Kluczowe są dwie kwestie: zapewnienie, by PSL przekroczyło próg i by była jedna lista lewicy. To drugie to arytmetycznie konieczny warunek, by koalicja mogła myśleć o utrzymaniu władzy — mówi analityk polityczny i twórca modeli wyborczych Daniel Pers. Jego zdaniem rządzącej koalicji brakuje opowieści i trzech „k” — konceptu, konsekwencji i komunikacji.

Daniel Pers: Przede wszystkim musi zacząć grać do jednej bramki. Bo dziś, jeśli chodzi o wewnętrzne konflikty, wygląda to odwrotnie niż w kampanii 2023 r. Jeśli koalicja ma wygrać z prawicą w 2027 r., to mogłaby zagrać tą samą kartą, którą skutecznie grał Kaczyński w 2019 r.: stabilny rząd kontra koalicja chaosu. Tylko że rząd ma problem ze stabilną komunikacją. Gdy rozmawia się kuluarowo z politykami KO, to oni dostrzegają ten problem, ale najczęściej po prostu obwiniają o to Katarzynę Pełczyńską-Nałęcz. Mówią: gdybyśmy się jej pozbyli z rządu, to można by pójść do przodu, ale jak ją wyrzucimy, to możemy stracić większość w Sejmie.

— To jednak samo nie pomoże, jeśli rząd nie będzie miał opowieści o tym, co chce zrobić nie tylko przez ten rok, ale także w kolejnej kadencji. Opowieści o tym, po co jest właściwie ta władza. Bo opowieść: „żeby nie dopuścić do władzy Brauna”, nie grzeje ludzi wystarczająco. Koalicja wpadła trochę w pułapkę ciągłego zarządzania kryzysowego (i to w słabym wydaniu), brakuje jej kulania swoich śnieżek.

Taka opowieść jest też kluczowa jako zabezpieczenie na wypadek utraty władzy. Bo jak traci się władzę bez własnej narracji o minionej kadencji, to narrację na temat naszych rządów narzucają przeciwnicy. A wtedy znacznie trudniej jest się politycznie odbudować po porażce.

— Weta Nawrockiego są wygodną wymówką dla koalicji na wybory w 2027 r. Na pewno lepiej dla rządu, żeby ludzie rozmawiali o wetach niż o aferze w Szpitalu Południowym w stolicy. Tylko aby to działało, trzeba odpowiednio korzystać z tego zagrania. Rząd próbował to robić, uruchamiając narrację o wetomacie. Widać, że Kancelaria Prezydenta uznała, iż to dla nich problem, bo Nawrocki ciągle się do tego odnosi i starannie uzasadnia każde weto. W narracji o wetach zabrakło jednak rządowi trzech „k” — konceptu, konsekwencji i znów: komunikacji.

I to jest kluczowy problem koalicji. Słyszałem niedawno o szkoleniu dla polityków KO, na którym zapowiedziano im, że mają być aktywniejsi w mediach społecznościowych, a jak nie wyrobią zasięgów, to czekają ich konsekwencje. Po jakimś czasie przestano jednak to weryfikować i temat umarł śmiercią naturalną, a posłowie odkleili się od wyborców w okręgach. Partia, która działa w taki sposób, sprawia wrażenie, jakby nie zależało jej na zachowaniu władzy.

Kluczowe jest też to, by zmobilizować swój bazowy elektorat. Tu jednak Koalicja Obywatelska nie tyka wielu tematów, także tych uruchamiających emocjonalnie młodych wyborców.

— Na przykład działania Trumpa i Izraela. Wojna w Iranie ma też konsekwencje w postaci cen benzyny. To byłby moment, by spytać o sojusz Nawrockiego z Trumpem, wypomnieć go prezydentowi. KO tego nie robi. Z moich informacji wynika, że w KO jest wręcz zakaz poruszania takich tematów jak Trump czy polityka Izraela w Palestynie.

Inny przykład to AI. Nasza klasa polityczna latami miała wiernopoddańczy stosunek do inwestycji technologicznych, tymczasem AI zmienia społeczne postrzeganie technologii. Sztuczna inteligencja wywołuje wielki lęk młodych ludzi, zwłaszcza w kontekście rynku pracy. Ale nikt w polskiej polityce na poważnie nie podnosi tego tematu.

— To rozdrobnienie jest nieracjonalne po obu stronach, choć znacznie bardziej po stronie rządowej — bo doszło do rozstrojenia optimum, jakie udało się zbudować na wybory w 2023 r. Wtedy mieliśmy z jednej strony listę KO, trzon ­liberalny, który także reprezentował twardą opcję antyPiS, z drugiej — lewicę, która była ideologicznie najbardziej wyrazistą listą, wreszcie Trzecią Drogę dla najbardziej umiarkowanych.

— Kluczowe są dwie kwestie: zapewnienie, by PSL przekroczyło próg i by była jedna lista lewicy. To drugie to arytmetycznie konieczny warunek, by koalicja mogła myśleć o utrzymaniu władzy. Bo nawet jeśli Nowa Lewica i partia Razem wystartują osobno i obie przekroczą próg, to obie będą miały znacznie mniej mandatów, niż uzyskałyby na wspólnej liście.

Dziś nie widać na to szans, Razem jest zdeterminowane do samodzielnego startu. Podział lewicy to też kolejny czynnik utrudniający rządowi codzienną komunikację. Razem atakuje Nową Lewicę w rządzie za to, że ta biernie stempluje politykę Tuska i nic w nim nie jest w stanie osiągnąć. By się bronić, politycy Nowej Lewicy zaczynają w mediach społecznościowych zgłaszać krytyczne uwagi do rządu. Algorytm kwalifikuje to jako treść antyrządową i wrzuca odbiorcom razem z innymi atakującymi rząd komunikatami.

— Moim zdaniem klimat sprzyja dziś lewicy, co widać w wielu zachodnich demokracjach. Lewica zyskuje w sytuacji, gdy mainstream — niezależnie, czy jest to niemiecka CDU, czy establishment Partii Demokratycznej — coraz gorzej radzi sobie z udzielaniem odpowiedzi na problemy bytowe zwykłych ludzi. Dlatego np. w USA kolejne prawybory w Partii Demokratycznej wygrywają demokratyczni socjaliści. Pogoda sprzyja raczej populistycznej lewicy niż liberalnemu centrum.

W Polsce to nie do końca działa, bo Nowa Lewica jest częścią rządu, a Razem, zamiast szukać wśród zdemobilizowanych wyborców obecnego bloku rządzącego, ma najczęściej na muszce dzisiejszą większość i de facto łowi we wrogim elektoracie, czyli bloku popierającym prawicę. Ale jakkolwiek paradoksalnie by to brzmiało, powiedziałbym, że to lewica obok dwóch Konfederacji ma dziś największy potencjał.

— PSL jest dramatycznie niedoceniane w sondażach, z naszej najnowszej symulacji wynika, że ma poparcie zbliżone raczej do 5 proc. niż jednego, jak wychodzi niektórym ośrodkom. Jeśli Władysław Kosiniak-Kamysz będzie miał pod szyldem PSL jedynkę w okręgu tarnowskim, to partia dostanie tam znacząco więcej niż 5 proc. poparcia.

Gdyby PSL trafiło na listy KO, to jakaś część jego elektoratu ląduje przy PiS, część przy Konfederacji, część zostaje w domu. I dziura w męskim elektoracie po stronie rządowej, która w relacji do 2023 r. dzisiaj wynosi 8 pkt proc., poszerzy się. Bo PSL jest jedyną partią, na którą głosuje więcej mężczyzn niż kobiet.

Obok jednej listy lewicy drugą kluczową kwestią dla obozu koalicyjnego jest więc to, by rządowa lista na prawo od KO w odpowiedniej liczbie okręgów przekroczyła efektywny próg wyborczy. A kluczem jest PSL — Polska 2050 czy klub Centrum nie mają dziś żadnego realnego poparcia i niewykluczone, że poszczególni działacze będą szukać miejsc na listach PSL albo KO.

— Żartobliwie powiedziałbym, że zobaczymy, czy będą to tylko cztery listy. Bo odejście Morawieckiego z PiS nie zatrzymało procesu spadku notowań tej partii i wcale nie uspokoiło wewnętrznych konfliktów. Bo to wcale nie było tak, że w PiS mieliśmy frakcję Morawieckiego i resztę partii, tych wewnętrznych podziałów było więcej. Jarosław Kaczyński coraz bardziej słabnie, a w kuluarach coraz częściej się mówi, że faktycznym prezesem PiS jest dziś Jacek Sasin.

Spodziewam się, że dość szybko padnie „projekt Czarnek”. I pojawi się problem: kogo teraz wystawić jako kandydata na premiera.

Oczywiście Kaczyński będzie próbował konsolidacji prawicy wokół siebie, grając w starą grę: wskazywanie zdrajcy. Wcześniej przez kilka miesięcy starał się przekonać wyborców, że Mentzen zdradzi i pójdzie na układ z Tuskiem, teraz to samo będzie mówił o Morawieckim. Już dziś PiS coraz częściej przedstawia Morawieckiego jako „doradcę Tuska”, który w kancelarii premiera znalazł się za PiS w zasadzie przypadkiem.

Opozycja ma zresztą problem nie tylko z podziałami.

— Gdy Grzegorz Schetyna przegrywał wybory w 2019 r., to z dumą deklarował, że zbudował najtwardszy antyPiS w historii. I czołowy problem dzisiejszej prawicowej opozycji polega na tym, że ona jest postrzegana wyłącznie jako siła antyrządowa, oderwana od problemów zwykłych Polaków.

Weźmy ochronę zdrowia. W badaniach od dawna wychodziło, że to jest temat szczególnie bolący Polaków, prawicowa opozycja w zasadzie go jednak ignorowała do momentu, aż gruchnęła afera Kacprzyka. Dziś, gdy pytamy w badaniach, czy ludzie wierzą, że zmiana władzy coś by zmieniła na lepsze w ochronie zdrowia, to najczęściej odpowiadają, że raczej nie.

PiS po ośmiu latach swoich rządów jest tu zupełnie niewiarygodne. Podobny problem ma Morawiecki. W lepszej pozycji są obie Konfederacje — one nie rządziły i mogą przedstawić swoje propozycje, które nie zostały negatywnie zweryfikowane w praktyce. I mimo ich radykalizmu — bo też Korona Brauna jest o wiele bardziej wolnorynkowa, niż to się wydaje wyborcom — mogą przyciągnąć część elektoratu.

W okresie 2015-2023 Kaczyński potrafił mistrzowsko zagrywać kartą: „no dobrze, ale poza tym, że jest antyPiS, to jaki właściwie opozycja ma program?”. Dziś mógłby nią zagrać Tusk, gdyby nie to, że wizerunkowo sam wpakował się w ten problem. Na razie opozycji brak programu uchodzi płazem, z powodu nieporadności strony rządowej, która napędza jej złe notowania.

— Problem polega na tym, że z tej arytmetycznej większości niekoniecznie musi się ułożyć większość zdolna wspólnie rządzić w przyszłym Sejmie. Gdy dziś Morawiecki wzywa do jednoczenia prawicy, to zaraz Mentzen nagrywa filmik, że on nie utworzy rządu z kimś, kto będzie przepalał publiczne środki.

Każdą partię, która weźmie władzę po wyborach, czeka bardzo trudna kadencja — choćby ze względu na warunki budżetowe. I o ile PiS jest faktycznie zdeterminowane, by wrócić do władzy, o tyle nie widzę apetytu na władzę po stronie obu Konfederacji. Im wygodniej może być ustawić się w roli recenzenta i czekać na przesilenie na prawicy.

— Na przykład tak, że Mentzen po wyborach gra va ­banque i deklaruje: mnie nie interesuje władza, tylko realizacja mojego programu. I jeśli rząd go będzie realizował, to go poprę, a potem będę rozliczał — bo my nie jesteśmy taką partią jak inne, nam nie chodzi o stołki.

Przecież gdyby Konfederacja weszła do rządu z PiS, mając w opozycji do niego Koronę, to byłaby dla niej polityczna masakra. Podobnie dla Korony rządy z Konfederacją w opozycji. Choć oczywiście dla PiS z powodu sojuszu z USA i stosunku Brauna do Izraela sojusz z Koroną może być po prostu niemożliwy.

Więc wcale się nie zdziwię, jeśli po wyborach w 2027 r. nie da się utworzyć żadnego rządu większościowego. Wrócimy do niestabilnych, szybko upadających rządów i zmieniających się koalicji znanych z lat 90.

— Myślę, że on rozważa dwa scenariusze. Pierwszy, idealny jest taki, że staje jako lider mniejszej partii na czele rządu. To by wymagało sytuacji, w której i PiS, i Rozwój Plus robią wyniki znacznie powyżej oczekiwań, a Morawieckiemu udaje się coś, co mu się nie udało w 2023 r. — przekonanie PSL. To jest od dawna marzenie Morawieckiego i części PiS. W tym political fiction udaje się też przekonać część Konfederacji.

Gdyby ten scenariusz się nie spełnił, to Morawiecki pewnie stawia na to, że Kaczyński jest znacznie słabszy, niż się to mogło wydawać, i że jeśli po wyborach PiS nie wróci do władzy, to przyspieszy to procesy dekompozycji tej partii i tworzenie się jakiegoś nowego układu na prawicy, na której będzie samodzielnym, silnym podmiotem.

— Widzimy, że prezydent Nawrocki ma wielkie ambicje, łącznie z faktycznym przekształceniem ustroju Polski w system prezydencki. Tylko gdyby to prezydent zaczął jednoczyć prawicę wokół swojej strategii programowej, to byłby wielki problem dla wszystkich prawicowych partii.

Zacznijmy od PiS. Sytuacja, gdy PiS mówi: „zbudujmy jedną listę pod patronatem prezydenta”, ale tak naprawdę oznacza to jednoczenie prawicy wokół Kaczyńskiego, wzmacnia partię. Ale zupełnie inaczej wygląda scenariusz: nic się już na prawicy nie da poskładać i musi wkroczyć Nawrocki, by ratować sytuację.

Jednoczenie prawicy wokół prezydenta byłoby jeszcze bardziej niewygodne dla mniejszych partii. Bo częścią takiego porozumienia byłoby pewnie to, że cała prawica popiera Nawrockiego w 2030 r. A gdyby Konfederacje nie wystawiły wtedy swoich kandydatów na prezydenta, to byłby ich polityczny koniec. Nie po to Mentzen ściągał rok temu Nawrockiego do Torunia i zmuszał go do podpisania zobowiązań, by teraz oddawać mu wybory prezydenckie w 2030 r.

— Dziś Donald Trump jest skrajnie niepopularny, przegrywa dokładnie na tych polach, które torowały jego ścieżkę do władzy. Jeśli tak jak pokazują sondaże, w listopadzie czeka nas wielka, demokratyczna fala — co moim zdaniem jest prawdopodobne — wyglądająca jak zdecydowane odrzucenie Trumpa przez amerykańskich wyborców, to osłabi oczywiście polską prawicę, tę, która grała mocno na Trumpa — bo Konfederacje zachowały większy dystans. Sytuacja polityczna w USA już ma przełożenie na Europę, bo upada pewien mit amerykańskiego żołnierza, który stoi na straży pokoju na świecie, kurs administracji zaś wzmacnia falę wrogości wobec big techów.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version