Polska to żagiel rozpięty między tradycją i nowoczesnością. Doskonale widać to było w zeszłym tygodniu w Warszawie.
10 września, jak co miesiąc, prezes PiS zgromadził na Placu Piłsudskiego partyjny aktyw, by opowiadać o reżimie, zamachu i dochodzeniu do prawdy. Obok, też jak co miesiąc, obywatele protestowali przeciw politycznemu wykorzystywaniu katastrofy lotniczej. Tym razem protesty były bardziej malownicze niż zazwyczaj, bo poseł Antoni Macierewicz, spiritus movens teorii zamachowych, ganiał protestujących z rozpylaczem farby w ręku.
Z kolei dzień wcześniej, dosłownie kilkaset metrów dalej, pod Ministerstwem Cyfryzacji, odbył się inny protest: humanoidalnych robotów. Jedna demonstracja dotyczyła tragicznej przeszłości, druga — niewesołej przyszłości.
Protest robotów to na szczęście nie samowolna decyzja sztucznej inteligencji, lecz inicjatywa ludzi z branży technologii i rynku pracy. Błyskawiczny rozwój AI i robotyki to sytuacja bez precedensu, która odbije się na rynku pracy — wieszczył Grzegorz Kuliś z ruchu Democratism.com. Według jego wyliczeń AI w najbliższych latach może zagrozić nawet milionowi miejsc pracy w Polsce. Do protestujących (robotów i ludzi) wyszedł minister Krzysztof Gawkowski i zapewniał, że jest za większą kontrolą nad AI. „Będziemy mówić jasno: człowiek ma pierwszeństwo i to jest dla nas najważniejsze” − mówił reporterom. Fakt, polskiemu rządowi udało się przygotować ustawę o nadzorze nad rozwojem AI, a prezydent jej nie zawetował — może dlatego, że nie było w niej nic o kryptowalutach.
Problemy, przed jakimi stają Polska i świat, wykraczają jednak daleko poza możliwości i kompetencje tworzonej Komisji Rozwoju i Bezpieczeństwa Sztucznej Inteligencji, nawet gdybyśmy obsadzili ją najtęższymi mózgami. Nowe modele AI mogą budzić niepokój: nie ma dnia bez doniesień o przykładach samowolki AI-owych agentów włamujących się do różnych serwisów. Od czasu do czasu hiobowe wieści przynosi jakiś nawrócony człowiek z branży. „Ludzie tworzący sztuczną inteligencję wierzą, że może ona nas wszystkich zabić do końca dekady” — to nie początek mrocznej powieści science fiction, tylko słowa 27-letniego Jacoba Coxona, brytyjskiego matematyka, który przez trzy lata pracował w laboratoriach OpenAI i Anthropica.
Nawet jeśli w alarmistycznych doniesieniach jest trochę PR, by podkręcić nabożny lęk przed nowymi narzędziami, które okiełznać mogą tylko najwięksi tego świata, to i tak warto się zastanowić, kogo AI zmiecie z planszy. Twórców przeciętnych tekstów, rysunków czy muzyki da się zastąpić już dziś, podobnie jak analityków i autorów prezentacji w PowerPoincie. W zeszłym tygodniu blady strach padł też na profesjonalnych matematyków, którym model OpenAI wkrótce zacznie odbierać chleb.
Co dalej? Krzysztof Domaradzki z „Forbesa” i popularyzator technologii Artur Kurasiński, którzy napisali książkę „RzeczpospolitAI”, w rozmowie z „Newsweekiem” radzą, by politycy stworzyli sobie rodzimego doradcę AI. Zważywszy na poziom naszej polityki, byłby to prawdziwy skok intelektualny.

