Konkurencja jest olbrzymia, nie wykluczam nawet, że ponosi mnie publicystyczna brawura, ale mimo to spróbuję: stawiam tezę, że żadna część naszego życia publicznego po 1989 r. nie jest tak źle zarządzana jak sport. I jestem gotowy wysłuchać każdego uważającego, że kultura, zdrowie albo edukacja miały gorzej.
Z polskim sportem jest jak z dołem z „Wykopu” Andrieja Płatonowa. Tam dół jest potrzebny, by powstał ogólnoproletariacki dom dla przyszłych pokoleń socjalistycznego społeczeństwa. Ale że linia partii wciąż wymaga bardziej okazałego budynku, to trzeba kopać głębiej. Wykop staje się coraz większy, dom nigdy nie powstaje.
Od blisko czterech dekad samorządy oraz kolejni ministrowie i kolejne ministry z bardzo różnych partii rozdają pieniądze na prawo i lewo, targają się na mniej lub bardziej niepotrzebne imprezy i budują nikomu niepotrzebne obiekty. Najwięcej wysiłku wszyscy wkładają natomiast w nietworzenie planu, w którym określiliby priorytety naszego sportu.
Minister Jakub Rutnicki po ostatnich zimowych igrzyskach w Lombardii ogłosił, że dołoży 7,2 mln zł do budowy toru saneczkowego w Karpaczu. Czy stoi za tym pomysłem jakiś głębszy plan? Uruchomiony zostanie program „cała Polska na saneczki”? — Nie chcemy już słyszeć, że mamy fantastycznych zawodników, tylko że nie mają możliwości trenowania na najwyższym poziomie — wyjaśnił minister.
Nie chodzi o saneczkarstwo, być może jako społeczeństwo powinniśmy uznać, że właśnie w tę dyscyplinę chcemy inwestować, bo to ona daje nam największe szanse na medale. Rzecz w tym, że nikt takiego ćwiczenia nie przeprowadził. Nie wiadomo, dlaczego ministerstwo buduje akurat tor do saneczkarstwa, a nie basen do hokeja podwodnego. Dwie dekady temu na takiej samej zasadzie to samo ministerstwo wybudowało tor kolarski w Pruszkowie za 100 mln zł. Welodrom przynosi 2 mln zł strat rocznie, od lat tonie w długach, w sumie zaległości szacuje się na co najmniej 20 mln zł. Komornik próbuje obiekt zlicytować, lecz nikt nie jest zainteresowany. Kolejni ministrowie sportu zachowują się jednak, jakby problem nie istniał, dalej powiększają ten dół, pardon: wydają pieniądze w innych miejscach.
Tej wiosny minister Rutnicki ogłosił, że wybuduje 120 pełnowymiarowych boisk piłkarskich za 300 mln zł. Państwo sfinansowało już orliki i niezliczoną liczbę stadionów w różnych miejscach kraju (wskażcie choćby jeden, który został wybudowany przez klub), utrzymuje wiele zawodowych klubów, a teraz jeszcze wybuduje boiska. Weźmy Wrocław, który w tym roku przekazał grającemu wiosną na drugim poziomie rozgrywkom Śląskowi 30 mln zł. Ten sam Wrocław dostanie od ministerstwa 3 mln zł na budowę dwóch boisk. A Gdańsk? Lechia od dawna jest studnią bez dna, tylko w ubiegłym roku dostała od miasta 10 mln zł. Jednocześnie ministerstwo wyda 2 mln zł na boisko, na którym ma grać czwartoligowa Gedania.
Dla pełnego obrazu: problemem polskich klubów nie są wydatki na szkółki, programy aktywizujące młodzież czy budujące lokalną społeczność. Problemem są pensje dla miernych często piłkarzy i prowizje dla agentów, pobierających procent od każdej transakcji. Lamentująca po spadku Lechii z ekstraklasy prezydentka Gdańska Aleksandra Dulkiewicz powinna raczej odetchnąć, na drugim poziomie rozgrywkowym wyrzuci na Lechię mniej pieniędzy. Bo w to, że miasto przestanie finansować Lechię, nie uwierzę.
Tego wszystkiego nie da się bronić. Polski sport przeżył w Paryżu najgorsze letnie igrzyska od siedmiu dekad, polska piłka — zarówno na poziomie klubowym, jak i reprezentacyjnym — pozostaje anegdotą. Wszystkie dane wskazują, że robimy to źle. Że nasze państwo nie ma pojęcia o zarządzaniu sportem.
A przecież to wszystko ma także inny, zdecydowanie ważniejszy wymiar. Mamy fundamentalny problem z obecnością na zajęciach wychowania fizycznego (według badań pozytywny stosunek do WF deklaruje 36 proc. chłopców i 15 proc. dziewcząt), co trzecie polskie dziecko ma nadmierną masę ciała.
A my dalej zajmujemy się kopaniem dołu. Po torze saneczkowym powstanie tor do Formuły 1 albo ośrodek szkolenia sumitów. Ani medali nam od tego nie przybędzie, ani nasze dzieci nie nauczą się robić przewrotu w przód.

