Kiedy po wybuchu wojny na Ukrainie ówczesny minister MON Mariusz Błaszczak ruszył na zakupy, za głowy łapali się nie tylko eksperci, ale i wojskowi. Z kolei przedstawiciele polskiego przemysłu obronnego byli po prostu wściekli, bo pieniądze, które wydano w Korei Południowej, posłużyły do rozwoju i rozbudowy koreańskich fabryk, a nie polskich.
Co jest o tyle bulwersujące, że od pięciu lat polskie fabryki zbrojeniowe słały pisma, prosząc o dofinansowanie na rozwój i budowę kolejnych linii produkcyjnych. Zarówno szef Ministerstwa Aktywów Państwowych Jacek Sasin, jak i premier Mateusz Morawiecki pozostawali głusi na głosy fachowców. Za to radośnie wzięli kredyt w koreańskim banku na zakupy koreańskiego sprzętu.
Tylko na pierwszą fazę Polska pozyskała finansowanie przekraczające 38 mld zł. W komunikatach Ministerstwa Obrony Narodowej opublikowanych przy okazji wizyty szefa resortu w Seulu temat kredytu jednak się nie pojawił. MON nie był chętny, aby udzielać takich informacji. Resort pozostawał jedynym ministerstwem bez rzecznika prasowego.
Kontakty z mediami prowadziło Centrum Operacyjne MON. Odpowiedzi na pytania dziennikarzy pojawiały się nieregularnie, a część pytań pozostawała bez reakcji przez wiele miesięcy. Znacznie większy nacisk kładziony był na prezentowanie kolejnych etapów modernizacji Sił Zbrojnych. Szczegóły nie były ważne. A już wysokość kredytu i oprocentowała zupełnie.
Polscy obywatele mogli się o tym dowiedzieć jedynie z koreańskiej telewizji. Poinformował o tym Eom Dong-hwan, minister południowokoreańskiego urzędu zamówień obronnych DAPA, podczas wczorajszego posiedzenia parlamentu, gdzie składał sprawozdanie m.in. z pierwszego dnia wizyty Błaszczaka. W sumie Polska zaciągnęła kredyt w wysokości 72 mld zł, który ma wesprzeć Fundusz Wsparcia Sił Zbrojnych.
To właśnie FWSZ, wedle Ustawy o Obronie Ojczyzny, ma być źródłem finansowania modernizacji armii. Tak, jak to się stało obecnie w przypadku SAFE. Różnica jest taka, że SAFE to inwestycja w polski przemysł obronny, oprocentowana nisko, a pożyczka zrobiona przez rząd Mateusza Morawieckiego stała się wysokooprocentowanym wsparciem dla koreańskiego przemysłu. W dodatku wiele szczegółów umowy wciąż nie znamy, bo są niejawne. I z nieznanych powodów takie pozostały.
Potwierdzenie zarzutów
Reporter „Czarno na białym” Piotr Świerczek przeprowadził dziennikarskie śledztwo w sprawie warunków, na których Mariusz Błaszczak dokonywał zakupów sprzętu wojskowego w Korei Południowej i potwierdził informacje, które przekazywaliśmy w 2023 r.
Wówczas pisaliśmy, że samo wzięcie kredytu nie jest niczym dziwnym. Taki sposób finansowania zakupów jest częstą praktyką. Skandalem jest to, że ministerstwo nie poinformowało o takim kroku, biorąc kredyt w imieniu podatników, którzy w przyszłości będą musieli go spłacić. A w dodatku kupiono sprzęt, który jest bezpośrednią konkurencją na rynku polskich haubic Krab, oraz czołgi K2GF i FA-50GF, które nie spełniają wymagań, jakie takiemu wyposażeniu stawiała polska armia. A docelowych wersji wciąż nie ma.
Rząd PiS wolał z jakiegoś powodu kupować za granicą, niż rozwijać własne zdolności przemysłowe. I na pewno tym powodem nie jest zarzut o braku mocy produkcyjnych. Jest to wymówka pięciu lat bezczynności.
Tymczasem skala wydatków ówczesnych zakupów była bezprecedensowa. Według szacunków analityków Credit Agricole wartość programów modernizacyjnych realizowanych do 2035 r. może przekroczyć 539 mld zł. Znaczna część tych środków miała trafić do zagranicznych producentów uzbrojenia.
Wówczas ani MON, ani Bank Gospodarstwa Krajowego nie ujawniły szczegółów dotyczących koreańskiego finansowania. Bank powołuje się na tajemnicę bankową, natomiast działalność Funduszu Wsparcia Sił Zbrojnych objęta jest dodatkowymi ograniczeniami informacyjnymi.
Co w sumie nie powinno dziwić. Tak naprawdę PiS nie miał czym się zbytnio chwalić, bo warunki kredytowania i forma zakupów była jedną z najgorszych w historii zakupów sprzętu dla wojska. Wszystk,o co wiemy o nich, wiemy dzięki jawności postępowań ze strony koreńskiego rządu.
Trudno uznać to za sytuację korzystną z punktu widzenia przejrzystości finansów publicznych. Zwłaszcza że mowa o zobowiązaniach liczonych w dziesiątkach miliardów złotych, które przez lata będą obciążały budżet państwa. Zresztą podobnie zachował się obecnie funkcjonujący rząd w początkach procedowania SAFE. Dopiero po czasie politycy zreflektowali się, że warto poprawić politykę informacyjną.
Obłuda PiS
Gdy SAFE był na etapie projektowania, w obozie PiS dominował entuzjazm. Mówiono o konieczności szybkiego działania, o tym, że Europa wreszcie zaczyna traktować bezpieczeństwo poważnie, a Polska powinna być w awangardzie. Mariusz Błaszczak pisał, że „Fundusz SAFE to szansa na rozwój Sił Zbrojnych RP. Nie możemy pozwolić na to, aby te środki zostały zmarnowane lub skietowane do zagranicznego przemysłu zbrojeniowego”.
We wrześniu 2025 r. pisał to człowiek, który teraz twierdzi, że „SAFE w tym kształcie to oddawanie naszej suwerenności i blokowanie prawidłowego rozwoju Sił Zbrojnych RP”. Dodawał także, że „znając podejście Donalda Tuska, możemy się spodziewać, że w pierwszym etapie pieniądze nie zostaną wykorzystane, żeby w drugim etapie mogły być wykorzystane przez niemiecki przemysł zbrojeniowy”.
Żadne z „przewidywań” polityków PiS z ostatnich miesięcy się nie sprawdziło. Z końcem maja podpisano umowy na pierwszy etap i wszystkie trafiły do polskiego przemysłu obronnego. Rację miał Mariusz Błaszczak w września zeszłego roku.
Dlatego koreańskie i amerykańskie pożyczki są dla niego i całego PiS kulą u nogi. Pokazują bowiem, że zarówno modernizacja Sił Zbrojnych, inwestycje w polski przemysł, jak i zarządzanie państwowymi finansami były prowadzone nieudolnie i ze szkodą dla Polski.

