– Zawsze mówiłam wprost, że chcę mieć władzę, ale o polityce nie myślę w kategoriach kariery lub pozycji, tylko sprawczości — mówi Sanna Marin. Była fińska premierka opowiada też o pozycji kobiet w polityce, relacjach Europy z USA i Rosją oraz błędach, których można było uniknąć, wsłuchując się w głos płynący z Polski i krajów bałtyckich.

Sanna Marin: Faktycznie, właśnie skończyłam 34 lata, kiedy doszło do kryzysu rządowego i premier Antti Rinne, lider mojej partii, musiał podać się do dymisji. Byłam ministrą transportu w jego rządzie, wcześniej przez kilka lat pełniłam w partii funkcję kierowniczą, ale dalej zadawałam sobie pytanie, czy mam wystarczające kompetencje i czy dam sobie radę jako premierka. Ale miałam też duże wsparcie ze strony partii i bliskich, którzy mówili mi, że sprawdzę się w tej roli i że kraj mnie potrzebuje.

W moim rządzie znalazły się jeszcze cztery inne partie, wszystkie kierowane przez kobiety, a z naszej piątki cztery miały mniej niż 40 lat. Dla świata ta informacja była sensacją, bo władza zazwyczaj wygląda inaczej.

— Byliśmy pierwszym krajem na świecie, który przyznał kobietom pełne prawa polityczne: nie tylko głosu, ale także kandydowania w wyborach. Pierwsze 19 parlamentarzystek to też były Finki. Nasze polityczki, z lewej i prawej strony, wprowadzały rozwiązania umożliwiające kobietom udział w życiu publicznym i zawodowym, takie jak reforma opieki nad dziećmi i osobami starszymi czy urlopy rodzicielskie. Trwało to latami, ale dzięki temu mamy struktury, które pomagają kobietom wspinać się po drabinie władzy, i w efekcie mógł powstać taki rząd jak nasz. Dziś natomiast mamy…

— Nie nazwałabym tego backlashem, ale demokratycznie wybranym rządem. W kolejnych wyborach pewnie będzie inny. Najważniejsze jest to, by przeprowadzić strukturalne zmiany, które umożliwiają różnorodnym politykom zdobywanie władzy.

— Świat potrzebuje więcej liderek po prostu dlatego, że stanowimy połowę populacji i powinnyśmy mieć połowę władzy. Poza tym kobiety są naprawdę niezwykle zdolnymi przywódczyniami. Muszą być wytrwałe, zdeterminowane i wyrobić sobie grubą skórę, ponieważ dla kobiet wspięcie się na drabinę władzy nigdy nie jest łatwe — wymaga ogromnego wysiłku, odwagi i umiejętności. Widziałam też wielokrotnie, że przywódczynie potrafią odważnie podjąć ryzyko — tyle że nie bezsensowne, ale konieczne, aby zapewnić bezpieczeństwo obywatelom. Myślę, że to dla kobiet naturalne: podejmowanie takich decyzji, które pomogą nie tylko im i ich karierom, ale też innym ludziom. Bo to zawsze była rola kobiet: opiekowanie się dziećmi, rodzicami i bliskimi. A empatia i umiejętność postawienia się w cudzej sytuacji to dla lidera ważne umiejętności, ponieważ przywództwo powinno zawsze służyć wspólnemu dobru.

— Wszyscy mamy swoje mocne i słabe strony. Moją największą słabością był brak naturalnej swobody w kontaktach z ludźmi. Zawsze byłam zorientowana na rozwiązywanie problemów. Wydawało mi się, że jeśli będę miała wystarczająco dużo faktów i najmocniejsze argumenty, to przekonam ludzi i uda mi się przeprowadzić te zmiany, które chciałabym zobaczyć w społeczeństwie.

Dość szybko jednak zrozumiałam, że wygrywanie debat nie wystarczy. Trzeba jeszcze rozumieć ludzi. Miałam ogromne szczęście do przyjaciół i współpracowników, którzy ­nauczyli mnie czytać ludzi — rozumieć ich motywacje, marzenia, cele, ale też emocje, które wpływają na ich decyzje. Z czasem nauczyłam się dostrzegać, z jakiego miejsca ktoś mówi, jakie doświadczenia za nim stoją. To uczyniło mnie lepszą negocjatorką i pozwoliło skuteczniej realizować cele, które stawiałam sobie w polityce. Ale przede mną jeszcze długa droga.

— Myślę, że tak. Społeczeństwo bowiem wciąż umieszcza kobiety w dość wąskiej szufladce. Powinnyśmy być empatyczne, uległe, poświęcać się i nie być ambitne. Służyć przez całe życie potrzebom innych ludzi. A kiedy widzimy silną kobietę, która mówi: „Chcę zrobić to, chcę zrobić tamto i chcę mieć władzę, żeby móc to przeprowadzić”, tradycyjną reakcją jest: „Ona jest zbyt twarda. Zbyt surowa. Nie dość empatyczna. Groźna. Musimy ją uciszyć”.

Zawsze mówiłam wprost, że chcę mieć władzę. Do polityki weszłam po to, by coś zmienić. A bez władzy to się nie uda. Dlatego uważam, że jest bardzo ważne, by kobiety mówiły: „Chcę władzy. Mam do niej prawo. Mam sprawczość. Działam. Nie jestem obiektem do oglądania”. Kobiety powinny umieć się o to upomnieć.

— Tak, zaczynałam w bardzo skromnych warunkach. Moja matka wychowała się w sierocińcu, poszła do pracy, gdy miała 15 lat, a urodziła mnie, gdy miała lat 20. Niedługo później odeszła od ojca, który był alkoholikiem, bo chciała mi zapewnić lepszą przyszłość i stabilizację. Mama znalazła potem partnerkę, więc wychowałam się w rodzinie tęczowej.

Nie jestem zatem typową osobą, która angażuje się w politykę. Zazwyczaj politycy mają bowiem zasoby, pieniądze, pochodzenie — wszystko to, co daje ci poczucie, że należy ci się miejsce w kręgach władzy. Ja chciałam zmieniać świat. Bardzo też cenię nordycki model państwa opiekuńczego, bo bez niego, z moim pochodzeniem, nie miałabym szans. Chodziłam do żłobka, przedszkola i dobrej publicznej szkoły, mogłam studiować i realizować marzenia, ponieważ poprzednie pokolenia zbudowały nasz kraj tak, że ktoś taki jak ja mógł mieć przyszłość. Byłam za to niezwykle wdzięczna. Chciałam mieć pewność, że przyszłe pokolenia również będą miały te same możliwości, i uznałam, że jest moim obowiązkiem im to zapewnić.

— W czasach klasyków socjalizmu — Marksa, Bernsteina, Kautskiego, Polanyiego — nie było zbyt wielu kobiet, które zajmowały się teorią społeczną, więc czytałam mężczyzn. Ale to nie znaczy, że nie byłam feministką od najmłodszych lat. Zawsze uważałam, że kobiety powinny mieć takie same możliwości jak ­mężczyźni.

Nawet w Finlandii istnieją strukturalne nierówności, których często nawet nie zauważamy, bo się w nich wychowaliśmy. A ja uważam, że każdy powinien od czasu do czasu zakwestionować swoje przekonania i zadać sobie pytanie: czy myślę tak, ponieważ naprawdę w to wierzę, czy ponieważ zostałem wychowany, aby tak myśleć?

Wiele kobiet wierzy, że istnieje tylko określona — mała — liczba stanowisk dla kobiet, o które muszą konkurować między sobą. A to nieprawda. Kobiety nie powinny ze sobą rywalizować, tylko się wspierać i cieszyć z sukcesów innych kobiet, bo otwierają drogę i nam.

— Były też kraje kierowane przez mężczyzn, które dobrze poradziły sobie z koronawirusem, nie jest to więc kwestia tylko płci. I mogę mówić wyłącznie w imieniu własnego rządu, ale my w centrum postawiliśmy życie i zdrowie ludzi, a gospodarka była na drugim miejscu. Dzięki temu mogliśmy lepiej koordynować rozprzestrzenianie się koronawirusa i szybciej otworzyć gospodarkę. Na korzyść Finlandii działała też jej względna izolacja — wirus dotarł do nas później i mieliśmy więcej czasu na reakcję. Wreszcie kwestie kulturowe. Dla nas szanowanie osobistej przestrzeni jest naturalne. Gdy rząd zalecił trzymanie dystansu dwóch metrów, pojawił się mem: „Dlaczego tak blisko?”.

— Świadomość, że nasza architektura bezpieczeństwa opierała się na fałszywych oczekiwaniach, a Rosja nie jest krajem, za jaki ją uważaliśmy. Mam nadzieję, że wyciągnęliśmy z tego wnioski, ponieważ w przyszłości musimy być mądrzejsi. Największym błędem Europy było przekonanie, że ścisłe więzy gospodarcze z Rosją zapobiegną wojnie. Putin nigdy tak nie myślał i wykorzystał te zależności jako broń przeciwko nam. Wielokrotnie powtarzałam, że powinniśmy byli słuchać naszych przyjaciół z Polski i krajów bałtyckich, którzy nas przed nim ostrzegali. Trzeba było skorzystać z doświadczeń krajów, które były pod panowaniem radzieckim, by zrozumieć, że logika Putina bardzo różni się od naszej.

— Rosja jest wrogiem, którego nie powinniśmy lekceważyć, zwłaszcza że wciąż ma zasoby i wykorzystuje je do destabilizacji krajów europejskich. W całej Europie miało miejsce wiele takich incydentów — od przecinania podmorskich kabli i cyberataków przez niszczenie infrastruktury po używanie mediów społecznościowych do wpływania na wybory. Rosja nas w ten sposób sprawdza — i wyciąga wnioski. Testuje, jakie mamy możliwości i chęci reakcji, nasze mocne i słabe strony. To zaplanowany atak na ogromną skalę, a dezinformacja i propaganda są jego częścią. Niektóre kraje są na nie bardziej podatne niż inne, ale każdy ma ten problem, Finlandia też. A jeśli rosyjska propaganda przekona obywateli jakiegokolwiek kraju UE, wszystkie będą miały problem, bo niektóre decyzje wymagają ­jednomyślności.

— Europejczycy muszą zrozumieć, że nie jesteśmy już w centrum amerykańskiej uwagi. Stany Zjednoczone koncentrują się na sprawach wewnętrznych, na Azji, na Ameryce Południowej. I nie jest tak, że pierwszą myślą obywatela USA tuż po przebudzeniu jest Europa — wręcz przeciwnie. Nie możemy też już liczyć na transatlantyckie więzi ani oczekiwać, że Stany Zjednoczone przyjdą nam z pomocą, gdy będziemy ich potrzebować. Ameryka nie będzie też sponsorować europejskiej architektury bezpieczeństwa. Musimy zadać sobie pytanie, co możemy zrobić, aby stać się silniejsi, odporniejsi i bardziej bezpieczni. Jedyne logiczne rozwiązanie to inwestowanie we własną obronność, ale też energetykę i zwłaszcza technologię. Bo dziś jesteśmy za bardzo zależni od technologii amerykańskich i chińskich: musimy stworzyć europejskie alternatywy.

— Nie. I nie sądzę, że Rada Pokoju zastąpi NATO. Nie wiem, czemu ma służyć, ale jest dobry powód, dla którego europejscy liderzy do niej nie przystąpili.

— O polityce nie myślę w kategoriach kariery lub pozycji, ale sprawczości. Odejście nie było dla mnie aż tak trudne, bo nadal mogę wywierać wpływ na rzeczy, które są dla mnie ważne. Nie wiadomo też, co przyniesie przyszłość, a ja nigdy nie planuję, co będę robić za pięć czy dziesięć lat.

— Nigdy nie mów „nigdy”. Nie planuję obecnie startować w wyborach, ale nie wykluczałabym tego całkowicie.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version