W PRL ludzie nawet jak nie lubili władzy, to nie mówili o tym głośno. Korowcy pokazali, że można być odważnym, nie bać się represji. U części robotników budziło to nieufność, wielu trzymało się od nich z daleka — wybitny historyk prof. Andrzej Friszke opowiada o początkach Komitetu Obrony Robotników we wrześniu 1976 r. i jego przełomowej roli w historii PRL.
Newsweek: Jak wyglądała Polska pół wieku temu, w roku 1976?
Andrzej Friszke: Władza leczyła snem. Niech społeczeństwo śpi, ludzie zajmują się codziennymi sprawami, a nie myślą o trudnych rzeczach. Coca-Cola, fajna muzyka w radiu, dobre filmy i kabarety w telewizji, możliwość wyjazdu do NRD lub na Zachód — jest miło, spokojnie, żyjemy z dnia na dzień.
Polacy za Gierka rzeczywiście czuli się lepiej niż za Gomułki?
— Rząd podwyższył pensje, ludzie zarabiali więcej niż 10 lat wcześniej, czasami nawet o połowę. To jednak zrodziło problemy. Jak już mieli pieniądze, to chcieli coś kupić. Telewizor, lodówka stały się obowiązującym wyposażeniem mieszkania. Pojawiły się towary dla młodzieży: magnetofony, radia, dżinsy. Ruszała fabryka Maluchów, bo Gierek wymyślił, żeby każda rodzina miała samochód. Ale nowoczesna produkcja wymagała narzędzi, części i licencji kupowanych na Zachodzie za dolary. Tych władzy zawsze brakowało, więc tych towarów dla wszystkich nie starczyło. Z czasem ludzie mieli coraz więcej pieniędzy, których nie było na co wydać. Ekonomiści nazywają to nawisem inflacyjnym.
Polska początku 1976 r. wyglądała mniej więcej tak, jak możemy sobie wyobrazić każdy normalny, chociaż biedny kraj. Jeszcze wtedy nawet nie było długich kolejek w sklepach. Te po żywność ustawiły się parę lat później.
Czy Gierek zdawał sobie sprawę, że gospodarka zaczyna się walić?
— Wciąż się łudził, że ogromne inwestycje w przemyśle (budowane fabryki, nadal nabywane technologie) przyniosą produkty, które uda się sprzedać za dolary. Władza liczyła na drugi oddech, a tymczasem przyszedł kryzys paliwowy [w październiku 1973 r. arabskie kraje produkujące ropę nałożyły embargo na USA i inne państwa popierające Izrael podczas wojny Jom Kippur. Wiele krajów Zachodu doświadczyło recesji — red.], który dobił gierkowskie plany.
Pierwsze egzemplarze Polskiego Fiata 126p wyprodukowane w FSM w Bielsku-Białej
Foto: Kazimierz Seko / PAP
Jeśli to był taki normalny kraj, to skąd się wzięły w czerwcu 1976 r. protesty?
— 25 czerwca 1976 r. władza podniosła ceny mięsa i cukru — których i tak już w sklepach brakowało. Strajki wybuchły w ponad stu zakładach, a w podwarszawskim Ursusie i Radomiu doszło do tak dużych rozruchów, że usłyszała o nich cała Polska. W pierwszym miejscu robotnicy usiedli na torach kolejowych. Początkowo przypominało to piknik: oranżada, kanapki, ale przecież zablokowali międzynarodowe przejazdy, co rozsierdziło władzę. W Radomiu było jeszcze poważniej. Robotnicy ruszyli pod komitet wojewódzki partii i go podpalili.
Protesty zaskoczyły władzę?
— Oczywiście, bo przywódcy wierzyli, że lud ich kocha. Nawet Służba Bezpieczeństwa nie donosiła o rzeczywistych nastrojach. Służby, jak to często w dyktaturach bywa, mówiły to, co szefowie lubili słyszeć.
Rok 1976 to potwierdzenie tezy, że mięso w PRL obalało rządy?
— W 1967 r. podwyżka ceny mięsa przeszła bez problemu. W 1970 r. doprowadziła do wybuchu na Wybrzeżu i końca rządów Władysława Gomułki. W 1976 r. wywołała bunty robotnicze, ale Gierek pozostał u władzy jeszcze cztery lata.
Mięso było towarem deficytowym. Hodowla była kosztowna, a apetyty Polaków olbrzymie, bo trudno było sobie wyobrazić wtedy obiad bez niego. Ale zarazem Polska nie produkowała niczego, co by się tak dobrze sprzedawało za dolary jak wieprzowina, drób i wołowina. Władza co jakiś czas dochodziła do wniosku, że mięso musi zdrożeć, żeby stało się mniej dostępne na rynku krajowym.
Protest robotników w Radomiu w czerwcu 1976 r.
Foto: East News/Archiwum Solidarności / East News
Robotnicy, którzy zaprotestowali przeciw podwyżkom, żyli w bardzo różnych warunkach. Inaczej w Ursusie, inaczej w Radomiu. To zauważali nawet młodzi opozycjoniści, którzy ruszyli im z pomocą.
— Znałem wówczas Ursus, często tam bywałem. To było podwarszawskie miasto, dzielnicą Warszawy stało się w 1977 r. Ludzie przeważnie mieszkali w blokach, wybudowanych w latach 60. i 70. Całkiem przyzwoicie. Natomiast Radom to była zupełnie inna historia: zaniedbane miasto robotnicze, bieda, domy sprzed drugiej albo nawet sprzed pierwszej wojny światowej, często z ubikacją w podwórku. Ludzie bardzo źle wykształceni, wielu alkoholików, duże chuligaństwo. Warszawiacy, którzy jeździli do Radomia z pomocą, byli zszokowani, że w Polsce można żyć w takich warunkach.
Represje w 1976 r. były zaskakująco silne jak na ekipę Gierka?
— Ścieżki zdrowia, czyli bicie pałami robotników przepychanych przez szpaler milicjantów, świadczyły o wściekłości władzy. Ale była ważna różnica w stosunku do grudnia 1970 r. Milicja poszła tłumić te wydarzenia z pałkami, bez pistoletów i karabinów. Nikogo nie zastrzelono jak za Gomułki.
Aresztowano ponad 700 osób. Większość z nich wysłano przed kolegia karno-orzekające, nieistniejące już formy sądzenia. Zespoły przy radach narodowych skazywały na trzy miesiące więzienia uczestników strajków albo złapanych na ulicy. Kilkadziesiąt osób postawiono przed sądem z oskarżeniami o chuligaństwo i spalenie gmachu komitetu wojewódzkiego.
Robotnicy, przodująca klasa PRL, stali się „warchołami”.
— Gierek podczas telekonferencji z pierwszymi sekretarzami wojewódzkim nakazał urządzania wieców poparcia dla kierownictwa partii. Olbrzymi zorganizowano na warszawskim Stadionie X-lecia. W Katowicach przemawiał on sam. Żądał, aby na tych spektaklach aparat partyjny poczuł wsparcie ludu pracującego. I żeby wytworzyć atmosferę potępienia dla robotników i ich protestów. Wtedy strajkujących nazwano „warchołami”.
Podczas fali represji narodził się Komitet Obrony Robotników, który z czasem — jak się okazało — w wielkim stopniu przyczynił się do upadku komunizmu w Polsce. Kim byli młodzi ludzie, którzy w 1976 r. jeździli z pomocą do rodzin z Ursusa i Radomia?
— Wyjazdy do robotników wymyślił Antoni Macierewicz, który przeszedł przez więzienie w 1968 r. Dołączyli do niego harcerze z „Czarnej Jedynki” działającej w warszawskim liceum im. Tadeusza Reytana: Wojciech Onyszkiewicz, Piotr Naimski, Ludwik Dorn.
Inna grupa to „komandosi” — Jacek Kuroń, Adam Michnik i inni, którzy rozpoczęli protest studencki w roku 1968. Akcję w Ursusie inicjował też Henryk Wujec i młodzież z Klubu Inteligencji Katolickiej. Od września w Radomiu represjonowanych wyszukiwali też Mirosław Chojecki, Bogdan Borusewicz, Zofia i Zbigniew Romaszewscy czy Bronisław Komorowski.
KOR koncentrował się na pomocy prześladowanym, wzywał, żeby zwolnić ich z więzień, przywrócić do pracy i ukarać brutalnych funkcjonariuszy milicji. Na procesach pojawiła się piątka adwokatów, którzy jeździli do Radomia. Było to olbrzymie wsparcie, bo na salę sądową wchodzili nie samotni robotnicy, ale w towarzystwie słynnych prawników. W Radomiu to robiło piorunujące wrażenie.
KOR objął pomocą 600 osób i ich rodziny. Pieniądze pochodziły ze zbiórek na uniwersytetach, w Polskiej Akademii Nauk, w środowiskach inteligencji i na emigracji. W ten sposób przy okazji nagłośniono sprawę w świecie zachodnim. Ludzie wtedy zarabiali średnio 3-4 tys. zł, a zebrano 3 mln zł. To była spora suma.
Kim było tzw. starsze państwo, które współtworzyło KOR?
— To byli weterani w wieku 70-85 lat, niektórzy znani już przed wojną, jak prof. Edward Lipiński, ekonomista, czy przedwojenna adwokat Aniela Steinsbergowa. Opracowała pierwszą wersję poradnika, jak zachowywać się w razie aresztowania i przesłuchania, żeby nie zaszkodzić sobie i innym. Do tego grona należał ksiądz Jan Zieja, wielki autorytet moralny (Jacek Kuroń mówił, że Zieja jest dowodem na istnienie Boga), Józef Rybicki (szef Kedywu, likwidującego w czasie wojny szczególnie szkodliwych gestapowców), Ludwik Cohn (przedwojenny adwokat, działacz Polskiej Partii Socjalistycznej).
Współpraca między młodymi działaczami a starszym pokoleniem była możliwa dzięki Janowi Józefowi Lipskiemu. On jako były żołnierz AK odznaczony Krzyżem Walecznych, ale też historyk literatury w Polskiej Akademii Nauk, który miał olbrzymie kontakty wśród intelektualistów, stał się łącznikiem między pokoleniami. To dzięki niemu „starsze państwo” zaufało młodym.
Jakie poglądy polityczne mieli działacze KOR?
— Definiowała ich chęć niesienia pomocy pokrzywdzonym, sprzeciwiania się represjom, potrzeba walki o prawa człowieka. Korowców łączyła niezgoda na nacjonalizm i antysemityzm, który tak silnie uderzył w 1968 r. To był krąg ludzi o poglądach, które dzisiaj można by nazwać liberalnymi i umiarkowanie lewicowymi.
Czy KOR definiował się jako opozycja polityczna?
— Unikał tego określania. Odwoływał się raczej do przedwojennych komitetów tworzonych w razie nagłych wypadków, np. powodzi. Kiedy podczas przesłuchań esbecy pytali: kto jest przewodniczącym, działacze odpowiadali: nie ma przewodniczącego. Kto jest sekretarzem? Nie ma sekretarza. Wszyscy są równi. Członków było około 20. Pozostali to byli współpracownicy KOR.
Działacze KOR uważali, że nie było w społeczeństwie klimatu na to, aby definiować się politycznie, ale cała praktyka: ośrodek organizujący obronę ludzi represjonowanych przez władze, przeciwstawianie się bezprawiu, jawność działania, swoboda wypowiadania się dla mediów zachodnich o łamaniu prawa w Polsce, wszystko to było działaniem de facto opozycyjnym. Wprost cele polityczne wskazywali niektórzy w swoich tekstach, głównie Kuroń i Michnik.
Korowcy korzystali na tym, że Gierek pozował na oświeconego władcę?
— To był rodzaj gry, co jest legalne, a co już nie. Przecież nawet w konstytucji zapisano wolność słowa. Strategia KOR była możliwa dzięki temu, że był to okres détente, odprężenia, czas łagodny, kiedy komunistyczna władza w Polsce chciała pokazać się jako cywilizowana, zdolna do współpracy z państwami Zachodu, nieskłonna do stosowania brutalnych represji. Dlatego to bicie robotników, propaganda o „warchołach”, stały się dla władzy niewygodne. Pobili, a potem nie wiedzieli, co z tym zrobić.
W 1975 r. ekipa Gierka podpisała deklarację helsińską, w której znalazły się również zapisy o prawach człowieka.
— Pewnie Gierek przypuszczał, że to akt prawny bez znaczenia, ale gdy pojawił się KOR, władza zawahała się przed jednoznacznie twardym kursem wobec opozycji. Część aparatu chętnie wszystkich by powsadzała do więzień i zastraszyła. Ale inni pilnowali, żeby nie pokazać Polski jako kraju represji. Gierek urządził najpierw cichą amnestię, a potem jawną w 1977 r. Wyszli nawet ci, których skazano na 10 lat za podpalenie gmachu komitetu wojewódzkiego w Radomiu. Zwolnienie więźniów to był jeden z postulatów Komitetu Obrony Robotników. KOR odniósł zwycięstwo, jakiego nie osiągnęła nigdy opozycja w żadnym z krajów komunistycznych.
Grudzień 1976 r. Edward Gierek, I Sekretarz KC PZPR na otwarciu Huty Katowice
Foto: INPLUS / East News
KOR współpracował z emigracją. Przekazywał informacje Radiu Wolna Europa, które z kolei nagłaśniało jego działalność.
— KOR przełamał strach przed kontaktami z emigracją.
W nagłaśnianiu działalności ogromną rolę odegrał Adam Michnik. Wyjechał w sierpniu 1976 r. Władza pewnie go wypuściła, żeby nie rozrabiał w kraju. Zamieszkał w paryskiej „Kulturze”, jeździł do Londynu i Rzymu. Stał się ambasadorem KOR. Opowiadał o represjach mediom zachodnim, rozmawiał z włoskimi związkami zawodowymi, a nawet z działaczami włoskiej partii komunistycznej, którzy bardzo się niepokoili, co tutaj robią ich towarzysze w Warszawie, i interweniowali w polskim KC, pytając, dlaczego robotnicy są represjonowani?
Opozycja w latach 70. to była właściwie garstka ludzi?
— Trudno zdefiniować opozycję we wczesnym PRL. Rządziła PZPR, a reszta miała siedzieć cicho. O „prywatnej” opozycyjności świadczyło to, co ktoś mówił w domu żonie, mężowi, dzieciom. Takich krytycznych głosów wobec władzy było sporo. Ale na zewnątrz cisza. Dopiero podpisy pod petycjami KOR do władz w obronie robotników pozwoliły policzyć się opozycji. Podpisujący musiał zaryzykować, że jego szefowie to zobaczą, a to mogło oznaczać kłopoty: utrata pracy, brak wstępu na studia doktoranckie, odmowa przyznania paszportu… Przekroczenie tej bariery strachu oznaczało: nie boję się upomnieć o słuszną sprawę, nawet kosztem narażenia się. Takich osób, które podpisały rozmaite apele w latach 1976-1977, kolportowały bibułę, dawały pieniądze na KOR, było około 2 tys., a do sierpnia 1980 r. maksymalnie 5 tys.
Opozycja nie liczyła na zmianę ustroju. Ludzie uważali, że całe życie spędzą w komunistycznym kraju.
— Nikt sobie nie wyobrażał, że Związek Radziecki upadnie. Nawet jeżeli Leszek Moczulski w 1977 r. mówił, że opozycja powinna skupiać się wokół ideału niepodległej Polski, to nie nawoływał do powstania narodowego. Ludzie z KOR niechętnie używali takich wielkich słów, choć starsi działacze przecież mieli często za sobą udział w ruchu niepodległościowym.
Czy gdański strajk w sierpniu 1980 r. wybuchł z inspiracji KOR?
— Tak uważała bezpieka. W stanie wojennym w akcie oskarżenia przeciwko KOR powiedziano, że ta kontrrewolucyjna grupa stworzyła Solidarność. Ale strajk gdański był inicjatywą samych robotników. Natomiast rzeczywiście ludzie KOR próbowali wpłynąć na ten ruch, żeby nie żądać rzeczy ekstremalnych, na które władza nie może się absolutnie zgodzić. W korowskim podziemnym „Robotniku” instruowano, na czym polega strajk: powinien być okupacyjny, należy wybrać komitet do rozmów z dyrekcją, trzeba spisać ograniczoną liczbę żądań (jednym z nich musi być bezpieczeństwo strajkujących), a nie — jak zdarzyło się w grudniu 1970 r. — wysunąć 300 postulatów.
W gazetach, radiu, telewizji dominowała ostra propaganda antykorowska. Jak robotnicy przyjęli korowców?
— Różnie. W Szczecinie w ogóle ich nie dopuścili do gremiów kierowniczych strajku. We Wrocławiu niektórzy znaleźli się w grupie liderów, ale nie mieli decydującego głosu. Największy wpływ ludzie KOR mieli w Gdańsku. Od kilku lat formował ich Bogdan Borusewicz, członek KOR. Niewątpliwie ludzie KOR tworzyli bibułę związkową. Mieli doświadczenie w wydawaniu prasy i stworzenia podziemnej Niezależnej Oficyny Wydawniczej NOWA przez Mirka Chojeckiego i Grzegorza Bogutę. Odegrali dużą rolę w zorganizowaniu Solidarności w Warszawie w regionie Mazowsze.
Nieufność wynikała tylko z propagandy?
— Był też olbrzymi dystans społeczny między inteligentami a robotnikami: różnice kulturowe, inne zachowania. Ludzie z reguły stosowali takie BHP życia obywatela PRL, czyli „nie wychylaj się”, „nie daj się złapać”, „nie podskakuj”. Nawet jak nie lubisz tej władzy, to udawaj, że jesteś obojętny i tak żyj. Korowcy to zburzyli, pokazali, że można być odważnym, występować jawnie, nie bać się represji. U części to budziło nieufność. „Czy oni mają jakieś plecy, kto ich wspiera? Coś jest tu podejrzanego”. I zamiast takich ludzi wielbić — co też się zdarzało — wielu trzymało się od nich z daleka. Niemniej korowcy odgrywali w części regionów dużą rolę. Traktowano ich jako mądrych przewodników, objaśniających sytuację w kraju i mówiących, na co sobie możemy pozwolić.
KOR wykształcił doświadczoną elitę opozycyjną, z której wyrośli potem działacze demokratycznej Polski. Oczywiście Kuroń, Michnik, ale też Lityński, Wujec, Romaszewski i bliscy im robotnicy z Solidarności: Frasyniuk, Bujak, Lis, Janas.
KOR pokazywał też, jak powinny wyglądać relacje polskiej opozycji z sąsiadami. Współpracował z czeską Kartą 77. Jasno mówił o potrzebie normalizacji stosunków z Ukrainą, Litwą. Budowanie pokoju z sąsiadami było ważną ideą, nawiązującą do haseł Jerzego Giedroycia i paryskiej „Kultury”.
Ten program w stosunku do Ukraińców, Litwinów, Białorusinów był w dużej mierze postulatem kulturowym, a nie politycznym. Nie chodziło o to, żeby rozwalić Związek Radziecki i zbudować niepodległą Ukrainę. To nie mieściło się w granicach horyzontów wyobrażeń. Chodziło o budowanie w systemie totalitarnym dialogu, budowanie mostów. To bardzo ważne doświadczenie KOR i to są rzeczy, które leżą u źródeł tego, co dobrego udało się stworzyć w III Rzeczypospolitej.
Prof. Andrzej Friszke to badacz dziejów najnowszych Polski, jeden z najważniejszych znawców życia politycznego emigracji oraz historii opozycji politycznej w Polsce po 1944 r. Autor m.in. „Przystosowanie i opór. Studia z dziejów PRL”, „Anatomia buntu. Kuroń, Modzelewski i Komandosi”, „Czas KOR-u. Jacek Kuroń a geneza Solidarności”
Prof. Andrzej Friszke
Foto: Wojciech Olkuśnik / East News

