Atakując Iran, prezydent USA wpakował się w pułapkę bez wyjścia. A przynajmniej bez wyjścia z twarzą, na którym zależy mu najbardziej. Wojna toczy się własnym trybem, tu Irańczycy coś rąbną, tam Izraelczycy zaatakują. A Donald Trump nie chce, ale musi odpowiadać na te prowokacje, czy może zwykłe przypadki.

Nic wielkiego się nie stało — przekonywał Trump reporterów „Wall Street Journal” po ataku Irańczyków na amerykański śmigłowiec u wybrzeży Omanu. Wyobraźmy sobie, jak zareagowaliby republikanie i prawicowi dziennikarze, gdyby tego typu incydent zbagatelizował Joe Biden lub Barack Obama. Oskarżeniom o tchórzostwo, bezmyślność, brak patriotyzmu, lekceważenie bezpieczeństwa kraju, szarganie honoru nie byłoby końca.

Oczywiście ani Biden, ani Obama, ani żaden inny polityk przy zdrowych zmysłach nie okazałby podobnego lekceważenia. Trump jednak, swoim zwyczajem, zachowuje się jak dziecko, które stłukło cenną filiżankę. Po czym udaje, że to nie ono, a w ogóle naczynie jest całe, nigdy tu nie stało, samo spadło, babcia stłukła i proszę mi dać święty spokój, bo wybuchnę takim wrzaskiem, że cała kamienica się zleci.

Wojnę rozpętał spontanicznie. Niczym osoba, która skacze pod wpływem impulsu na główkę, nie sprawdziwszy głębokości akwenu. Albo wsadza palec do kontaktu, bo ją strasznie korci. Może naprawdę czas odebrać przywódcy wolnego świata teczkę z kodami nuklearnymi, wszak ten czerwony przycisk też kusi jak diabli.

Sekretarz wojny Pete Hegseth i dowódca połączonych sztabów Dan Caine przekonali szefa, że chcąc nie chcąc, powinien okazać męstwo, więc napisał na Truth Social: „Właśnie otrzymałem od naszych Wspaniałych Sił Zbrojnych informację, że minionej nocy Irańczycy zestrzelili jeden z naszych nadzwyczajnie zaawansowanych śmigłowców Apache patrolujących cieśninę Ormuz. Na pokładzie znajdowało się dwóch pilotów; obaj są cali i zdrowi. Niemniej Stany Zjednoczone muszą z konieczności (wiem, że to pleonazm, ale nie mój) odpowiedzieć na atak”. Innymi słowy: przepraszam, nie mam innego wyjścia.

Cóż, doradcy tłumaczyli, że Iran nie jest Wenezuelą, trzeba było słuchać. Ale Trump nie słuchał. Znaczy słuchał, tyle że Bibiego Netanjahu. Premier Izraela przekonał niespecjalnie oblatanego w geopolityce kolegę, że reżim ajatollahów ledwie dyszy, starczy raz, a dobrze uderzyć, i runie jak domek z kart. Trump dał się podpuścić. Może i jako biznesmen sześć razy ogłaszał bankructwo, ale po latach grania w reality show genialnego negocjatora, który z każdym potrafi ubić interes, uwierzył, że geniuszem jest.

Ponieważ cała jego wiedza o świecie pochodzi z plotek zasłyszanych od innych bogatych ludzi oraz komentarzy Fox News, nie rozumiał, że nie ma Teheranowi nic do zaoferowania. Nawet jeśli irańska hierarchia obrosła w piórka i broni już tylko władzy, kasy oraz przywilejów, a nie religijnych pryncypiów, nie może tego okazać sfanatyzowanym klerykom niższego szczebla ani funkcjonariuszom cywilnym. Zresztą kraj został całkowicie zmilitaryzowany, niemal całą gospodarkę, finanse, infrastrukturę, energetykę, telekomunikację, sektor nowych technologii kontroluje Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej, zatem zmiana priorytetów polityki państwa nie wchodzi w rachubę.

Trump z góry ustawił się na straconej pozycji, bo raz — jemu się spieszy, a Irańczykom przeciwnie. A dwa — wyrzucił do kosza porozumienie nuklearne, które osiągnął Obama, i przez dekadę mieszał je z błotem. Musi zatem wynegocjować lepsze, a to jest absolutnie niemożliwe. Sam wszak dowiódł, że Ameryce nie można ufać, bo jeden prezydent daje gwarancje bezpieczeństwa, po czym przychodzi następny i nie tylko łamie zobowiązania, ale jeszcze rozpoczyna wojnę.

Obama skłonił ajatollahów do pozbycia się — w zamian za zniesienie sankcji — 99,7 proc. wzbogaconego uranu. Zatrzymali 300 kg, obiecali przestrzegać limitu 15 lat, zgodzili się na kontrole ONZ i Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej. Ceny ropy spadły. Zdawało się, że rynek paliwowy przestanie wreszcie rodzić kryzysy gospodarcze, syty sponsor terroryzmu złagodnieje, wzrośnie bezpieczeństwo regionu i świata.

Obecny lokator Białego Domu zniszczył porozumienie, którego stronami byli także członkowie Rady Bezpieczeństwa ONZ oraz Niemcy. Dlaczego? Tylko dlatego, że zazdrościł sukcesu mądrzejszemu, przystojniejszemu, dowcipniejszemu, bardziej czarującemu — i można by tak jeszcze długo — poprzednikowi. Teraz wije się, rzuca z jednej ostateczności w drugą, grozi zniszczeniem całej cywilizacji, ogłasza blokadę blokady, na przemian łasi się i warczy.

Nie chce, ale musi odpowiadać na prowokacje czy może zwykłe przypadki, bo na wojnie jak na wojnie — tutaj rąbnie, tam przywali. Każda akcja zbrojna oddala zaś perspektywę rozejmu. Na szczęście ma w rękawie asa. Nawet dwa. Steve’a Witkoffa — niemal równie genialnego negocjatora jak on, bo dorobił się ponad 2 mld dol. na nowojorskim rynku nieruchomości, a trudniejszego nie ma. I zięcia Jareda Kushnera, który zna Bliski Wschód jak własną kieszeń — zdołał wyszarpać 2 mld dol. od saudyjskiego następcy tronu. To dopiero mądry chłopak.

We wtorek Trump mówił „Wall Street Journal”, że jego wysłannicy osiągną porozumienie z Teheranem „w ciągu dwóch lub trzech dni”. 24 godziny później napisał: „Irańska armia to kompletna i całkowita ruina. Znaczna jej część — marynarka wojenna czy siły powietrzne — właściwie już nie istnieje. Została całkowicie rozbita. Iran ma tylko puste słowa i zero potencjału działań. Bliskowschodni Chuligan jest TRUPEM!!! Zbyt długo zwlekali z wynegocjowaniem układu, który byłby dla nich niezwykle korzystny, więc zapłacą wysoką cenę!!!”.

Jaką strategię posprzątania wywołanego przez siebie — i coraz boleśniej dotykającego niemal każdego mieszkańca planety — bałaganu przyjmie jutro następca Wilsonów, Rooseveltów, lider wolnego świata, gwarant bezpieczeństwa Europy oraz Polski, wódz naczelny, któremu naród amerykański powierzył wyłączne prawo użycia tysięcy głowic jądrowych? Tego nie wie nawet on sam.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version