Zofia Schacht-Petersen twierdzi, że krakowski biskup Jan Szkodoń molestował ją, gdy była zakonnicą. Ujawniła swoją tożsamość, by walczyć o publiczne uznanie krzywdy ofiar w Kościele. W „Rachunku Sumienia” opowiada o zachowaniach Szkodonia i spotkaniu z kardynałem Grzegorzem Rysiem. Ten drugi obiecał jej, że powoła komisję w sprawie Szkodonia, a potem się z tego wycofał.
Schacht-Petersen na początku lat dziewięćdziesiątych przyjechała do Krakowa jako młoda zakonnica. Przeżywała wówczas głęboki kryzys wewnętrzny i paraliżujący lęk przed planowanym wyjazdem na misję do Ukrainy. Szukając wsparcia i chcąc rozstrzygnąć swój dylemat, udała się do swojego kierownika duchowego, biskupa Jana Szkodonia. W tamtych czasach w powszechnej świadomości nie funkcjonowało pojęcie pomocy psychologicznej, dlatego z wszelkimi problemami natury osobistej i emocjonalnej zgłaszano się bezpośrednio do autorytetów kościelnych.
— Pojechałam do niego z całkowitym zaufaniem — skąd mogłam przypuszczać, że może wydarzyć się coś takiego? — opowiada była zakonnica w rozmowie z Magdaleną Rigamonti i Tomaszem Sekielskim w podcaście „Rachunek Sumienia”.
Podczas rozmowy Szkodoń zaczął przekraczać granice fizyczne — przysiadł się do niej, wziął ją na kolana i zaczął dotykać przez ubranie. Dla dziewiętnastoletniej wówczas kobiety, która wychowywała się w wierze, że czystość jest wartością nadrzędną i chronioną, sytuacja ta była całkowitym szokiem. — On dotykał mnie przez bluzkę. I to już samo w sobie było dla mnie w ogóle szokujące. Siedzieć na kolanach biskupa, kierownika duchowego. To się nie mieści w postrzeganiu świata. Ja byłam na to kompletnie nieprzygotowana.
Kobieta przyznała, że przed wstąpieniem do zakonu nie miała żadnych relacji z mężczyznami. Wskazała również na swoje trudne dzieciństwo, w którym doświadczała przemocy fizycznej. — Są być może inne powody, dla których ja nie czułam tego pragnienia. Jestem ofiarą bicia, jak większość tamtego pokolenia, które było bite. Jakoś odcięłam czucie ciała.
Bezpośrednio po zdarzeniu z udziałem biskupa Szkodonia zakonnica została wysłana do Ukrainy. Kraj ten znajdował się wówczas w procesie transformacji po rozpadzie Związku Radzieckiego, co wiązało się z trudnymi warunkami bytowymi, wszechobecną biedą oraz poczuciem zagrożenia. Szacht-Petersen relacjonowała, że w tamtym okresie nikt nie pytał jej o stan emocjonalny czy samopoczucie, a od sióstr oczekiwano jedynie bezwzględnego posłuszeństwa i ciężkiej pracy przy tworzeniu nowego domu zakonnego.
W tamtych czasach chciała wysłać list do Szkodonia. Kilka razy zaczynała go pisać, ale nigdy nie skończyła. Nikomu też wtedy nie powiedziała o tym, co ją spotkało. — Próbowałam udawać, że to się nie wydarzyło. Po prostu to było tak obce mi, że ja nie miałam nawet takiej myśli, że ktokolwiek może coś na ten temat usłyszeć, dowiedzieć się. A skoro wiem to tylko ja, to ja sobie z tym poradzę, bo ja jestem dzielna. Właściwie dopiero jak byłam na Ukrainie odkryłam, że ja się po prostu boję.
Schacht-Petersen mówi, że tłumienie traumatycznego doświadczenia doprowadziło ją do głębokiej depresji. — To bardzo wpływa na całą psychikę. Jak jestem wykorzystana, jestem użyta, no to ja tracę szacunek dla siebie. Ja tracę szacunek dla mojego ciała.
Praca w Ukrainie trwała dwa lata i polegała m.in. na działalności katechetycznej w tamtejszych wioskach oraz pracy z dziećmi zmagającymi się z traumami. Schacht-Petersen podkreśliła, że choć misja była angażująca i wewnętrznie piękna, to powrót do Polski nastąpił w momencie, gdy była już emocjonalnie i psychicznie skrajnie wycieńczona.
Kolejne nadużycia w strukturach zakonnych
Po powrocie do kraju kobieta została skierowana do pracy w parafii w Milanówku pod Warszawą. Tam, jak opowiada, zetknęła się z sytuacjami przemocy oraz nadużyć seksualnych wewnątrz Kościoła. Jako katechetka była świadkiem fizycznej agresji jednego z księży wobec dziecka. Duchowny podczas sprzeczki miał wyrwać mu garść włosów. Gdy postanowiła zgłosić to zdarzenie przełożonemu, sama stała się obiektem niestosownego zachowania z jego strony. — Chciałam to powiedzieć jego przełożonemu. No i po tej rozmowie nagle, nie wiadomo skąd, znowu bierze się sytuacja: on mi dziękuje, podaje mi rękę i drugą ręką mnie przytula. No i czuję po prostu, że ma erekcję.
W tym samym czasie Schacht-Petersen dowiedziała się od innej siostry zakonnej, że ta jest systematycznie molestowana przez jednego z pracujących w parafii księży podczas codziennych czynności, takich jak podawanie śniadań. — Przytulał ją przed tym, jak podawała mu kawę — wspomina Szacht-Petersen.
Narastające poczucie hipokryzji oraz rozdźwięk między głoszonymi przez instytucję ideałami a rzeczywistością doprowadziły ją do buntu i ostatecznej decyzji o opuszczeniu zgromadzenia. — We mnie budził się taki totalny sprzeciw, bunt. Po prostu chciałam mieć dosyć. Chciałam odciąć się od tego. I to był jeden z bardzo ważnych argumentów, że ja nie chcę w tym uczestniczyć. Że to jest po prostu jakaś maskarada.
Kobieta przywołała dane z ankiet z końca lat dziewięćdziesiątych, według których ok. 30 proc. zakonnic zgłaszało w anonimowych badaniach akty molestowania ze strony księży lub innych sióstr. Zwróciła uwagę, że siostry zakonne bywały traktowane w strukturach przedmiotowo, jak ciała pozbawione podmiotowości.
Gdy odchodziła z zakonu, miała 29 lat.
Konfrontacja z hierarchią. Spotkanie z kardynałem Grzegorzem Rysiem
W marcu 2025 r. Zofia Schacht-Petersen, mieszkająca na stałe w Danii i pracująca jako terapeutka traumy, przyleciała do Krakowa na oficjalne spotkanie z metropolitą krakowskim, kardynałem Grzegorzem Rysiem. Celem wizyty było przedstawienie sprawy biskupa Szkodonia (który zmarł w sierpniu 2025 r.) oraz prośba o powołanie diecezjalnej komisji historycznej, która rzetelnie zbadałaby skalę jego nadużyć.
Schacht-Petersen wiedziała już wówczas o trzech innych dorosłych kobietach, które również zostały skrzywdzone przez tego samego hierarchę.
Podczas godzinnej rozmowy kardynał Ryś zadeklarował pełne poparcie dla inicjatywy utworzenia komisji. Przytakiwał argumentom ofiar i zapewniał, że sprawa zostanie wyjaśniona, ponieważ zgłoszeń jest wiele, a fakt śmierci biskupa Szkodonia pozwala na działanie niezależnej komisji historycznej. Schacht-Petersen wnioskowała również o zmianę oficjalnych informacji na stronach diecezji, gdzie biskup wciąż był przedstawiany wyłącznie w samych superlatywach, bez wzmianki o oskarżeniach.
— On [Ryś] przytakiwał. Mówił tak: „komisja historyczna musi powstać”. Ja powiedziałam: „rozumiem, że teraz ma powstać komisja do spraw pedofilii, ale to nie jest pedofilia. My jesteśmy dorosłymi kobietami, na które ksiądz biskup Szkodoń miał wielki wpływ”. Na co Ryś powiedział: „Jest was już tak wiele, tak wiele zgłoszeń, że się tym zajmiemy”. Przytakiwał, że tak, komisja musi powstać. Powiedziałam biskupowi, że chodzi o to, żeby ludzie wiedzieli, żeby nas nie oskarżali właśnie o to, że mamy tutaj jakieś niecne interesy.
Pomimo tych zapewnień, niedługo później rzecznik kurii krakowskiej wydał komunikat informujący, że kardynał Ryś podjął decyzję o wstrzymaniu prac nad diecezjalną komisją. Decyzję tę uzasadniono oczekiwaniem na ruchy Konferencji Episkopatu Polski i powołanie ogólnopolskiego organu.
— Podejrzewam, że oni szukają wszelkich argumentów, żeby udowodnić, że oni tak naprawdę tylko przyczynili się może w jakimś tam stopniu do naszego skrzywdzenia, ale my wszyscy jesteśmy jakoś tam zranieni wcześniej. Albo że dzieci po prostu same tego chciały. Dlaczego oni nam to robią? Dlaczego im jest tak łatwo unieważniać nasz głos? — pyta była zakonnica. — Powiedziałam biskupowi, że chcę ujawnić twarz, bo chcę, żeby to było jawne, jasne i transparentne. Ponieważ jest tak wielu ludzi, którzy wątpią, którzy mówią, „a, okej, to sobie gazety wymyślają”. I to jest bardzo bolesne unieważnianie osób, które konkretne życie położyły na szali i przeżyły coś bardzo trudnego.
Zofia Schacht-Petersen podkreśliła, że jej celem nie jest niszczenie Kościoła, lecz jego uzdrowienie i przywrócenie wiarygodności. Podczas spotkania z kardynałem Rysiem poprosiła go również o pośrednictwo w zorganizowaniu audiencji u papieża. — On [kardynał Ryś] mnie przeprosił, powiedział, że jemu jest przykro… I tak wziął mnie za rękę… Powiedział: „przepraszam, przepraszam, przepraszam”. Ja bym chciała, żeby to „przepraszam” było głośniejsze, żeby było do wszystkich.

