Gabriel García Márquez stwierdził, że w Ameryce Południowej wydarza się tyle spraw, które zachodniemu czytelnikowi wydają się fantazją, że nic dziwnego, że uprawniany przezeń gatunek realizmu został opatrzony mianem magicznego.
Ta historia to jedna z nich: miała miejsce w 1974 r. w Bogocie, konkretnie: na skrzyżowaniu Avenida Carre 100 i Avenida Carrera 7, w nocy. Stoi tam upamiętniająca Mahatmę Gandhiego olbrzymia, ważąca kilka ton, wykonana z żelaza rzeźba. Tamtej nocy rzeźbę od cokołu starał się oderwać dźwig, a wszystkiemu przypatrywała się dwójka osób w przejeżdżającym obok samochodzie. „Zamierzają ją ukraść” — stwierdził prowadzący auto mężczyzna. „Już kradną” — rzekła towarzysząca mu kobieta. Kobieta nazywała się Feliza Bursztyn i była autorką rzeźby, kolumbijską prekursorką wykorzystywania w sztuce złomu, jej dzieło pragnęli zaś sobie tamtej nocy przywłaszczyć właśnie złomiarze, chatarreros. Co ze złomu powstało, miało się w ich intencji w złom — i zysk z niego — obrócić.
Imiona Felizy
Foto: materiały prasowe/Echa
Burzliwy start i takiż ciąg dalszy
W 1974 r. Bursztyn — tak postać prawdziwa, jak i bohaterka świeżo w Polsce wydanej, biograficznej powieści Juana Gabriela Vásqueza „Imiona Felizy” — miała czterdzieści jeden lat i niecałą dekadę życia przed sobą. Urodzona w roku, w którym Hitler doszedł do władzy, co stało się powodem, dla którego jej rodzice — dwójka polskich Żydów, Jakub i Chaja Bursztynowie — zdecydowali się nie wracać z Bogoty do Warszawy. Do Kolumbii płynęli zaproszeni przez przyjaciela Jakuba, poznanego przezeń w kibucu w Mandacie Palestyny w latach 20.; zniechęcony syjonistyczną walką, osiadł w Ameryce Południowej. Nakłaniał dawnego towarzysza, by poznał kraj, w którym, jak twierdził, Żydzi nie spotykają się z europejską nienawiścią. O tym, że Feliza znajduje się w brzuchu Chai, małżonkowie dowiedzieli się na statku, a że NSDAP objęło rządy w Niemczech — już znalazłszy się za Atlantykiem. Tam dziewczynka przyszła na świat; po takim starcie trudno o spokojne życie.
Objęło ono dzieciństwo wśród żydowskiej burżuazji w stolicy Kolumbii (ojciec prędko założył nieźle prosperującą fabrykę tkanin); w latach 50. studia artystyczne wpierw w Académie de la Grande Chaumière w Paryżu, u Ossipa Zadkine’a, a potem w Nowym Jorku, gdzie poznała odrobinę starszego, statecznego amerykańskiego Żyda, wyszła za niego za mąż, przeprowadzili się do Bogoty i spłodzili trzy córki; związek z poetą Jorge Gaitánem Duránem, przerwany jego śmiercią w wypadku lotniczym (kilka dni po kochanku umarł jej ojciec); bogotańską bohemę w latach 60., w epoce narastającej, politycznej przemocy; sukcesy artystyczne w Ameryce Łacińskiej i na Kubie w latach 70.; polityczne prześladowania; najście przez wojsko w domu na początku lat 80., ucieczkę do Meksyku — schronienia udzielił jej wówczas García Márquez — a potem do Paryża, gdzie autor „Stu lat samotności” interweniował w sprawie Felizy u prezydenta Mitteranda. Wszystko już miało być dobrze, już miała dostać stypendium i osiąść w stolicy Francji. Nie osiadła. 8 stycznia 1982 r., podczas kolacji z Márquezem i paroma innymi Latynosami w restauracji na Montparnasse, Feliza Bursztyn umarła. Powodem biologicznym był zawał serca, jednak Márquez w tekście opublikowanym kilka dni później oznajmił, iż umarła ze smutku.
Dyskurs z Márquezem
Autora „Stu lat samotności” przywołuję tak często nieprzypadkowo i nie tylko z tego powodu, że przez życie Bursztyn przynajmniej kilkakrotnie się przewinął. Juan Gabriel Vásquez, przez anglosaskie media nazywany następcą Márqueza, bo będący pierwszym od jego czasu tak sławnym w światowym dyskursie kolumbijskim pisarzem, w „Imionach Felizy” wchodzi z autorem „Nie ma kto pisać do pułkownika” w dialog — i to na dwóch poziomach. Poziom pierwszy to poziom formy. Reprezentując nową kolumbijską literaturę, Vásquez nie ma nic wspólnego z magicznym realizmem w stylu „Miłości w czasach zarazy” ani „Jesieni patriarchy” (powieści często w „Imionach Felizy” wzmiankowanej, gdyż to właśnie nad nią, syty po wielkim i późnym sukcesie, Márquez pracował w czasach, gdy obecny był w życiu Bursztyn). Znany polskiemu czytelnikowi z nominowanego do Bookera „Kształtu ruin” i „A gdy obejrzysz się dla siebie” Vásquez jeszcze mocniej niż w tych powieściach ucieka się do pisania powieści opartej na faktach.
Poziom drugi to poziom polityczny, na którym Vásquez pokazuje skomplikowanie zaangażowania latynoskich artystów poprzedniej generacji po stronie komunistów, pytając o ich naiwność. Weźmy Felizę: z burżuazyjnej rodziny, rzeźbiarka ciążyła w stronę lewicy w naturalny sposób — oznaczała ona dla niej wyzwolenie z mieszczańskich norm, w które próbował ją wtłoczyć także mąż z Ameryki. Ta sympatia wpierw skutkowała Felizy zachwytem nad Fidelem Castro. „Jak nie bronić tego, co oni tam robią?” — pyta Bursztyn w pewnym momencie, mając na myśli próbę eliminacji biedy i zapewnienia Kubańczykom powszechnej edukacji, a potem: nad M-19, tak zwanym Ruchem 19 Kwietnia, czyli partyzancką organizacją, która powstała w Kolumbii po jakoby sfałszowanych na początku lat 70. wyborach prezydenckich.
Feliza w powieści Vásqueza zachwycona jest pierwszymi działaniami M-19, na przykład kradzieżą z muzeum szabli Simóna Bolívara. Traktuje je niczym artystyczny performance, walkę z zastanym porządkiem — jednak walkę pokojową, bo z użyciem inwencji, a nie przemocy. Tak jest jednak tylko do czasu. Dwa lata po tym, jak chatarreros próbowali dokonać innej kradzieży, właśnie rzeźby Felizy z dzielnicy Chicó Norte, M-19 wykonało wyrok na José Raquelu Mercado, przywódcy związkowym, uprzednio oskarżając go o zdradę interesów klasy robotniczej.
Zawłaszczona przez politykę
W Kolumbii to wydarzenie — jak również zajęcie ambasady Dominikany w Bogocie w 1980 r. i wzięcie zakładników — dla artysty i intelektualisty oznaczało znalezienie się na rozstaju dróg. Rząd Julio Turbaya, w odpowiedzi na działania M-19, wprowadził podówczas Statut Bezpieczeństwa, w teorii służący walce z organizacjami wywrotowymi, w praktyce zaś służący wprowadzaniu atmosfery powszechnego zastraszenia. Kto chciał być od państwa niezależny, mógł więc albo położyć uszy po sobie, albo wyjechać. To drugie prędko uczynił Márquez, Feliza zaś początkowo starała się nie wybierać żadnej z tych opcji, tylko żyć jak dawniej, nie bacząc, że związki z kubańskimi artystami sprawią, że zostanie oskarżona o bycie partyzancką kurierką. Nie udało się to i musiała uciekać do Paryża.
Wiedząc, co działo się na Kubie za rządów Fidela (zwłaszcza o sprawie Herberto Padilli aresztowanego przez komunistów), która dla Mario Vargasa Llosy oznaczała zerwanie z rewolucyjnym projektem, trudno nie sarkać podczas lektury powieści Vásqueza, gdy Feliza zachwycona jest tym, jak artyści są na tej wyspie hołubieni — i trudno nie ubolewać nad Márquezem, który jako polityczna figura, ustawiając się w opozycji do rządu kolumbijskiego, z Castro nigdy nie zerwał stosunków. Trzeba jednak pamiętać, że w świecie latynoamerykańskim takie sarknięcia pojawiają się w określonym politycznym momencie, który przydaje I”mionom Felizy” dodatkowego skomplikowania. Ten moment to rządy Gustavo Petro, który jako nastolatek w latach 70. dołączył do M-19 (marquezowskim tropem niech będzie fakt, że za swój partyzancki pseudonim obrał: Aureliano), a potem, w latach 90., był jednym z akuszerów przekształcenia go w polityczną partię. Jego wybór na prezydenta Kolumbii — pierwszego lewicowca na tym stanowisku — przez postępowych intelektualistów z Bogoty, także przez Vásqueza, witany był z nadzieją na rządy lewicy demokratycznej. Tymczasem rząd Petro uruchomił w Kolumbii kampanię przeciw dziennikarzom, którą Vásquez skomentował jako wielkie rozczarowanie. Oto okazało się, że totalitarny duch Ameryki Łacińskiej, jak z „Jesieni patriarchy” Márqueza, ale bez magicznej poetyckości tej powieści, wciąż jest w Kolumbii silny.
A rzeźba Felizy Bursztyn? Wciąż stoi w Bogocie i mija się ją, jadąc taksówką do jednego z punktów widokowych, nazywających w tym kraju miradorami. W 2025 r. rzeźbę obsiedli protestujący właśnie przeciwko rządom Petro. Jeden z przywódców protestu mówił kolumbijskim mediom, że gdyby znał dzieje Felizy, nigdy by tego pomnika nie wybrał na miejsce protestów. I tak, pośmiertnie, rzeźbiarka jeszcze raz została przez politykę zawłaszczona.



