W hotelu czuję się bardziej jak w domu niż we własnym mieszkaniu — mówi Piotr Bełczowski, współtwórca inicjatywy „Prosimy ciszej”, walczący z uciążliwością turystyki i nocnego życia w centrum Warszawy.

Przy ulicy Chmielnej mieszkańcy od lat walczą o to, by ich blok nie zamienił się w hotel. Dziś mówią, że zostali z niczym. Rząd przyjął właśnie ustawę, która pierwotnie miała dać wspólnotom większy wpływ na najem krótkoterminowy. Na ostatniej prostej z projektu zniknęły jednak rozwiązania, na które najbardziej liczyli mieszkańcy.

Piotr Bełczowski: Nie wiem, jak odpowiedzieć. Na moim piętrze jest pięć mieszkań. Na stałe mieszkamy tylko ja i żona. Dwa sąsiednie mieszkania są wynajmowane krótkoterminowo, działają jak hotele. Jedno z nich podzielono na pięć odrębnych lokali noclegowych. Dwa pozostałe mieszkania przez większość czasu stoją puste. Ale każdej nocy śpi na moim piętrze kilkanaście przypadkowych osób.

W dzieciństwie znałem wszystkich. Na podwórku mijałem Juranda ze Spychowa, bo w naszym bloku mieszkał aktor Andrzej Szalawski. Za pierwszym razem sprawdzałem, czy widzi, bo w „Krzyżakach” wyłupili mu oczy.

Na siódmym piętrze mieszkała Marzenka, koleżanka z klasy. Kiedy rodzice byli w pracy, często się u niej przechowywałem. Gdy zgubiłem klucze, mogłem zapukać do małżeństwa zza ściany. A kiedy sąsiadka na starość zaczęła mylić mieszkania, wiedzieliśmy, że wystarczy ją uspokoić i odprowadzić do domu.

— Do turystów. Ale oni jutro wyjadą.

— Nic. My też często podróżujemy. Ale odkąd na piętrze mamy głównie Airbnb, we własnym domu czujemy się niepewnie.

Żona brała np. udział w obronie doktoratu online. Siedzi przed laptopem z włączoną kamerą, a tu otwierają się drzwi do mieszkania. Hindus z walizką pyta: „Hello, where is the key to my room?”.

Czasem oglądamy telewizję i nagle słyszymy, jak ktoś majstruje kluczem w naszym zamku.

— Pani to by chciała usłyszeć, że mamy ciągle zarzygany albo zaszczany korytarz? Owszem, zdarza się. I wtedy wspólnota płaci za sprzątanie. Ale to nie jest największy problem.

Najgorsze, że nie ma ani jednej godziny ciszy. Dopiero na wakacjach dotarło do mnie, że w hotelu czuję się bardziej w domu niż we własnym mieszkaniu. Bo tam przynajmniej jest cicho.

Nieważne więc, jaki dzień tygodnia. Największy ruch zaczyna się około piętnastej, kiedy goście się meldują. Wchodzą z walizkami, dzwonią, pytają o klucze. Potem wychodzą na miasto i wracają nad ranem. A ci, którzy mają poranny samolot, o czwartej znów ruszają z walizkami.

— Nie liczę. Mam stare futryny, z lat 60. Ktoś trzaśnie drzwiami, drży całe piętro. Łup. Łup. Łup. Tak przez całą dobę. O, teraz. Słyszy pani? To naprzeciwko. Drzwi się nie domykają od czasu, gdy mieszkanie przejęła firma zajmująca się najmem krótkoterminowym.

— Sąsiad zza ściany tuż po zakupie zapukał, żeby się przedstawić. Był zdziwiony, że otworzyłem mu bez laski. Powiedział: „Bo wie pan, mówiono mi, że na tym piętrze właściwie nikt nie mieszka. Tylko jakiś starszy pan, samotny”. Uprzedził, że będzie wynajmował mieszkanie. Nie spodziewałem się tylko, że aż tak intensywnie.

— Nie zawsze. Naczelny Sąd Administracyjny już orzekał, że przerabianie mieszkań na hotele bez wymaganych zgód jest niezgodne z prawem. Nakazywał też przywrócenie ich do poprzedniego stanu.

Niezależnie od wyroków jednak wystarczy się rozejrzeć. Nasz sąsiad podzielił 55-metrowe mieszkanie na pięć mikrolokali. Remont był tak brutalny, że u sąsiadki piętro wyżej popękały ściany i podłoga. Kupiła to mieszkanie zaledwie pół roku wcześniej. Zgłosiliśmy sprawę do nadzoru budowlanego. Boję się, ile jeszcze nasz blok wytrzyma.

— W ciągu trzech ostatnich lat liczba mieszkań na najem podwoiła się. Przekroczyliśmy masę krytyczną, uważam. Najgorsze, że po drodze wyparowała z nas polska gościnność. Kiedyś pomagałem ludziom szukającym adresu. Dzisiaj mijam w bramie ludzi z walizkami, wpatrzonych w telefony z włączoną lokalizacją. I już nie udzielam wskazówek. Wczoraj zadzwonił domofon. „Is this Airbnb?” — zapytał ktoś po angielsku. Odpowiedziałem: „I don’t like Airbnb. Don’t call me!”.

— To się działo stopniowo. Kiedy odeszła mama, postanowiliśmy z żoną wrócić do mieszkania, w którym się wychowałem. Wprowadziliśmy się 8 marca 2020 r., w dniu, gdy zaczęła się pandemiczna izolacja. Marzyliśmy o tętniącym życiem mieście, trafiliśmy do wymarłego centrum. Ucieszyło nas, kiedy wreszcie na ulicy stanął śpiewak z gitarą. To był znak, że życie wraca.

A potem ruszyły remonty. Otworzyła się restauracja pod nami. Jedno czy dwa mieszkania na Airbnb niczego jeszcze nie zmieniały, ale wkrótce zrobiło się ich trzynaście, podzielonych na dwadzieścia lokali.

— Chciałem wejść do zarządu, ale to nie takie proste. Miasto ma we wspólnocie znaczący udział — należą do niego lokale użytkowe i kilka mieszkań komunalnych. Do tego około jednej trzeciej mieszkań jest wynajmowanych, krótko— albo długoterminowo. Ich właściciele tu nie mieszkają, więc rzadko angażują się w sprawy wspólnoty. Trzeba do nich pisać, dzwonić, prosić o oddanie głosu.

To się ciągnie miesiącami. Na zebrania przychodzi najwyżej kilkanaście osób. W praktyce często rozstrzyga stanowisko miasta, a ono z zasady nie popiera uchwał zwiększających koszty. Dlatego od lat trudno nam przegłosować podniesienie opłaty za utrzymanie części wspólnych czy zaliczki na fundusz remontowy.

— Na początku roku przedstawiciel miasta poparł moją kandydaturę. Później jednak z Katarzyną Nikołajew z zarządu wspólnoty udzieliliśmy wywiadu „Gazecie Wyborczej” o tym, jak wygląda życie nad restauracją w centrum miasta. W budynku, który nie był zaprojektowany do pełnienia funkcji gastronomiczno-hotelowych.

Bez odpowiedniej wentylacji, w mieszkaniach czuć to, co akurat gotuje restauracja — raz smażoną cebulę, raz sos pomidorowy. Nie ma też wygłuszenia, codziennie więc słyszymy ubijanie mięsa tłuczkiem, miksery i kłótnie w kuchni.

Urzędnicy przyjęli to jako atak na nich i wycofali poparcie. A prawnicy restauratorki z dołu zarzucili nam kłamstwo. Skąd wiadomo — pytali — że ten zapach pochodzi z restauracji? I sugerowali, że to my smażymy kotlety i smrodzimy sobie nawzajem.

— Należę do nieformalnej grupy mieszkańców centrum „Prosimy ciszej”. Z czasem zaczęli z nami rozmawiać burmistrz Śródmieścia, radni i urzędnicy. W końcu poszli z nami na spacer po centrum i przez dwie godziny doświadczali życia na Chmielnej i Nowym Świecie po godz. 22. Nie zdawali sobie sprawy, jak daleko ogródki wychodzą poza wyznaczone granice ani jak głośne są niektóre lokale.

Może dzięki tym rozmowom uda nam się ucywilizować sposób działania ogródków gastronomicznych w sąsiedztwie zwykłych mieszkań. Już nam się udało usunąć z elewacji budynków większość głośników restauracyjnych.

— O tak, już to słyszałem! „Jak się nie podoba, to wyprowadźcie się na wieś albo do lasu”. Ale dlaczego? Jestem z tym miejscem związany. Tu się wychowałem. Chodziłem do przedszkola, podstawówki na Nowym Świecie, do liceum Zamoyskiego. Stąd biegałem na wykłady na UW. W latach 80. tutaj działałem w opozycji, za co później dostałem Krzyż Wolności i Solidarności.

To jest moje miejsce. Słabo byłoby się poddać tylko dlatego, że ktoś próbuje zamienić ten blok w hotel dla zysku.

— Nie chodzi o człowieka, który kupił jedno mieszkanie i zarabia na wynajmie. Problem zaczyna się wtedy, gdy całe kamienice, dziesiątki lokali albo pół bloku przejmują firmy żyjące z najmu krótkoterminowego. Nie obchodzi ich ani dobro wspólnoty, ani ludzi mieszkających za ścianą. Dla nich te mieszkania są jak Klondike w czasach gorączki złota. Liczy się tylko to, żeby wycisnąć z tej inwestycji jak największy zysk jak najmniejszym kosztem.

Scenariusz zwykle jest ten sam: umiera pierwotny właściciel, a spadkobiercy jak najszybciej sprzedają mieszkanie. Coraz trudniej tu żyć, a ceny są podbijane przez inwestorów. Tak pustoszeją centra miast. W imię rozwoju turystyki, a właściwie — turystyfikacji. Rdzenni mieszkańcy stają się obywatelami drugiej kategorii.

— Projekt dawał nadzieję, że mieszkańcy wreszcie odzyskają wpływ na to, co dzieje się w ich budynkach. Protestowaliśmy pod Sejmem, rozmawialiśmy z politykami, minister Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz siedziała dokładnie na tej samej kanapie, co pani. Chciała zobaczyć na własne oczy, jak wygląda życie w bloku, który zamienia się w hotel.

— Jej projekt zakładał, że wspólnota mogłaby decydować, czy w budynku w ogóle mogą działać lokale na najem krótkoterminowy. I ile może ich być. Jeśli więcej niż sześć, budynek musiałby spełniać wymagania takie jak hotel, również pod względem bezpieczeństwa pożarowego. To ma znaczenie, bo dziś zdarza się, że w pięciu pokojach po sąsiedzku nocuje nawet i dziesięć osób. A ja nawet nie wiem, czy tam jest gaśnica.

Jednak kiedy projekt w końcu trafił na posiedzenie rządu, okazało się, że wszystkie najważniejsze rozwiązania zostały z niego usunięte. Nie tylko odrzucono propozycje ministry Pełczyńskiej-Nałęcz, ale nawet zrezygnowano z pomysłu, który wcześniej proponował rząd — żeby od 2028 r. samorządy mogły tworzyć strefy wolne od najmu krótkoterminowego. Zostaliśmy z niczym.

— Mieszkanie za ścianą spadkobiercy pierwszych właścicieli przez lata wynajmowali studentom. Różnie bywało, ale gdy był jakiś problem, na przykład głośne imprezy, rozmawialiśmy z najemcami. Zależało im na tym, by żyć w zgodzie z sąsiadami. Wiedzieli, że jeśli będą regularnie zakłócali spokój, mogą stracić mieszkanie albo część kaucji. Po prostu się z nami dogadywali.

— Nie ma nawet z kim rozmawiać. Właścicielka naprzeciwko oddała mieszkania w zarząd komuś, kto ma kilka takich lokali. Jak jest problem, dzwonimy do niej, a ona nas odsyła do zarządcy. Mam do niego telefon, ale albo jest zajęty, albo za granicą. Na co dzień widzimy tylko kogoś z firmy sprzątającej, kto o niczym nie może decydować. A tu cały czas się coś dzieje. Podczas ostatnich upałów angielski turysta wietrzył mieszkanie, otwierając drzwi na korytarz, a sam opalał się na balkonie. Pukaliśmy, nie reagował. Nie wiedzieliśmy, co myśleć: włamanie? Coś się stało? W końcu zamknął te drzwi. Następnego dnia to samo. Tylko turysta już inny i znowu trzeba było wszystko tłumaczyć.

To są — można powiedzieć — drobiazgi. Ale takich drobiazgów jest mnóstwo. I codziennie zaczynamy od zera, bo codziennie mamy do czynienia z nowymi ludźmi.

— Kilka wspólnot w Śródmieściu już podwyższyło opłaty dla lokali wynajmowanych krótkoterminowo. Generują wyższe koszty — powinny więcej płacić. Za odpady, za sprzątanie. U nas np. notorycznie psuje się brama. Goście ją szarpią, jak źle wstukają kod. A kiedy się zatnie, próbują otworzyć kopniakami. Mamy to na monitoringu.

Dlatego przygotowałem podobną uchwałę u nas. Zakłada dwu-, trzykrotnie, a nawet czterokrotnie wyższe opłaty na fundusz remontowy i utrzymanie części wspólnych. Głosowanie trwa.

— Korzystałem. I w ogóle nie myślałem o ludziach, którzy mieszkali za ścianą na stałe. Byłem przecież na wakacjach. Dopiero gdy mój blok zamienił się w hotel, zrozumiałem, co to znaczy. Od tamtej pory wybieram na wakacyjny pobyt hotele, nie zwykłe ludzkie domy. Jeśli się wcześniej zarezerwuje, nie musi być drożej. Ale wiem, że ludzie tego nie rozumieją. Na urlopie nikt nie chce myśleć o tym, że jego wygoda może być dla kogoś codzienną udręką.

— Problem nie polega na tym, że przyjeżdżają turyści, tylko na tym, że ktoś uznał, że mieszkańcy są mniej ważni od turystów. A przecież to mieszkańcy tworzą klimat miasta, nie jego architektura. Bez nich miasto przestaje być miastem. Staje się produktem na sprzedaż. Ładnym, ale pustym opakowaniem.

O, właśnie trzasnęły drzwi.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version