Chodzenie boso po trawie, wspinanie się po drzewach, siedzenie na podłodze w dziwnej pozie albo snucie zmyślonych historii – takie zachowania są społecznie przypisane dzieciom. Czy przestaliśmy tak robić, bo staliśmy się dorośli?

W jednym z odcinków popularnego show kulinarnego prowadzący je kucharz i restaurator Gordon Ramsey zlizał z talerza pozostałości po wyjątkowo smakującym mu posiłku. Zrobił coś, czego dorosłemu – przynajmniej publicznie – nie wypada robić. Dlaczego nie wypada? I czy kiedyś wypadało? Jeśli zanurkujemy w naszej pamięci, zapewne odkryjemy, że ostatni raz pozwoliliśmy sobie na zlizywanie resztek jedzenia z naczynia w czasie, gdy byliśmy nieskrępowanymi jeszcze konwenansami dziećmi. Co zatem zrobiła z nami dorosłość, że zaczęliśmy się krępować? Jakich spontanicznych zachowań nas pozbawiła? Co przez to straciliśmy? Czy warto by było do nich powrócić?

Choć bawienie się to aktywność, która w teorii towarzyszy nam przez całe życie, to wydaje się, że tę prawdziwą zabawę, która z definicji jest spontaniczna i bezproduktywna, podejmują przede wszystkim dzieci. To one wymyślają różne jej scenariusze, czasami wykorzystują do niej rekwizyty, ale na ogół wystarczają im własne ciała oraz naturalnie występujące przeszkody (zakręty, dołki, pagórki). To, co w dużej mierze odróżnia dziecięcą zabawę od rozrywek dorosłych, to brak nastawienia na cel. Dla dzieci bawienie się to proces, który sam w sobie jest atrakcyjny. Z kolei, jak mówi psycholożka Joanna Flis w podcaście Madame Monday, dorośli traktują zabawę tak, jak wiele innych rzeczy do odhaczenia – zadaniowo i z nastawieniem na rezultat. Nie wystarczy zacząć biegać lub uprawiać jogę – trzeba się rozwijać i przebiec więcej kilometrów albo zrobić bardziej wymagającą asanę. Dojrzewamy z przekonaniem, że nasze działania są poddawane ocenie i powinny być produktywne, a na odpoczynek trzeba zapracować. W końcu wielu i wiele z nas w swoich domach słyszało: „najpierw praca, potem przyjemności”, w szkołach zaś oceniano rezultat wykonywanych zadań, a nie sam proces.

Dodatkowo zabawa w dorosłym życiu stała się formą konsumpcji i wyznacznikiem statusu. W efekcie dorośli nie bawią się swobodnie i tak, jak im podpowiadają ich potrzeby, ale raczej używają zabawy, aby na chwilę zapomnieć o trudnych emocjach i bolesnej rzeczywistości. Wybierają też taką zabawę, która podkreśla przynależność społeczną.

Kolejne wypaczenie zabawy wiąże się z traktowaniem jej jak zaprzeczenie powagi. Skoro jesteśmy dorośli, nie możemy tracić czasu na niepoważne rozrywki. Myślimy, że zabawa odbiera nam dojrzałość i dorosłość. Jednak patrząc na bawienie się dzieci, możemy zauważyć, że ono wcale nie służy wyłącznie przyjemności, że w gruncie rzeczy wcale nie jest bezużyteczne. Dorośli szukają zabawy w oglądaniu seriali, spożywaniu posiłków i korzystaniu z używek, które pozwalają na regulację emocji. Dzieci, bawiąc się, zdobywają wiedzę o otaczającym ich świecie, tworzą i doświadczają poczucia sprawczości. Są ciekawe i eksplorują. Zabawa nierzadko pomaga im zrozumieć własne i cudze uczucia, i nie zawsze jest wyłącznie łatwa i przyjemna. Niektóre dziecięce zabawy są wyzwaniem, wymagają wysiłku i zaangażowania.

Dołącz do społeczności Newsweeka Psychologii! Obserwuj nasze profile na Facebooku i Instagramie!

Bawienie się nie odbiera dorosłemu człowiekowi powagi – dojrzała zabawa może spełniać podobne funkcje co ta dziecięca. Psycholog pozytywny Martin Seligman twierdzi, że zabawa jest jednym z filarów zdrowia psychicznego, a w terapii schematów Jeffreya E. Younga zalicza się ją do pięciu podstawowych potrzeb emocjonalnych. Nie chodzi więc o to, by się w ogóle nie bawić, ale by ta dorosła zabawa przynosiła radość, frajdę oraz ciekawość świata, zamiast wymiernych wyników, które można wpisać w tabelkę.

Kiedy zapytamy dorosłych o to, co jest społecznie przypisane dzieciom (i u nich akceptowalne), a z czego dorośli „wyrastają”, wiele odpowiedzi będzie wiązało się z ciałem oraz z czuciem. Jak mówi psycholożka i psychoterapeutka systemowa w trakcie szkolenia Katarzyna Sasiak: – Dzieci są mistrzami w przeżywaniu emocji – gdy się złoszczą, złoszczą się całe, gdy się cieszą, śmieją się w głos. My, dorośli, zapadamy się pod ciężarem „nie wypada” i innych przekonań, które ograniczają nam kontakt z emocjami i z naturą. Błotne kąpiele, bieganie po świeżo skoszonej trawie, wchodzenie na drzewo albo skakanie do kałuży bez kaloszy – to tylko wybrane umiejętności i doznania, których jako dorośli dziś poszukujemy. Poszukujemy, bo straciliśmy z nimi kontakt.

Przyjrzyjmy się swoim dorosłym ciałom. Gdzieś pomiędzy dzieciństwem a dorosłością ciało przestało być źródłem przeżywania i doznawania, a stało się obiektem trosk, zabiegów, pielęgnacji i diet odchudzających. To dlatego w gabinetach psychoterapeutycznych zdarza się słyszeć: „Co teraz czujesz w ciele?”. Pytanie o to, co się dzieje z ciałem w danej chwili, ma nas na nowo z nim połączyć i pozwolić zauważyć, gdzie gromadzą się napięcia, gdzie pojawia się ucisk na myśl o trudnej sytuacji, a które części ciała wydają się zupełnie emocjonalnie odłączone. Przywrócenie myślenia o ciele jako integralnej części doświadczania i przeżywania może pomóc w troszczeniu się o to, co dla nas ważne. W momencie, kiedy przestajemy zauważać cielesne sygnały, możemy przeoczyć ból brzucha czy głowy alarmujące nas o tym, że nie działamy w zgodzie z samymi sobą.

Ponad rok temu świat obiegło świetne nagranie, w którym brytyjska aktorka Emma Thompson w przejmujący sposób opowiedziała o naszym obsesyjnym wręcz ocenianiu ciała. W rozmowie z gospodarzem programu „The Late Show with Stephen Colbert” powiedziała: „Nie marnuj czasu, nie marnuj celu swojego życia, martwiąc się o swoje ciało. To jest twoje naczynie, to jest twój dom, to jest miejsce, w którym żyjesz, nie ma sensu go oceniać”. Poruszająco wezwała tym samym do nietraktowania ciała jako obiektu oceny i trosk, bez względu na to, czy komuś się ono spodoba lub, czy wpisuje się we współczesne kanony piękna. „Ciało to miejsce, w którym żyjemy” – mówiła Thompson. „W dorosłości może nam ono służyć do tego, byśmy śmiali się na cały głos, gdy czujemy radość, albo drżeli, kiedy czujemy złość”.

Bezcelowe, spontaniczne bawienie się i częste kontaktowanie się ze swoim ciałem to niejedyne aktywności, których dorośli (już) nie podejmują. Czasami w dorosłości nie zdajemy sobie sprawy, z ilu rzeczy „wyrośliśmy”. Nie bawimy się w piasku, nie chodzimy po drzewach, nie podskakujemy. Jest nam trudniej niż dzieciom zachwycić się małymi rzeczami albo zrobić to, na co mamy prawdziwą ochotę. Z czasem przestajemy pytać. Uczymy się, że w systemie szkolnym nagradza się poprawne odpowiedzi, a nie dociekliwe pytania. Porzucamy próbowanie nowych rzeczy – dzieci nagminnie próbują, tak uczą się świata, poznają siebie i swoje zainteresowania. Dorośli każdego dnia zakładają plecak z różnymi myślami i przekonaniami, które powstrzymują ich przed próbowaniem: „Nie, bo się wygłupię”, „Jestem na to za stary”, „A co, jeśli mi się nie spodoba i stracę czas?”, „To nie jest dla takich osób jak ja”.

Rozrywkę spychamy na margines, ma służyć temu, by zapomnieć o złym dniu, poczuć szybką przyjemność albo odciąć się od swoich emocji. Bywamy tak zajęci wypełnianiem obowiązków, że w ciągu dnia zapominamy o swoich potrzebach i z czasem zaczyna brakować nam zabawy. Niedziwne więc, że w którymś momencie zamiast pójść spać, wybieramy obejrzenie odcinka serialu albo skrolowanie TikToka. Zwlekamy ze snem, ponieważ mamy tak wiele do nadrobienia. Odwetowa prokrastynacja snu, bo tak nazywa się to zjawisko, najczęściej dotyczy osób zapracowanych i rodziców, którzy w ciągu dnia mają niewiele wolnego czasu, więc próbują dać go sobie „w odwecie” nocami. Cierpi na tym higiena snu, a w dłuższej perspektywie zdrowie fizyczne i psychiczne.

Dlaczego w dorosłości tak trudno nam nawiązać kontakt ze sobą, ze swoją cielesnością i ze swoimi potrzebami? Dlaczego to, co dzieciom przychodzi naturalnie, nam wydaje się niemożliwe?

Katarzyna Sasiak mówi, że dzieje się tak, ponieważ tracimy lekkość i swobodę:

– Z biegiem czasu przybywa nam nie tylko lat, ale i historii, które zapisują się w naszym umyśle i ciele. Gdybyśmy do naszego ciała zaczęli przyklejać karteczki samoprzylepne z hasłami opisującymi relacje, które nawiązaliśmy lub utraciliśmy, etykiety, które sobie nadaliśmy lub zostały nam nadane, doświadczenia i traumy, to w końcu zabrakłoby przestrzeni do przyklejenia kolejnych karteczek.

Te wszystkie zebrane doświadczenia wspólnie tworzą ciężar, który sprawia, że tracimy beztroskę, chęć eksploracji czy ciekawość. A realizację tego, czego nam prawdziwie trzeba, hamują społeczne konwenanse.

– Historie i etykiety zmieniają się w sztywne przekonania, odgradzające nas od wewnętrznych doznań – tłumaczy Sasiak. – Nabywamy także nowe role społeczne, które „zobowiązują”. Jak w tym wszystkim poruszać się lekko i zwinnie, kiedy nasze dorosłe ręce, nogi, głowy, plecy i brzuchy oklejone są tysiącami karteczek? Jak w tym wszystkim poczuć, gdzie kończę się ja, a gdzie zaczyna ktoś inny?

Wydaje się, że z czasem przestajemy ufać sobie, a uczymy się żyć w świecie społecznych zasad. Te zasady pozwalają nam funkcjonować w grupach. Poza tym jesteśmy zachęcani (albo zmuszani) do ciężkiej pracy i żyjemy z myślą, że tylko taka praca zasługuje na nagrodę w postaci zabawy.

– Dziecko chętniej będzie bawić się swoim ciałem, brudzić się, tarzać po podłodze, śmiać się w głos, płakać, krzyczeć i udawać tygrysa – dodaje psycholożka. – Dziecko również łatwiej powie na głos, że dana faktura jest dla niego nieprzyjemna. Dojrzewanie przynosi kolejne karteczki z powinnościami i tu zaczyna gubić się naturalność nazywania i sięgania po własne doświadczenia. W końcu zaczyna gubić się też poczucie granic… I tak wchodzimy w dorosłość. Szukając tego, co zgubiliśmy.

Jako dorośli tęsknimy za naturalnością i nieskrępowaniem, warto więc uświadomić sobie, że w „klubie poważnych i dorosłych” jest miejsce na spontaniczność, beztroskę, zabawę – na przytulenie się do drzewa, spożycie obiadu palcami, skakanie po kałużach w deszczu, śmianie się pełną piersią i wiele innych „niepoważnych” aktywności.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version