Historia 80 lat CIA wydaje się jednym wielkim pasmem porażek. A może spece od zakulisowych działań Ameryki tylko chcą, byśmy tak myśleli, bo prawdziwy szpieg musi być szary, nieciekawy, wtopiony w tło.
- Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”
Dziękujemy, że jesteś z nami!
Foto: Newsweek
Miała się zajmować szpiegostwem, lecz największą sławę czy raczej niesławę przyniosły jej operacje specjalne. Dlaczego? Bo rzadko kończyły się sukcesem. Inwazja w Zatoce Świń, próba zamordowania premiera Konga Patrice’a Lumumby, niezliczone zamachy na życie Fidela Castro, uzbrojenie afgańskich mudżahedinów, którzy po wojnie zasilili szeregi Hezbollahu i talibów — to tylko niektóre, najgłośniejsze wpadki agencji. Jednak kolejni przywódcy USA nie mogli oprzeć się pokusie zawracania historii karabinem, trucizną, ładunkiem wybuchowym.
Sąsiedzi naziści
Pierwszą z operacji, które miały być może doraźne uzasadnienie polityczne, lecz na pewno nie moralne, przeprowadziło Biuro Służb Strategicznych (OSS) tuż przed przyjęciem nazwy Centralna Grupa Wywiadowcza, którą z kolei zmieniono na CIA. W ramach programu o kryptonimie Spinacz agenci rekrutowali hitlerowskich ekspertów odpowiedzialnych za śmierć tysięcy ludzi. Do USA sprowadzono m.in. fizyków rakietowych Wernhera von Brauna (członek NSDAP i sturmbannführer SS), Kurta Debusa (esesman należący wcześniej do SA), Arthura Rudolpha (w NSDAP od roku 1931).
Rozpoczynała się kolejna wojna o panowanie nad światem, tym razem propagandowa i technologiczna, więc Stany Zjednoczone chciały zapewnić sobie przewagę. Kwestie etyczne i prawne straciły znaczenie. W styczniu 1958 r. rakieta Jupiter-C zbudowana pod kierunkiem von Brauna wyniosła satelitę Explorer 1 będącego odpowiedzią na radzieckiego Sputnika 1. Pół roku później Kongres powołał NASA, a fizyk został szefem zakładu projektowego. Tam właśnie powstały rakiety Saturn, które umożliwiły Amerykanom lądowanie na Księżycu. Były oparte na tych samych założeniach konstrukcyjnych co hitlerowskie V-2 spadające w 1944 r. na Londyn, Antwerpię i Liege.
Arthur Rudolph w latach 1943-1945 kierował fabryką pocisków V-1 i V-2. Przy ich produkcji wskutek wycieńczenia, tortur, chorób oraz egzekucji zginęło 20 tys. więźniów obozu koncentracyjnego Mittelbau-Dora. W USA naukowiec opracował taktyczne pociski krótkiego zasięgu z głowicami jądrowymi, czyli sławetne Pershingi. Później dołączył do von Brauna i wspomagał projekt Apollo. Zwany „ojcem medycyny kosmicznej” Hubertus Strughold prowadził wcześniej eksperymenty na więźniach Dachau i chorych dzieciach z Centrum Eutanazji w Brandenburgu.
Koledze Strugholda po fachu Kurtowi Blome’owi OSS załatwiło pod stołem oczyszczenie z zarzutów w norymberskim procesie lekarzy w zamian za informacje o programach badań nad bronią chemiczną i biologiczną. To właśnie on zarażał Żydów tyfusem przy użyciu wszy. Ogółem schronienie na ziemi amerykańskiej znalazło 1600 nazistowskich ekspertów wojskowych, którzy dopiero tam zrealizowali marzenia Hitlera o „cudownej broni”.
Przyszły dyrektor CIA Allen Dulles na początku 1945 r. spotkał się potajemnie w Szwajcarii z generałem Waffen-SS Karlem Wolffem, by ocenić szanse wykorzystania oficerów tej formacji, a także SD, Gestapo i Abwehry jako szpiegów. Powiodło się nadspodziewanie dobrze. Autor książki „Sąsiedzi naziści” Eric Lichtblau mówił „Newsweekowi”, że dla agencji pracowało ponad tysiąc byłych hitlerowców w Europie, Ameryce Płd., Australii, Kanadzie. Reinhard Gehlen podczas wojny dowodził Grupą Armii Wschód i stworzył w ZSRR świetnie funkcjonującą siatkę wywiadowczą. Amerykanie zlecili mu w 1946 r. zorganizowanie podobnej na terenie Niemiec i Europy Zachodniej, która by zbierała informacje na temat Związku Radzieckiego.
Pracownicy Agencji Rakiet Balistycznych Armii w Huntsville w Alabamie w 1956 r. Od lewej wokół Hermanna Obertha (na pierwszym planie): dr Ernst Stuhlinger, generał dywizji H.N. Toftoy, dowódca i osoba odpowiedzialna za projekt „Paperclip”, dr Robert Lusser, inżynier projektu „Paperclip” i dr Wernher von Braun, dyrektor Działu Operacji Rozwojowych.
Foto: U.S. Army/Wikimedia
Do Organizacji Gehlena, któremu CIA wypłaciła przed dwie dekady miliony dolarów, należały setki zbrodniarzy wojennych, wliczając samego szefa. Amerykanie zatrudnili nawet Ottona von Bolschwinga, który w 1937 r. napisał dla referatu spraw żydowskich SD raport będący podstawą prześladowań. Zalecił antysemicką indoktrynację Niemców, represje ekonomiczne, specjalne podatki, odmowę wydawania paszportów, izolację od reszty społeczeństwa. Von Bolschwing był mentorem Adolfa Eichmanna, pomagał SS przy akcjach ludobójczych. CIA wykorzystywała go na terenie Europy, w 1954 r. załatwiła przeprowadzkę do USA i wyczyściła papiery, dzięki czemu rozpoczął korporacyjną karierę jako ekskapitan amerykańskiej armii Albert D. Eisner. Gdy Eichmanna porwał Mossad, agencja pomogła von Bolschwingowi uszczelnić przykrywkę. Sabotowała wszczęte przeciw niemu na początku lat 80. śledztwo prokuratury federalnej, lecz nie chodziło już o ratowanie nazisty, ale własnego dobrego imienia.
Od Renu po Jangcy
W 1948 r. CIA prowadziła tajne operacje we Włoszech, gdzie wspierała partie prawicowe, i Grecji, dostarczając broń oddziałom walczącym z komunistami. Nie udała się akcja przerzucenia do Albanii partyzantów, którzy mieli wywołać powstanie przeciw Enverowi Hodży. 200 mln dol. dla włoskich chadeków pobrano z Funduszu Stabilizacji Giełd przeznaczonego na interwencje walutowe i odbudowę europejskiej gospodarki. Przez prywatne konta pieniądze szły do politycznej przybudówki Watykanu — Akcji Katolickiej, stamtąd zaś do sztabów wyborczych. Agencja kupowała polityków rządzących Włochami przez ćwierć wieku.
Biuro Operacji Specjalnych (OSO) zyskało kontrolę nad Ameryką Łacińską podlegającą wcześniej FBI, lecz przede wszystkim słało agentów oraz pozyskiwało szpiegów w Niemczech, Austrii, Szwajcarii, Polsce, Czechosłowacji i na Węgrzech. Z kolei Biuro Koordynacji Politycznej (OPC) organizowało akcje sabotażowe, dywersyjne i dezinformacyjne. Jedna z wczesnych udanych operacji tego typu nosiła kryptonim Współczynnik Rozłamu (Splinter Factor). CIA spreparowała dowody współpracy czołowych działaczy komunistycznych z zachodnim wywiadem, licząc na paranoiczną nieufność Stalina, i nie zawiodła się. Do więzień trafili m.in.: László Rajek, Otto Sling, Karl Svab, Rudolf Slánsky i Władysław Gomułka.
Na panewce spaliła natomiast próba zmontowania agentury CIA w strukturach polskiego Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość. Waszyngton chciał wykorzystać organizację jako zaplecze wywiadowcze i dywersyjne, nie wiedząc, że już w 1948 r. została spenetrowana przez Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego. Amerykanie przez 4 lata słali sprzęt i pieniądze będącej fikcyjnym tworem UB — V Komendzie WiN. Wskutek operacji Cezary komunistyczne służby przejęły 17 radiostacji, ponad milion dolarów, kilkaset kilogramów złota a ponadto plany zniszczenia węzłów komunikacyjnych i ośrodków przemysłowych PRL w razie wybuchu III wojny światowej.
Ubecy przechwytywali agentów przyjeżdżających do Polski, by wspierać nieistniejące struktury podziemia, i słali swoich ludzi na szpiegowskie szkolenia w zachodniej Europie. Wodzenie Amerykanów za nos skończyło się w roku 1952 na polecenie Moskwy. Kilkudziesięciu współpracowników CIA i członków WiN stanęło przed sądami karnymi, 15 dostało wyrok śmierci. Przy okazji UB ujawnił dowody, że pieniądze na koordynowanie działań dywersyjnych w Polsce biorą od amerykańskiego wywiadu członkowie Rady Politycznej opozycyjnej wobec prezydenta na uchodźstwie Augusta Zaleskiego. Informacje owe pogłębiły rozłam londyńskiego środowiska emigracyjnego.
Nie da się policzyć, ile pieniędzy wyrzuciły w błoto OSO i OPC. W 1952 r. Biuro Koordynacji Politycznej przeszmuglowało do Korei Północnej 1500 agentów, a szef rezydentury CIA w Seulu Albert Haney przez wiele miesięcy słał entuzjastyczne raporty o ich sukcesach. Tymczasem niemal wszyscy przeszli na stronę wroga. Przez dwa lata agencja wydała na tajne operacje w Korei 500 mln dol., które podobnie jak polskie fiasko wzbogaciły komunistów. Program wspierania chińskich nacjonalistów Biały Pies dobiegł końca, bo radiooperatorem szefa ich sztabu, gen. Li Mi, był szpieg Pekinu. Latem 1952 r. sformowana kosztem 50 mln dol. armia Li przekroczyła granicę między Birmą a ChRL i wpadła w zasadzkę. Niedobitki wróciły do birmańskiej dżungli, po czym stworzyły największe światowe zagłębie heroiny — Złoty Trójkąt.
Lepiej słuchać, niż zabijać
Jako dziennikarz kilkakrotnie miałem okazję rozmawiać z eksagentami CIA. Zawsze byłem pod wrażeniem ich inteligencji, odwagi i — nie bójmy się tego słowa — patriotyzmu. A jednocześnie poznawałem odmienne motywacje, stosunek do zawodu, przekonania. Amaryllis Fox działała w 16 krajach jako agentka bez osłony dyplomatycznej, więc spalenie przykrywki groziło aresztowaniem przez obce służby lub po prostu śmiercią. U progu stulecia rozpracowywała terrorystów planujących przeprowadzenie na terenie USA zamachu z użyciem ładunku atomowego. Odwiedzała ich kryjówki, werbowała do współpracy handlarzy broni. Sama została zwerbowana przez rezydenta agencji w stołecznym Georgetown University.
— Nawet jeśli pominiemy kwestie moralne, z czysto pragmatycznej perspektywy bardziej opłaca się słuchać, niż zabijać — mówiła Amaryllis. — Póki nie zrozumiemy wroga, nie mamy szans go pokonać. Politycy wciąż odgrzewają propagandowe hasła wypichcone po zamachach 11 września typu: nienawidzą nas, bo kochamy wolność. Trudno o bardziej bezużyteczną retorykę. Skoro tak, to nigdy nie przestaną nienawidzić, więc zostaje tylko walka totalna aż do zagłady przeciwnika.
Agentka wcielała się w role biznesmenek, marszandek sztuki, naukowczyń, bo penetrowała środowiska, do których „trzeci sekretarz ambasady” czy „attaché kulturalny”, czyli rezydenci CIA, nie mieliby szansy przeniknąć.
Opowiedziała mi o spotkaniu z szefem terrorystów w kryjówce nieopodal granicy pakistańsko-afgańskiej. Facet trzymał na rękach dziecko, ona niedawno urodziła córkę. Gdy mu o tym powiedziała, lody pękły. — Potrafiliśmy zdjąć maski wrogów i rozmawiać jak rodzice — relacjonowała. — Znaleźliśmy wspólny grunt, zakiełkowało między nami coś na kształt empatii, ślad zaufania. Nadal byliśmy przeciwnikami, ale szanującymi się wzajemnie. Kazał opuścić swoim ludziom karabiny. Udało się zapobiec atakowi, którego w zasadzie oboje nie chcieliśmy.
Gdy spytałem o spektakularne przygody znane z filmów szpiegowskich, Amaryllis nie mogła powstrzymać śmiechu. Wyjaśniła, że jeśli pędzisz samochodem przez egzotyczne miasto, skaczesz z wiaduktu na dach pociągu, ostrzeliwując się i zadając złoczyńcom ciosy karate, oznacza to tylko jedno: spaliłeś przykrywkę, idziesz do więzienia albo zostajesz deportowany. Prawdziwy szpieg musi być szary, nieciekawy, wtopiony w tło. Natomiast tajne życie otacza nas ze wszystkich stron. — Idąc ulicą, odruchowo wypatruję punktów, gdzie najlepiej zostawić gryps bez budzenia podejrzeń — mówiła. — Dochodzę bliżej i widzę narysowany kredą znak, bo jakiś agent myślał podobnie.
Udzieliła mi rady mogącej się przydać każdemu: — Pierwsze wyjście z opresji, które przychodzi na myśl, jest optymalne. Twoja podświadomość lepiej od rozumu wie, jak ratować skórę.
Z drugiej refleksji Fox mogliby skorzystać politycy: każda radykalna ideologia karmi się negatywnymi emocjami zwykłych ludzi — alienacją, wstydem, lękiem, urażoną dumą, że inni cię nie szanują. Zauważamy radykała, dopiero gdy przejdzie wszystkie fazy od zwątpienia, przez gniew, do odrzucenia porządku świata. Ludzi trzeba słuchać, póki jeszcze się żalą.
Cóż, agencja z reguły słuchała tylko tego, co chciała usłyszeć. A granice między obroną demokracji, kapitalizmu i kapitalistów coraz bardziej się zacierały. W 1953 r. CIA obaliła demokratycznie wybrany rząd premiera Mohammada Mosaddegha, bo znacjonalizował irański przemysł naftowy podlegający Anglo-Persian Oil Company (dziś BP). Zainstalowany w Teheranie szach Reza Pahlawi (operacja Ajaks) blokował wprawdzie rozprzestrzenianie się komunizmu na Bliskim Wschodzie, ale coraz bardziej polegał na terrorze tajnej policji. W grudniu 1978 r. ulice Teheranu wypełniło 5 mln zubożałych, wściekłych ludzi. Pahlawi uciekł, wrócił radykalny ajatollah Chomeini. Proklamował Islamską Republikę Iranu, która stała się największym światowym sponsorem terroryzmu.
Wiemy, że nie wiemy
Opłakane skutki przyniosły też próby sterowania losami Iraku. CIA wspierała działania wymierzone w Abda al-Karima Kasima, premiera na przełomie lat 50. i 60. XX w., który wypuścił komunistów z więzień, wprowadził centralne planowanie, inwestował w edukację, opiekę społeczną, ochronę zdrowia i mieszkania socjalne. A co najgorsze, skonfiskował 98 proc. pól naftowych brytyjskiej Iraq Petroleum Company i wyrzucił z kraju obcych żołnierzy. W wyniku puczu władzę przejęła partia Baas, ostatecznie zaś Saddam Husajn. I tak znacjonalizował przemysł naftowy, po czym rozpętał ośmioletnią wojnę z Iranem. Konflikt pochłonął milion ofiar oraz przyniósł straty szacowane na 400 mld dol.
Najsłynniejszą porażką CIA była nieudana próba obalenia Fidela Castro. Nocą z 16 na 17 kwietnia 1961 r. w Zatoce Świń wylądował desant 1400 kubańskich emigrantów wyszkolonych i wspieranych przez oficerów agencji, a trzy dni później armia kubańska wzięła do niewoli 1202 spośród nich. Castro osobiście przesłuchiwał pojmanych w studiu telewizyjnym. Czternastu sądy skazały za przestępstwa popełnione przed rewolucją, resztę reżim wymienił za leki i żywność warte 58 mln dol. W sierpniu podczas szczytu Organizacji Państw Amerykańskich Che Guevara przekazał prezydentowi Kennedy’emu krótki liścik: „Dzięki za Zatokę Świń. Rewolucja jest dziś o wiele silniejsza”.
CIA w sojuszu z mafią, która straciła hawańskie kasyna i burdele — jak mówi raport senackiej komisji Franka Churcha — próbowała zamordować Fidela 638 razy. Agenci chcieli zatruć cygara dyktatora jadem kiełbasianym, ukłuć go długopisem zawierającym stężoną nikotynę, umieścić ładunki wybuchowe w butli akwalungu, a ustnik pokryć prątkami gruźlicy, włożyć bombę do muszli żywego ślimaka morskiego. Inne akcje miały na celu skompromitowanie Castro m.in. poprzez skażenie butów talem, który spowodowałby wypadnięcie kultowej brody, czy spryskanie studia telewizyjnego LSD, by El Comandante bredził od rzeczy.
Śledztwo Churcha wykazało, że Patrice’a Lumumbę agencja zamierzała zgładzić przy użyciu zatrutej pasty do zębów, a generała Kasima — za pomocą jadowitej chusteczki. Maczała palce w zabójstwach m.in. dominikańskiego dyktatora Rafaela Trujillo, Jeana Baptiste’a Ngo Dinh Diema rządzącego Wietnamem Południowym i jego brata Ngo Dinh Thuca, prezydenta Chile René Schneidera. Lumumbę uśmiercił Mobutu Sese Seko, w którego przez 34 lata CIA wpompowała setki milionów. Reżim stracił znaczenie po upadku muru berlińskiego i dopiero wówczas do Kinszasy przestały płynąć nieksięgowane pieniądze podatników.
Agencja ma na koncie znacznie więcej wpadek. Zgrozę budzą opisy eksperymentów prowadzonych pod kryptonimem MKUltra, by uzyskać kontrolę nad ludzkim umysłem. I oczywiście torturowanie pół wieku później podejrzanych o terroryzm, także w Polsce. Rzadziej czytamy o sukcesach, bo Langley, gdzie mieści się siedziba władz Centralnej Agencji Wywiadowczej, nie lubi się chwalić. Woli mydlić przeciwnikom oczy rzekomą nieudolnością. Wszyscy słyszeli o Zatoce Świń, mało kto wie, że szefa bojówek Hezbollahu Imada Mugniji bynajmniej nie zlikwidował Mossad. Izraelski wywiad wojskowy nie zniszczył w 2009 r. irańskich wirówek do wzbogacania uranu. Francuzi nie wytropili osławionego terrorysty Carlosa vel Szakala. Kolumbijczycy nie schwytali gwiazdora kubańskiej rewolucji Che Guevary.
To tylko kilka przykładów skuteczności CIA, która chciała jednak, by zasługi przypisano zagranicznym służbom. Dlatego można spekulować, czy gdyby agencja rzeczywiście zamierzała zlikwidować Castro bądź Lumumbę, to by się jej nie powiodło. Tyle że takie spekulacje prowadzą jedynie do tworzenia kolejnych spiskowych teorii dziejów. Jak rzekł architekt wojny w Iraku, sekretarz obrony u Busha juniora Donald Rumsfeld: „Są wiadome wiadome znaczy te, o których wiemy, że o nich wiemy, i wiadome niewiadome, wiemy, że o nich nie wiemy. Ale są też niewiadome niewiadome — te, o których nie wiemy, że o nich nie wiemy”.

