– O operach Wagnera jako lustrze naszych czasów, wpływie Elżbiety Pendereckiej na rozwój festiwalu i Polsce, która wciąż nie potrafi docenić własnych artystów i finansować kultury na właściwym poziomie – mówi Tomasz Konieczny, bas–baryton światowej sławy i dyrektor artystyczny Baltic Opera Festival – wydarzenia, dzięki któremu może spełniać swoje marzenia.

Tomasz Konieczny: To hasło dotyka czegoś, o czym mówię od lat, a co dzisiaj staje się znowu niezwykle ważne. Żyjemy w czasach galopującej sekularyzacji – ludzie odchodzą od wierzeń, przekonani, że postęp cywilizacyjny oznacza odejście od metafizyki. A to jest błąd, i to błąd kosztowny. Rytuały, mity, wierzenia to nie są pozostałości po ciemnych wiekach. To są narzędzia, które przez tysiąclecia pomagały ludziom zachowywać równowagę, przepracowywać traumy i rozumieć własną naturę. Doskonale o tym wiedział Wagner. Pisząc swoje dramaty muzyczne, sięgał po archetypy nie dlatego, że był romantykiem zafascynowanym średniowieczem, ale dlatego, że rozumiał: tylko alegoria potrafi powiedzieć prawdę na tyle ogólną, żeby każdy odbił ją w sobie. Walkiria to nie jest bajka o skandynawskich bogach. To jest dramat o człowieku, który posiada nieograniczoną władzę, a mimo to – a może właśnie dlatego – traci wszystko, co było najcenniejsze. Wotan po ostatnim pożegnaniu z Brunhildą przestaje być bogiem i staje się Wandererem, wędrowcem bez domu i bez celu. Świat bogów zaczyna zmierzać ku upadkowi. I jeśli ktoś popatrzy na dzisiejszy świat – na potężnych mężczyzn toczących ze sobą zawody, kto ma większą władzę – to ten wagnerowski obraz jest zadziwiająco znajomy.

Powtarzam to od pierwszej edycji i będę powtarzać dalej: nie jesteśmy festiwalem wagnerowskim. Gramy Wagnera, bo Wagner nadaje się do Opery Leśnej idealnie – pięć tysięcy widzów pod otwartym niebem, w lesie, w przestrzeni, która sama w sobie ma coś mistycznego i monumentalnego i jego pełne rozmachu dzieła, w których dominuje gęsta orkiestracja i potężny ładunek emocjonalny. Ale program tegoroczny został celowo zbudowany jako dialog i kontrast. Z jednej strony „Walkiria” – świat zdominowany przez mężczyzn obłąkanych na punkcie władzy, dążący ku zagładzie. Z drugiej – „Polskie Wesele” Józefa Beera, gdzie to kobieta ratuje i ochrania inną kobietę przed notorycznym rozwodnikiem. Jeśli sięgniemy dalej w „Tetralogię”, to Brunhilda w „Zmierzchu Bogów” także jest tą, która ocala świat. Wagner, choć sam był samcem alfa, wiedział i pisał o tym świadomie, że to właśnie dzięki kobiecie – jej bezwarunkowej miłości, poświęceniu i współczuciu – świat może zostać odkupiony i ocalony z sideł egoizmu. Dlatego te tytuły w jednym festiwalu rozmawiają ze sobą. Właśnie o to chodzi w operze, żeby rozmawiała ze sobą i z nami.

To miejsce ma swoją historię, którą trzeba znać, żeby rozumieć wagę tego, co tu robimy. Przed drugą wojną światową Opera Leśna była nazywana Bayreuthem Północy i nie była to pusta pochwała, lecz uznanie jej realnej konkurencji dla festiwalu w Niemczech. Potem przyszły lata propagandy: festiwal w Sopocie odwiedzał Goebbels, podobno również Hitler. Naziści używali tego miejsca i repertuaru propagandowo, także całej muzyki Wagnera. Tym samym skradali ludziom możliwość przeżywania jego dzieł bez ciężaru trudnej historii. My po osiemdziesięciu latach od końca wojny reaktywowaliśmy Operę Leśną dla samej opery – oczyściliśmy ją z propagandowej narośli i przywróciliśmy temu miejscu godność. To jest akt o ogromnym znaczeniu symbolicznym i kulturowym. Warto podkreślić, że dziś cały świat świętuje tę 150 rocznicę – Sofia, Budapeszt, Praga, niemal wszystkie ważniejsze sceny operowe. Natomiast w Polsce nie ma ani jednej instytucji poza nami, która zagrałaby choćby jedną część Tetralogii. Pytam otwarcie: gdzie my się w tym momencie stawiamy? Dzieła Wagnera nie są własnością Niemców. To dziedzictwo światowe – tak samo jak Penderecki czy Moniuszko nie powinni być „polscy”, tylko ogólnoświatowi. Jeśli tego nie rozumiemy, sami się skazujemy na marginalizację.

Józef Beer, nazywany polskim Gershwinem, to kompozytor, który faktycznie zapadł w kulturowe nieistnienie w Polsce, choć w ogóle na to nie zasłużył. Jego „Polskie Wesele” miało przedwojenną historię, a potem nikomu nie zależało, żeby odkryć je na nowo. Nam dzisiaj zależy. Z tym przedstawieniem przyjeżdża Opera Wrocławska i to jest piękny przykład tego, czym Baltic Opera Festival powinien być: platformą współpracy instytucji i mostem między scenami. „Walkiria” pochodzi z kolei z Opery Królewskiej w Kopenhadze – jest to spektakl, w którym sam brałem udział i w który głęboko wierzę. Wieczór Pendereckiego produkuje Sinfonietta Cracovia wspólnie z Operą Krakowską, natomiast Państwowy Teatr Muzyczny w Kłajpedzie przyjeżdża z wydarzeniem okołofestiwalowym. To jest splot instytucji, ludzi i idei, który nigdzie indziej by nie powstał, gdyby nie nasz festiwal. Mamy również – z czego wyjątkowo się cieszę i jestem za to ogromnie wdzięczny – patronat pani marszałek Senatu Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, która jest ogromną lobbystką kultury.

Elżbieta Penderecka była dla mnie kimś absolutnie wyjątkowym – nie tylko jako członkini Komitetu Honorowego, ale jako osoba, która rozumiała, po co to wszystko robimy. Przychodziłem do niej w momentach wątpliwości, a tych momentów nie brakowało, bo finansowanie festiwalu to jeden wielki ciąg walk partyzanckich. Nieraz mówiłem do niej wprost: już nie dam rady, może powinienem z tego zrezygnować. Za każdym razem odpowiadała spokojnie i pewnie: panie Tomaszu, absolutnie nie wolno panu z tego rezygnować. To była dla mnie wielka wartość, dzięki jej postawie trwałem. Zresztą rola Elżbiety Pendereckiej w kształtowaniu światowego obrazu polskiej kultury jest nie do przecenienia. Przez dziesięciolecia promowała muzykę męża tam, gdzie muzyka awangardowa nie jest oczywistym wyborem i robiła to z maestrią. Teraz reaktywujemy spektakl „Muzeum człowieka” autorstwa choreografa Mariana Żaka sprzed czterdziestu lat – spektakl, który sam Penderecki uwielbiał i który Telewizja Polska zachowała w swoich archiwach. Żak był polskim emigrantem, któremu komunistyczna władza wydała wilczy bilet i pozbawiła możliwości pracy w zawodzie. Wyjechał do Nowego Jorku, stworzył tam organizację taneczną, przez 25 lat prowadził festiwal „Chopin i Przyjaciele”, a dziś wróci z nami do teatru. Ten spektakl to więc nasz ukłon zarówno w kierunku Mariana Żaka, jak i Państwa Pendereckich. W ten sposób mówimy Elżbiecie Pendereckiej: byłaś, rozumiałaś, pokazałaś nam drogę i my tą drogą idziemy dalej.

O Trójmieście powinniśmy myśleć jako o Trójmieście Wolności. I nie jest to frazes, ale stwierdzenie faktu, którego wagi często nie doceniamy. Tu narodziła się Solidarność, tu zaczęły się przemiany polityczne całej Europy Wschodniej. Dla zagranicznych dziennikarzy i artystów, którzy przyjeżdżają na festiwal, przestrzenie stoczniowe i sam ECS mają ciężar historyczny, którym się tu po prostu oddycha. I Heine w tej przestrzeni brzmi inaczej niż na zwykłej sali koncertowej. Heine był poetą wyklętym przez hitlerowską Rzeszę, jego książki palono. Wagner był przez tę samą Rzeszę gloryfikowany i zamieniony w oręż propagandy. Ten kontrast w przestrzeni ECS-u jest głęboki i zamierzony. Dodam, że dwa latatemu podczas festiwalu Ukrainian Freedom Orchestra grała koncert wolnościowy w Stoczni Crist w Gdyni pod patronatem Lecha Wałęsy. Był tam obecny Peter Gelb, dyrektor generalny Metropolitan Opera w Nowym Jorku, członek naszego Komitetu Honorowego. To wydarzenie zostało szeroko opisane na całym świecie. Tak się buduje wizerunek Polski – nie przez oświadczenia na konferencjach prasowych, ale przez wydarzenie, które zostaje w pamięci.

Jesteśmy dopiero w połowie drogi i to jest coś, co mnie każdego ranka napędza. Tym bardziej że stawiamy sobie bardzo szerokie cele, jeśli chodzi o propagowanie muzyki operowej. Staramy się łączyć między innymi pokolenia, a także wychowywać późniejszych odbiorców opery. Przedstawienie „Złoto Renu”, pierwszą część „Pierścienia Nibelunga” w adaptacji dla dzieci gramy w tym samym dniu, co „Walkirię” – jedno przedstawienie obędzie się po południu a drugie wieczorem. I myślimy, że może ci najmłodsi widzowie wrócą do nas za kilka lat, już na dorosłą operę. A może rodzice, którzy przyjdą z dziećmi na popołudniowe przedstawienie, zostaną na „Walkirii”? Może wszyscy razem kiedyś pójdą do opery… kto wie? Trzeba nad tym pracować i jest to praca u podstaw – cicha, systematyczna, ale moim zdaniem konieczna i przynosząca już dzisiaj rezultaty. Mówi się, że publiczność operowa na świecie się starzeje. Na naszym festiwalu jest wyraźnie młodsza niż w Salzburgu czy Bayreuth, bo ludzi kręci ciekawość: co ci wariaci robią w tym lesie przez tyle godzin?

Ta ciekawość jest bezcenna i trzeba ją pielęgnować. Natomiast nie ukrywam frustracji: w tamtym roku i obecnie dostaliśmy z ministerstwa mniej środków na organizację Baltic Opera Festival niż w roku 2024 i ze względu na brak stałego finansowania zmuszeni jesteśmy planować nasze działania z roku na rok, bez wieloletnich zobowiązań. Ponadto na zaproszenie niektórych wydarzeń, twórców po prostu nas nie stać. Dlatego nachodzi mnie taka smutna myśl: jako Polska jesteśmy dwudziestą gospodarką świata, a finansujemy kulturę operową na poziomie, który nazwę delikatnie: głęboko postkomunistycznym. Churchill kiedyś spytał: „po co prowadziliśmy wojnę, jeśli nie będziemy uprawiać kultury?” i to pytanie nie straciło na aktualności. W dobiegającym końca sezonie 2025–2026 w Metropolitan Opera śpiewa siedmioro polskich wokalistów w pierwszoplanowych rolach – to ewenement na skalę światową, o którym w Polsce prawie nikt nie mówi. Nasi piłkarze, choć ich bardzo szanuję, nie osiągają takich sukcesów jak polscy śpiewacy występujący na wielkich scenach całego świata. Musimy zacząć się tym chwalić i musimy wreszcie zacząć finansować kulturę godnie.

Aktualności, program i bilety: www.balticoperafestival.pl. Kolejne festiwalowe ogłoszenia warto śledzić na www.facebook.com/BalticOperaFestivalPL.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version