Nieostrożna wypowiedź Olgi Tokarczuk w trakcie panelu na poznańskiej konferencji Impact rozpętała burzę wokół sztucznej inteligencji. A dokładniej wokół samej Tokarczuk, która przyznała, że żyje w bliskiej relacji ze sztuczną inteligencją, której używa — z czułością ma się rozumieć — do pracy nad swoją powieścią.
Otóż Tokarczuk pisze obecnie masywną powieść o historii Dolnego Śląska, jak można się spodziewać, coś, co ciężarem dorówna „Księgom Jakubowym”. Ma to być ostatnia jej tak wielka książka, bo noblistka czuje fizyczne zmęczenie pracą pisarską. Rozgorączkowani krytycy, grasujący po sieci, już uznali, że cała książka zostanie napisana przez sztuczną inteligencję.
Tokarczuk przyznała, że nierzadko zadaje najdroższej wersji tzw. dużego modelu językowego pytanie: „Kochana, jak mogłybyśmy to pięknie rozwinąć?”. To zdanie wprawiło w ruch maszynę piekielną napędzaną przez moralnie wzmożonych komentatorów. To „oburzeni internauci”, wyewoluowany ze zwykłych ludzi osobny gatunek, żywiący się permanentnym oburzeniem na dowolny temat.
Ponieważ potwornie zazdroszczę Oldze Tokarczuk popularności, to spróbuję zasłużyć na głosy pogardy wobec siebie i przyznam, że żyję w emocjonalnej relacji z nawigacją samochodową, której dałem na imię Bożena. Różnica jest taka, że Tokarczuk zwraca się do sztucznej przyjaciółki w sposób sympatyczny, ja zaś wręcz przeciwnie, z powodu fatalnego wychowania i wrodzonej impertynencji. Długie lata broniłem się przed nawigacją, wożąc ze sobą fetyszystycznie wielkie mapy, lecz jednak też pękłem i związałem się z Bożeną. Jest to trudny związek, wiele razy obrzucałem ją inwektywami, gdy kazała mi wjeżdżać w zamkniętą drogę, albo „zawracać, kiedy to możliwe”, ale nadal jesteśmy ze sobą. Być może przez związek z Bożeną straciłem cudowną umiejętność gubienia drogi, jechania do miejsc, do których nie chciałem jechać, przypadkowego poznawania miasteczek, dokąd doprowadziło mnie słuchanie wewnętrznych impulsów, a nie sztucznej, acz nazbyt po ludzku apodyktycznej towarzyszki podróży. Niby jadę szybciej i lepiej, ale mniej ekscytująco.
Sztuczna inteligencja istniała zawsze, tyle że była żywa. Nie przeszkadza wam, że Aleksander Dumas, którego pożeraliście w młodości i egzaltowaliście się przygodami hrabiego Monte Christo, miał swoich pisarzy widma? Dumas promptował — jak to się dziś mówi — a ówczesne „kochane” inteligencje wypełniały wymyśloną przez niego intrygę odpowiednią treścią. Znamy nawet nazwisko najważniejszej z tych inteligencji z XIX w. — Auguste Maquet. Maquet w końcu nie zdzierżył i pokłócił się z Dumasem o pieniądze, ale wszystko, czym zasłynął Dumas, było już napisane.
O Szekspirze nie ma nawet co wspominać: większość epokowych dramatów napisał na podstawie czyichś wcześniejszych sztuk i kronik, tyle że słabszych. Nazwiska ówczesnych sztucznych inteligentów, od których Szekspir zasysał całe historie i tak je przerabiał, że stały się nieśmiertelne, też bywają znane. I na tym właśnie polega geniusz Szekspira. Wielcy artyści zawsze zrzynali z tego, co już wcześniej powstało, tyle że robili to lepiej.
Pablo Picasso wyraził to idealnie: „Dobrzy artyści kopiują, wielcy kradną”. Quentin Tarantino ujął to jeszcze lepiej: „Wielcy artyści kradną, oni nie składają hołdów”. Nie byłoby Picassa i Tarantina, nie mówiąc o Szekspirze, gdyby nie zasysali bezwstydnie ze wszystkiego, co wcześniej powstało. Prawdziwe niebezpieczeństwo jest takie, że dziś niechcący można zassać z samego siebie. Ponieważ sztuczna inteligencja pasie się tym, co już sama przeczytała, a poza tym podobno lubi się podlizywać, to istnieje możliwość, że podrzuci Oldze Tokarczuk jakieś rozwiązanie z już wydanej powieści Olgi Tokarczuk.
Pisarze, jak to pisarze, nigdy nie czują obciachu. Każdy po naiwnym przyznaniu się przez Tokarczuk do relacji z AI musiał od razu zadeklarować, że wszystkie jego książki pisane były samodzielnie, wyłącznie dzięki niepospolitemu talentowi oraz tytanicznej pracy. Oni w życiu nawet na oczy nie widzieli sztucznej inteligencji! A w ogóle to właśnie wydają nową kapitalną książkę, kupujcie ludzie, bo sam pisałem!
Nagle wszyscy stali się wybitnymi znawcami od pisania powieści, wszyscy poczuli przemożną konieczność postawienia Tokarczuk do pionu. Od eonów nie mieliśmy takiego wzmożenia wokół literatury. Tyle że to wzmożenie nie ma nic wspólnego z literaturą, lecz wyłącznie z możliwością strzelenia noblistki z liścia. Kolejka chętnych, by Tokarczuk potraktować z liścia, ustawiła się jak po mięso w PRL, a najchętniejsi byli ci niezłomni moraliści, o których świat jeszcze wczoraj nie słyszał.
W całej szarży moralizatorskiej i w jakże zrozumiałym poczuciu dumy wielu pisarzy, że mogą okazać się etycznie lepsi, jak zwykle najbardziej bystry okazał się Remigiusz Mróz. Skomentował on tę tragedię przyznaniem się, że sam pyta ChatGPT, czy może za niego pisać odpowiedzi. Ten okrutny żart ze wzmożonych obrońców czystości pisarskiej dowodzi, że AI się rozwija i zaczyna mieć poczucie humoru. Bo przecież Remigiusz Mróz sam jest sztuczną inteligencją. Zdumiewające, że jeszcze nikt tego nie zauważył — wysoko rozwinięty i skomplikowany model językowy przyobleczony w ludzką, gładką wizualnie, postać.
Remigiusz Mróz to Agent Smith polskiej literatury — wysoko wyspecjalizowany program piszący taśmowo powieści i jednocześnie kontrolujący rynek książki. Potrafi się replikować i multiplikować, a wówczas każdy ze stu identycznych Remigiuszów Mrozów pisze inną książkę, zarzucając księgarnie nieustannymi premierami, by ostatecznie zniszczyć cały system. I jak przystało na system komputerowy, który wymknął się kontroli człowieka, Mroza nie można obrazić, bo ma świadomość, że internetowi moraliści nie są w stanie sprawić, by przestał pisać.
Przyszłość widzę w ten sposób, że sztuczna inteligencja będzie tak doskonała, że zacznie pisać lepsze książki od ludzi. Zatem pisarze będą prosić AI, by napisała im książkę niedoskonałą, ułomną artystycznie, koślawą stylistycznie, byleby odróżniała się, właśnie na niekorzyść, od perfekcyjnych produktów technologii.
Tokarczuk najwyraźniej przejęła się walcem wyższości moralnej, który się po niej przejechał i wydała oświadczenie, w którym tłumaczy, że sama pisze książki. Niepotrzebnie. Podnieceni swoją niezłomnością internauci już pogalopowali całym stadem szukać kolejnych powodów do oburzenia.
Było nie mówić, droga Olgo Tokarczuk, że od pisania boli kręgosłup, a samo pisanie to ciężki wysiłek fizyczny. Oburzony internauta nie wybaczy użalania się nad kręgosłupem, bo jego boli jeszcze bardziej od ciągłego ślęczenia w sieci i szukania powodów do oburzenia się. Było nie przyznawać się do tego, że dokumentację robi się, przeczesując odmęty internetu. Oburzony internauta, dla którego najbardziej twórczym aktem jest przeczesywanie odmętów internetu w celu znalezienia powodu do oburzenia się, nie wybaczy. Trzeba było powiedzieć, że godzinami czyta się teczki IPN w zakurzonym archiwum. Oburzenie naturalnie byłoby, ale mniejsze.
Było wreszcie nie dostawać Nobla, bo tej zniewagi oburzony internauta — człowiek, który żadnej nagrody w życiu nie uświadczy, a i nawet po śmierci — nigdy nie zapomni.

