był lojalnym republikaninem, został zdradzony i zakończył karierę. Jego zemsta polegać będzie więc na tym, że do końca swojej kadencji nie poprze linii partii i nie odda republikanom swojego głosu.

Gdy Cornyn zdobywał kolejne nominacje, demokraci uznawali wyścig w Teksasie za praktycznie niemożliwy do wygrania. Wraz z kandydaturą Paxtona pojawiła się jednak realna szansa. James Talarico, deputowany Partii Demokratycznej z Austin, niespodziewanie uzyskał polityczną możliwość, o której jeszcze pół roku wcześniej nie było mowy.

— Jeśli nominację zdobędzie Cornyn, Talarico nie ma większych szans — mówi Kessler. — Jeśli wygra Paxton, jego szanse są całkiem duże. Wciąż jest outsiderem, ale wyścig stał się wyrównany. Demokraci nie spodziewali się, że Teksas będzie dla nich realną szansą w tych wyborach. Teraz już jest.

Tę zmianę wykazały także sondaże. Kwietniowe badanie Texas Public Opinion Research pokazało, że Talarico wyprzedza Cornyna o 3 pkt proc. (44 do 41 proc.). W starciu z Paxtonem Talarico prowadził już natomiast 5 pkt (46 do 41 proc.). Jeszcze większe różnice wykazał sondaż Uniwersytetu Teksańskiego — Talarico wyprzedzał w nim Cornyna o 7 pkt, a Paxtona aż o 8 pkt proc.

Gdy Trump wziął na celownik Massiego, nawet niektórzy z jego dotychczasowych sojuszników zaczęli się wyłamywać. Kongresmenka Lauren Boebert z Kolorado stanęła w obronie Massiego, a Tucker Carlson stwierdził, że ta przegrana oznacza śmierć ruchu MAGA. Najbardziej zaskakujący był jednak głos Marjorie Taylor Greene.

Była kongresmenka z Georgii poparła Massiego w prawyborach, nazywając go „gigantem wśród żałosnych, słabych mężczyzn”. Po jego przegranej opublikowała w mediach społecznościowych wpis, w którym stwierdziła, że przyszłość Partii Republikańskiej została zniszczona. Jej zdaniem partię przejmie ruch America First prowadzony przez młodych konserwatystów, którzy szczerze nienawidzą partyjnej wierchuszki. „Módlmy się, by coś z tego kraju zostało” — dodała.

Jej wypowiedź odzwierciedla narastający niepokój wśród części partii. Jeśli Trump potrafi skierować swoją machinę polityczną przeciwko Massiemu, filarowi Tea Party i wieloletniemu sojusznikowi konserwatystów, to żaden Republikanin nie może czuć się bezpieczny. Wniosek jest jasny — partia, w której lojalność wobec Trumpa znaczy więcej niż szanse na wygraną, może w końcu obrócić się przeciwko sobie samej.

Inni cieszyli się jednak z wyniku. Republikański kongresmen z Florydy Randy Fine zamieścił grafikę płaczącego Massiego, podpisując ją słowem „LOSER”. Erin Houchin z Indiany przyznała, że z satysfakcją przekazała prezydentowi informację o porażce Massiego i pogratulowała sztabowi Trumpa.

Podziału wewnątrz MAGA nie da się nie zauważyć. Jedna frakcja stawia na ideową niezależność i konsekwencję, a druga żąda absolutnej wierności Trumpowi. Przegrana Massiego pokazała, który obóz na razie wygrywa walkę o przyszłość partii. Republikańscy politycy pozostają więc w potrzasku między tymi przeciwstawnymi oczekiwaniami. Sprzeciw wobec Trumpa grozi porażką w prawyborach, a wyrażenie mu poparcia jest źródłem słabości w okręgach i stanach wahających się. Większość wybiera przetrwanie tu i teraz, opowiadając się za Trumpem i licząc, że konsekwencje długofalowe nigdy nie nadejdą.

Republikański strateg Mike Madrid nie owija w bawełnę. — Nie można myśleć długoterminowo — mówi „Newsweekowi”. — Trzeba skupić się na natychmiastowym sukcesie i przetrwać do kolejnego dnia. Najważniejsze wybory to te, które trzeba wygrać teraz, więc republikanie muszą trzymać się Trumpa.

Mapa senacka na 2026 r. miała sprzyjać republikanom — dotychczas wszystko wskazywało na to, że partia Trumpa zdobędzie w tym roku kolejne mandaty. Jednak kalkulacje się zmieniły. Jeżeli polityczny klimat nadal będzie się odwracał przeciwko prezydentowi, a jego kandydaci słabo wypadną podczas wyborów w okręgach wahających się, republikanie mogą stracić kontrolę nad Senatem. To, co kiedyś wydawało się niemożliwe, dziś jest poważnie rozważane przez strategów obu partii.

— To rzut monetą. Rok temu nikt nie wierzył, że demokraci będą mieli szansę. Teraz jest to możliwe — ocenia Madrid.

Część republikanów już wyraziła obawy dotyczące tego, że popieranie radykalnych kandydatów może zaszkodzić partii w listopadzie. — Można mieć całkowicie lojalną mniejszość albo większość. Ja wolę większość — powiedział kongresman Don Bacon w rozmowie z USA Today.

Kessler częściowo przyznaje Baconowi rację. — Zagrożeniem dla republikanów w okręgach i stanach wahających się jest nie tylko poparcie Trumpa — mówi w rozmowie z „Newsweekiem”. — Chodzi o to, że stają się oni elementem jego marki.

Pułapkę tę dostrzega coraz więcej republikańskich strategów. Prawybory premiują lojalność wobec Trumpa, jednak wybory powszechne mogą za nią surowo ukarać. Jedynym wyjściem wydaje się kandydat, który wygra zdominowane przez prezydenta prawybory, a potem skutecznie zmieni wizerunek na potrzeby wyborów powszechnych. Stawka sięga dalej niż 2026 r. Utrata Senatu poważnie ograniczy agendę Trumpa. Nominacje sędziowskie, zatwierdzenie sędziów Sądu Najwyższego czy kluczowe ustawy będą zależały od współpracy z demokratami.

— Jeśli Trump straci jedną lub obie izby w połowie kadencji, jego prezydentura będzie praktycznie skończona — mówi Madrid.

Problem ten nie zniknie po listopadzie. Nawet jeśli kandydaci popierani przez Trumpa przegrają w tegorocznych wyborach, nadal będą oni kształtować politykę prawyborczą republikanów przed kolejnymi wyborami prezydenckimi. Każdy potencjalny kandydat partii będzie zatem musiał zmierzyć się z tym samym pytaniem: jak odziedziczyć wyborców Trumpa, ale nie jego polityczne obciążenia? Jak uważa republikański strateg Matt Klink, problem ten już teraz widać w kluczowych stanach wahających się.

— Poparcie Trumpa w prawyborach republikańskich nadal jest niezmiernie ważne, ale dużo mniej skuteczne wśród wyborców decydujących o wyniku w okręgach wahających się — mówi Klink „Newsweekowi”. — Największe ryzyko istnieje tam, gdzie republikanie muszą przekonać dwa różne elektoraty: wyborców prorepublikańskich w prawyborach i tych sceptycznych wobec Trumpa podczas wyborów powszechnych.

Rozłam ten potwierdzają sondaże. Według badania Economist/YouGov z początku maja, poparcie dla Trumpa wśród niezależnych wyborców spadło do 25 proc., a 63 proc. z nich wykazuje dezaprobatę wobec działań prezydenta — jest to spadek o 18 pkt proc. w ciągu roku. Jak podkreśla strateg Alex Patton, poza silnie republikańskimi okręgami relacja z Trumpem coraz częściej staje się obciążeniem politycznym.

— Poparcie dla Trumpa wśród wyborców niezależnych się załamało — mówi Patton „Newsweekowi”. — Wskaźniki wykazują poniżej 30 proc. aprobaty i ok. 65 proc. dezaprobaty. Poza okręgami ustawionymi pod Partię Republikańską powiązanie z Trumpem to dziś polityczna kula u nogi.

Według sondaży Morning Consult poparcie dla Trumpa znacznie osłabło w kilku stanach, które pozostają kluczowe dla walki o Senat. W Maine jego bilans netto wynosi minus 17 proc, a w Michigan minus 14. Nawet w Teksasie, w którym Trump w 2024 r. wygrał przewagą 14 punktów, bilans poparcia dla prezydenta wynosi dziś minus 3.

— Na sześć miesięcy przed wyborami poparcie opinii publicznej odsuwa się od partii rządzącej. Jeśli republikanie nie zmienią przekazu, wybory śródokresowe mogą przypominać klasyczny akt równoważenia władzy — ocenia Klink. — Problemem dla partii jest to, że to właśnie stosunek do Trumpa może stać się dla wielu wyborców emocjonalnym skrótem przy decyzji, nawet jeśli nie śledzą oni wszystkich szczegółów kampanii.

Klink podkreśla, że wyzwanie sięga już daleko poza same wybory środka kadencji i wpływa także na przyszłość partii.

— Kandydat republikanów, który osiągnie sukces, to ten, który najlepiej wyznaczy nową drogę naprzód — zaznacza. — Czy można odziedziczyć wyborców Trumpa bez przejęcia jego problemów? Odpowiedź na to pytanie próbuje dziś znaleźć każdy potencjalny kandydat Partii Republikańskiej.

Tekst opublikowany w amerykańskim „Newsweeku”. Tytuł, lead i śródtytuły od redakcji „Newsweek Polska”.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version