— Główne przesłanie Donalda Trumpa wobec Teheranu brzmi tak: Uderzenia będą trwały, dopóki twoja oferta się nie poprawi. Mogę wrócić i zrobić ci to znowu, kiedy tylko zechcę. 202-456-1414, zadzwoń, gdy będziesz gotowy zawrzeć umowę, której oczekuję — mówi „Newsweekowi” Kenneth Pollack, były członek Rady Bezpieczeństwa Narodowego USA. Mimo że obie strony w tym tygodniu prowadziły rozmowy na temat programu nuklearnego, oznak spowolnienia amerykańskiej koncentracji wojsk wokół Iranu nie widać.

  • Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”

Prezydent Donald Trump zagroził Islamskiej Republice bezpośrednimi działaniami, jeśli dyplomacja nie przyniesie oczekiwanych rezultatów.

A wraz z wysłaniem do Zatoki Perskiej drugiej grupy lotniskowców ostrzeżenia Trumpa, że ewentualny atak na Iran wykraczałby poza ubiegłoroczne bombardowania irańskich obiektów jądrowych, dają prezydentowi szereg opcji do wyboru. W grę mogą wchodzić nowe, precyzyjne uderzenia, likwidacje kluczowych przywódców lub nawet długotrwała kampania wojskowa przypominająca trzecią wojnę w Zatoce Perskiej.

Trump przez cały okres eskalacji podkreślał, że preferuje rozwiązanie dyplomatyczne. Dąży do nowego porozumienia nuklearnego, które wykraczałoby poza umowę z 2015 r. ograniczającą irański program jądrowy w zamian za złagodzenie sankcji.

Jednak w stanowiskach negocjacyjnych Waszyngtonu i Teheranu wciąż istnieje duży rozłam. Mimo pewnych postępów podczas wtorkowych rozmów w Genewie Biały Dom stwierdził, że obie strony są jeszcze „bardzo daleko” od porozumienia w kluczowych kwestiach.

— Iran byłby bardzo rozsądny, zawierając porozumienie z prezydentem Trumpem — powiedziała w środę rzeczniczka prasowa Białego Domu Karoline Leavitt, nawiązując do amerykańskich ataków z zeszłego czerwca.

Podczas spotkania z dziennikarzami podkreśliła, że istnieje „wiele argumentów przemawiających za uderzeniem w Iran”.

Po rozmowach w tym tygodniu strona irańska informowała, że osiągnięto „ogólne porozumienie” ze Stanami Zjednoczonymi w sprawie „zasad przewodnich”, które mają wytyczyć drogę do rozwiązania sporu dotyczącego irańskiego programu nuklearnego.

Leavitt dodała, że USA oczekują od Iranu „szczegółowych propozycji w ciągu najbliższych tygodni”, a prezydent będzie „uważnie śledził rozwój sytuacji”.

Co więc powstrzymałoby Trumpa przed opcją militarną?

— Uważam, że Biały Dom dąży do zawarcia porozumienia, ale musiałoby ono być bardziej restrykcyjne niż Wspólny Kompleksowy Plan Działania (Joint Comprehensive Plan of Action, JCPOA) z 2015 r., z którego pierwsza administracja Trumpa się wycofała, a prawdopodobnie zawierać także ograniczenia dotyczące irańskiego programu rakiet balistycznych — mówił Mick Mulroy, były zastępca sekretarza obrony USA ds. Bliskiego Wschodu podczas opuszczania JCPOA w 2018 r.

W rozmowie z „Newsweekiem” dodaje: — Pytanie brzmi, czy Iran zgodzi się na te warunki. Do tej pory nie zadeklarował takiej gotowości.

— Jeśli odrzucą te warunki, uważam, że USA są gotowe podjąć zdecydowane działania militarne przeciwko obiektom nuklearnym, produkcji i wyrzutniom rakiet balistycznych. I sądzę, że jesteśmy przygotowani prowadzić taką operację w sposób ciągły, odpowiadając nawet na eskalację ze strony Iranu — mówi Mulroy, obecnie prezes firmy doradczej Fogbow i współzałożyciel Instytutu Lobo. — Możliwe, że administracja zdecydowała się na ciągłe osłabianie irańskiego programu jądrowego i rakietowego tak długo, aż nie pozostanie nic, co warto by chronić, jeśli nie zostanie podpisane nowe porozumienie.

Chociaż Iran obecnie nie dysponuje bronią jądrową i regularnie zaprzecza, jakoby miał taki zamiar, to posiada największy w regionie arsenał rakiet i dronów. Iran znacząco rozbudował oba arsenały podczas 12-dniowej wojny z Izraelem latem. Zasięg tych rakiet szacuje się na co najmniej 2 tys. km, co oznacza, że obejmuje cały Bliski Wschód i część południowo-wschodniej Europy.

Duża część wypowiedzi Trumpa na temat umowy z Iranem dotyczyła irańskiego programu nuklearnego, lecz sam prezydent i inni wysocy urzędnicy — zwłaszcza sekretarz stanu Marco Rubio — podkreślali, że w nowym porozumieniu ograniczeniom powinien podlegać także potencjał rakietowy Iranu.

Takie stanowisko prezentuje również premier Izraela Binjamin Netanjahu, który odwiedził Trumpa w Białym Domu pomiędzy pierwszą a drugą rundą rozmów USA-Iran.

Dotychczas irańscy dyplomaci odrzucali jakiekolwiek próby włączenia arsenału rakietowego do wstępnej umowy i podkreślali swoje prawo do wzbogacania uranu na niskim poziomie. I choć tak jak Amerykanie apelowali o rozwiązanie dyplomatyczne, to jednocześnie irańscy oficjele wielokrotnie ostrzegali, że nawet ograniczony amerykański atak oznaczałby wybuch wojny totalnej, a najwyższy przywódca Ali Chamenei groził zatopieniem amerykańskich okrętów.

Irańska obrona powietrzna okazała się mało skuteczna wobec nowoczesnych samolotów amerykańskich i izraelskich, ale Islamska Republika od lat inwestuje w silnie umocnione podziemne kompleksy nazywane niekiedy „miastami rakietowymi”, w których to przechowuje swoje zapasy rakiet i dronów. Jednak USA pokazały, że potrafią pokonywać również te przeszkody, stosując bomby penetrujące (tzw. bunker busters), takie jak 13,5-tonowe GBU-57 Massive Ordnance Penetrators, którymi uderzano w ośrodki jądrowe w Fordow, Isfahanie i Natanz.

Richard Goldberg, były dyrektor ds. przeciwdziałania broni masowego rażenia Iranu w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego Białego Domu za pierwszej administracji Trumpa i doradca Rady ds. Dominacji Energetycznej w drugiej kadencji, niedawno powiedział „Newsweekowi”, że program rakietowy byłby zapewne jednym z głównych celów, gdyby Trump zdecydował się na akcję militarną.

Richard Goldberg, były dyrektor ds. zwalczania irańskiej broni masowego rażenia w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego Białego Domu w pierwszej administracji Trumpa i starszy doradca Rady ds. Dominacji Energetycznej w drugiej, powiedział w niedawnym wywiadzie dla „Newsweeka”, że potencjał rakietowy prawdopodobnie znajdzie się wysoko na liście celów Trumpa, jeśli zdecyduje się on na podjęcie działań militarnych.

— Czym nam dzisiaj grożą? Mówią: „Wystrzelimy rakiety na region. Wystrzelimy rakiety na amerykańskie bazy. Wystrzelimy rakiety w infrastrukturę naftową”. Wiemy, że budują rakiety nie tylko po to, by trafić w Arabię Saudyjską czy Irak. Mają już rakiety zdolne sięgnąć Europy i budują takie, które dosięgną Stanów Zjednoczonych — mówił Goldberg, obecnie starszy doradca w Fundacji Obrony Demokracji (Foundation for Defense of Democracies, FDD). — Zagrożenie rakietowe ze strony Iranu jest po programie jądrowym największym wyzwaniem, przed jakim stoimy.

— Dlatego nawet jeśli lista celów byłaby szersza — sztaby dowodzenia, próba dekapitacji Chameneiego, cokolwiek innego, kara za śmierć dziesiątek tysięcy osób lub złamanie czerwonej linii prezydenta — sama groźba odwetu rakietowego oznacza, że arsenał rakietowy byłby jednym z pierwszych celów i to ma sens — zwracał uwagę Goldberg.

Izrael od dawna eliminuje najważniejszych dowódców sojuszników Iranu z koalicji Osi Oporu, a nawet powszechnie uważa się, że stoi za zamachami na irańskich naukowców jądrowych. Jednak to Trump wykonał pierwszy oficjalny cios przeciwko Islamskiej Republice w styczniu 2020 r., wydając rozkaz uderzenia, w wyniku którego w Bagdadzie zginął generał Gwardii Rewolucyjnej Kassem Sulejmani.

Regionalny chaos wywołany wojną w Gazie, którą zapoczątkował atak palestyńskiego Hamasu na Izrael w październiku 2023 r., dodatkowo zburzył dotychczasowe reguły konfliktu rozgrywanego na całym Bliskim Wschodzie. Ataki Izraela na przywódców Hamasu w Teheranie i irańskich dowódców w Syrii wywołały pierwsze dwie fale bezpośrednich irańskich uderzeń na Izrael w czerwcu i październiku 2024 r.

Następnie, w czerwcu 2025 r., gdy USA i Iran prowadziły kolejne rundy negocjacji nuklearnych, Izrael rozpoczął bezprecedensową serię nalotów na terytorium Iranu, w których zginęły dziesiątki wysokich rangą wojskowych i naukowców jądrowych, a także zniszczono obronę powietrzną oraz inne strategiczne obiekty wojskowe podczas 12 dni ataków. Przed interwencją USA Trump otwarcie sugerował możliwość zamordowania Chameneiego i sugerował, że zna miejsce jego pobytu.

Ostatecznie Trump zdecydował się na ograniczone bombardowania najlepiej chronionych obiektów nuklearnych Iranu, ale w ostatnim czasie dał jasny sygnał gotowości do ataków na liderów politycznych — tak było w przypadku operacji oddziałów Delta Force, w ramach której schwytano prezydenta Wenezueli Nicolása Maduro i jego żonę w Caracas. Również wobec Wenezueli USA prowadziły wówczas szeroko zakrojoną presję wojskową, rozlokowując ogromne siły, w tym grupę bojową lotniskowca USS Gerald R. Ford, która obecnie dołącza do USS Abraham Lincoln na Bliskim Wschodzie.

Trump zaczął zacieśniać pętlę wojskową wokół Iranu jeszcze w dniach po operacji w Wenezueli, gdy Islamska Republika mierzyła się z ogólnokrajowymi protestami i starciami. Prezydent USA obarczył irańskie służby bezpieczeństwa odpowiedzialnością za historyczną masakrę, w której zginęły tysiące osób — głównie cywilów. Analitycy cytowani przez „Newsweek” oceniali wtedy, że Biały Dom może chcieć zastosować wobec Iranu „model wenezuelski”.

Strategia ta niesie jednak poważne ryzyka — zarówno ze względu na możliwe odwetowe działania, jak i niepewność co do tego, kto mógłby objąć władzę po ewentualnej zmianie reżimu. W przeciwieństwie do Maduro czy nawet irańskiego prezydenta Masuda Pezeszkiana, który objął stanowisko po śmierci poprzednika w katastrofie śmigłowca w maju 2024 r., Chamenei jest przywódcą o pozycji zarówno ideologicznej, jak i religijnej, a kwestię jego następcy reguluje elitarne Zgromadzenie Ekspertów.

Już teraz pojawiają się spekulacje, kto mógłby objąć władzę, jeśli Chamenei umrze, mówi się o różnych postaciach z irańskich kręgów politycznych i wojskowych. Nawet Rubio przyznał pod koniec ubiegłego miesiąca w Kongresie, że „nikt nie wie, kto przejąłby stery”.

Kenneth Pollack, były członek Rady Bezpieczeństwa Narodowego USA i analityk CIA ds. Zatoki Perskiej, uważa, że obecnie opcja zmiany reżimu została de facto „odłożona na półkę”.

— Protesty ucichły. Zdarzają się sporadycznie, ale moment został wykorzystany, a retoryka administracji całkowicie się zmieniła — mówi „Newsweekowi” Pollack, obecnie wiceprezes ds. polityki w Middle East Institute. — Teraz chodzi już nie o zmianę reżimu, tylko o porozumienie.

Pollack — podobnie jak Goldberg — uważa, że najbardziej prawdopodobnymi celami Trumpa byłyby obiekty jądrowe i militarne.

— Sądzę, że prawdopodobnie zbombardujemy te fabryki rakiet balistycznych, które tak bardzo niepokoją Izraelczyków — ocenia Pollack. — Oczywiście, są też ośrodki jądrowe, których nie zniszczono w czerwcu. Możemy zaatakować któreś z nich. Możemy uderzyć w kwatery Gwardii Rewolucyjnej czy Basidż — nie po to, by zmienić reżim, ale by pokazać: „Wiemy, że to jest cenne dla reżimu, ponieważ pomaga mu utrzymać kontrolę, więc po prostu próbujemy wam zaszkodzić”.

— Wyobrażam sobie także ataki na irańskie cele wojskowe — dodał. — Irańczycy mają bardzo drogi sprzęt wojskowy. Od 30 lat podkreślam, że ich marynarka wojenna jest i kosztowna, i bardzo podatna na zniszczenie. Może Amerykanie zdecydują się na taki ruch.

Kolejnym potencjalnym celem, którego utrata mogłaby być dla Iranu wyjątkowo dotkliwa, jest tzw. „flota widmo” — tankowce uczestniczące w handlu z pominięciem sankcji. Pollack zaznacza jednak, że taka operacja wymagałaby szeroko zakrojonej kampanii na wielu akwenach świata.

Obecnie żaden z licznych sygnałów wskazujących na zbliżającą się interwencję militarną USA przeciwko Iranowi nie sugeruje przygotowań do inwazji na dużą skalę jak podczas wojny w Iraku (nazywanej także drugą wojną w Zatoce Perskiej). Tamten konflikt poprzedziło skoncentrowanie ogromnych sił i sprzętu, także w sąsiednim Kuwejcie, by umożliwić lądowanie niemal pół miliona żołnierzy USA na początku operacji.

Wokół Iranu nie zmobilizowano dziś nawet ułamka tych sił, jednak obecność dwóch grup lotniskowców, samolotów bojowych i tankujących oraz innego sprzętu wystarcza, by prowadzić długotrwałą operację lotniczą, w czym Stany Zjednoczone mają ogromne doświadczenie.

Po zakończeniu pierwszej wojny w Zatoce, znanej również jako Operacja Pustynna Burza, USA wprowadziły strefę zakazu lotów nad Irakiem i regularnie atakowały systemy obrony powietrznej i inne cele, aż do 2003 r., gdy w wyniku inwazji obalono Saddama Husajna. W północnej części Iraku powstał wtedy autonomiczny region kurdyjski, co dodatkowo osłabiło reżim.

Stany Zjednoczone uczestniczyły też w kampanii lotniczej NATO wspierającej obalenie Muammara Kaddafiego w Libii w 2011 r. Jednak Iran stawia przed Amerykanami zupełnie inne wyzwania niż Irak Husajna czy Libia Kaddafiego.

Po pierwsze, choć ostatnie protesty i niepokoje wystawiły reżim na ciężką próbę, irańskie służby bezpieczeństwa, w tym Gwardia Rewolucyjna i paramilitarne Basidż, nadal mają rozbudowaną sieć wywiadowczą i system obrony kraju. Do tej pory nie doszło też do żadnych spektakularnych dezercji wśród najwyższych rangą urzędników, nawet w obliczu bezprecedensowej presji Trumpa.

W Iranie działają grupy powstańcze o podłożu etnicznym i islamistycznym, które podczas szczytu protestów przypisywały sobie niektóre akcje, ale nie stanowią one jak dotąd poważniejszego zagrożenia dla państwa. Tymczasem arabscy partnerzy USA, z którymi Trump utrzymywał bliskie relacje — w tym Arabia Saudyjska — apelują o powściągliwość wobec Iranu, co stanowi odejście od wcześniejszych amerykańskich interwencji w regionie.

— Widać wyraźnie, że nasi partnerzy znad Zatoki Perskiej nie chcą militarnej konfrontacji między USA a Iranem — zwraca uwagę Mulroy. — Taki konflikt mógłby wywołać poważną destabilizację regionu i zakłócić swobodny przepływ energii, bo Iran grozi zaminowaniem cieśniny Ormuz i rzeczywiście ma takie możliwości. To uderzyłoby także w Iran, ale mogą mimo to zdecydować się na taki krok.

Mulroy zauważa też, że Rada Pokoju Trumpa, w której zasiadają liczni arabscy partnerzy kluczowi dla trwałego pokoju w Gazie, „już teraz jest pod dużą presją”; „niedemilitaryzowanie się Hamasu prawdopodobnie utrudni rozmieszczenie międzynarodowych sił stabilizacyjnych”, a „Izrael, odmawiając zgody na rozwiązanie dwupaństwowe i kontynuując aneksję Zachodniego Brzegu, tylko pogłębia te wyzwania”.

Długotrwała, szeroko zakrojona interwencja wojskowa w regionie byłaby sprzeczna z dotychczasową polityką Trumpa, z wyjątkiem odziedziczonej po Baracku Obamie kampanii przeciwko Państwu Islamskiemu (ISIS) — zupełnie innemu przeciwnikowi, którego likwidację wspierali wszyscy gracze regionalni, w tym Iran.

Kiedy w marcu ubiegłego roku Trump rozpoczął szerzej zakrojoną ofensywę powietrzną przeciwko jemeńskiemu ruchowi Ansar Allah (Huti) powiązanemu z Iranem, już po niespełna dwóch miesiącach obie strony zawarły rozejm, ogłaszając sukces.

Jak podsumowuje Pollack, Trump „lubi zagraniczne akcje, które są szybkie, tanie i proste”.

— Nie chce niczego kosztownego, nie chce, żeby to się przedłużało, nie chce, żeby to było skomplikowane — stwierdził Pollack. — Zatem eliminujemy irańską obronę powietrzną, a do tego ściągamy sporo ukrytych zasobów, więc i tak nie musimy się nią przejmować, w każdym razie zniszczymy to, co z niej zostało. Wlatujemy, bombardujemy te obiekty, zadajemy ból irańskiemu reżimowi.

Nie znaczy to jednak, że eskalacja USA ograniczyłaby się do jednorazowego uderzenia.

Pollack określa główne przesłanie Trumpa wobec Teheranu tak: — Uderzenia będą trwały, dopóki twoja oferta się nie poprawi. Mogę wrócić i zrobić ci to znowu, kiedy tylko zechcę. 202-456-1414, zadzwoń, gdy będziesz gotowy zawrzeć umowę, której oczekuję.

Tekst opublikowany w amerykańskim „Newsweeku”. Tytuł, lead i śródtytuły od redakcji „Newsweek Polska”

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version