Rząd chce zakazu komórek w szkołach, a jednocześnie wprowadza mLegitymację. Trzeba się na coś zdecydować — mówi Magdalena Bigaj, medioznawczyni, badaczka i prezeska Fundacji „Instytut Cyfrowego Obywatelstwa”. Dodaje, że przestrzeganie zasad korzystania ze smartfonów powinno obowiązywać również nauczycieli.

Magdalena Bigaj: Twardy, generalny zakaz przynoszenia smartfonu do szkoły jest w praktyce niewykonalny. Po pierwsze, to prywatna własność ucznia lub rodziców — szkoła nie może nią dowolnie dysponować, ani po prostu zabronić posiadania przy sobie. Po drugie, dla starszych uczniów to dziś podstawowe narzędzie codziennego funkcjonowania — dzięki niemu utrzymują kontakt z rodzicami, płacą za dojazd do szkoły czy kupują sobie obiad.

Wreszcie — rząd jednocześnie proponuje mLegitymację, trwają też prace nad platformą mObywatel Junior. Trzeba się zdecydować: albo traktujemy komórkę jak szkodliwą używkę, albo instalujemy na niej dokument szkolny. Tych dwóch rzeczy nie da się pogodzić.

Nie powinniśmy demonizować urządzeń samych w sobie.

Dużo lepszym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie zasad używania prywatnych urządzeń z dostępem do internetu. Takie rozwiązanie postulował Instytut Cyfrowego Obywatelstwa wraz z innymi organizacjami i ośrodkami badawczymi w wytycznych, które przekazaliśmy MEN w styczniu.

Jeśli nazwiemy coś „zakazem”, podzielimy ludzi na tych, którym się zakazuje i tych, którzy zakazują. To zawsze rodzi opór, poczucie niesprawiedliwości oraz nierówności. A przecież higiena cyfrowa ma dotyczyć nas wszystkich — dzieci i dorosłych, niezależnie od wieku.

I jeszcze jedno: nie możemy ograniczać się wyłącznie do telefonów. Jeśli dziś wprowadzimy ograniczenia tylko dla nich, zaraz będziemy się spierać o smartwatche czy inne urządzenia. A przecież dzieci już dziś korzystają z nich do komunikacji czy nawet ściągania na sprawdzianach, a ostatnio nastolatki opowiadały mi o tym, że na smartwatchu można oglądać filmy pobrane wcześniej na urządzenie.

Istnieją również inteligentne soczewki — „wniesienia” takich do szkoły również nie da się skutecznie zabronić. Jednak można i należy uzgodnić zasady korzystania z wszelkich prywatnych urządzeń z dostępem do internetu na terenie szkoły. I to właśnie postulujemy. MEN zaprosiło nas do konsultacji, będziemy jeszcze o tym dyskutować i mam nadzieję — jest szansa, aby zaproponowane rozwiązania modyfikować.

W badaniach widzimy interesujące zjawisko: ponad 90 proc. dorosłych deklaruje poparcie dla ograniczeń mediów społecznościowych dla dzieci, a jednocześnie — jak pokazuje raport „Internet dzieci” — 58 proc. dzieci w wieku 7-12 lat z nich korzysta. Z tego wniosek, że dorośli często mówią jedno, a robią drugie. Spodziewam się raczej dużego sprzeciwu wobec zakazu — nie tylko wśród rodziców, ale też w środowisku naukowym i wśród edukatorów.

Nie mamy tu konsensusu — właśnie dlatego, że mówimy o zakazie. Gdybyśmy zaczęli rozmawiać o mądrych zasadach używania, przenieślibyśmy tę dyskusję na poziom rozwiązań. W wytycznych przygotowanych wspólnie z ekspertami z różnych obszarów jeden z zapisów brzmi: możesz przynieść do szkoły prywatne urządzenie z dostępem do internetu, ale na jej terenie obowiązują określone reguły.

Na przykład taka, że szkoła jest przestrzenią edukacji i relacji — jej zadaniem jest uczyć i budować więzi. Ponieważ prywatne urządzenia często w tym przeszkadzają, wprowadzamy zasadę ich deponowania na czas lekcji i przerw. Ale musi temu towarzyszyć druga zasada: w sytuacjach szczególnych można z nich skorzystać.

Na przykład wtedy, gdy nauczyciel wykorzystuje je do celów edukacyjnych, a szkoła nie ma własnego sprzętu. Albo gdy dziecko potrzebuje skontaktować się z rodzicem — choćby z powodów emocjonalnych. Takie sytuacje można naprawdę sensownie rozwiązać i mądrze komunikować.

Najskuteczniejsze są takie, które nie wymagają częstego przenoszenia smartfonu z miejsca na miejsce. Z naszych obserwacji — a odwiedzamy rocznie ponad 200 szkół w całej Polsce — najlepiej sprawdzają się szafki. Duże, w których uczniowie trzymają również inne swoje rzeczy albo małe szafki, przypominające skrytki pocztowe.

Nie sprawdzają się np. filcowe kieszonki wiszące w klasach czy przegródki na biurku nauczyciela, bo kontaktują dziecko z urządzeniem dwa razy w ciągu każdej godziny — na początku i na końcu lekcji. Wiele szkół wykorzystuje też specjalne pokrowce na komórki, blokowane magnetycznie na czas pobytu w szkole. Obserwujemy na razie, jak to się będzie sprawdzało.

Z wielu badań wynika, że ekran skutecznie przyciąga uwagę. Wystarczy powiadomienie, by pojawiła się silna potrzeba sięgnięcia po urządzenie. Co więcej, badania pokazują, że wystarczy, gdy telefon leży w zasięgu wzroku, by nas rozpraszał, nawet jeśli jest wygaszony.

Trzeba jednak pamiętać, że wpływ smartfonów na uczniów — ich koncentrację czy wyniki w nauce — nigdy nie wynika z jednego czynnika. Zależy od higieny cyfrowej w domu, kapitału społeczno-kulturowego i indywidualnych zdolności uczenia się. Jednych więc telefon będzie stale kusił, dla jednych jednak nie będzie stanowił problemu. Właśnie dlatego szkoła powinna być miejscem wyrównywania szans — czyli przestrzenią, w której można się uczyć bez ciągłego rozpraszania.

Muszę też przypomnieć, że nowe urządzenia cyfrowe odgrywają istotną rolę w przemocy rówieśniczej. Skala przemocy nie rośnie, ale zmienia się jej zasięg. Smartfon stał się nowym narzędziem: ten sam odsetek uczniów krzywdzi innych, ale dziś ma do dyspozycji medium, które zwiększa skalę tej krzywdy i pozwala na jej utrwalanie.

Oczywiście, że nie. Dlaczego nie chciałabym, żeby MEN koncentrowało się wyłącznie na zakazach. Potrzebujemy nowych zasad , ale też dobrej edukacji cyfrowej. Dopiero jedno razem z drugim — i konsekwencja we wprowadzaniu — daje szansę, że po kilku latach kultura szkoły zacznie się zmieniać. To już widać w placówkach, które takie zasady wprowadziły.

W dodatku nie chodzi tylko o szkoły. Problem wymaga współpracy między resortami i podejścia systemowego. Już w żłobkach i przedszkolach widać przebodźcowanie. A wykładowcy — także na renomowanych uczelniach — głowią się, jak pracować ze studentami, którzy podczas zajęć scrollują i nie potrafią utrzymać uwagi.

Potrzebujemy całościowej strategii zdrowego funkcjonowania w świecie cyfrowym — takiej, która obejmuje edukację od żłobka po studia, ale też dom i pracę. Brak higieny cyfrowej u dorosłych często wynika ze stylu pracy: ciągłej dostępności i zacierania granic między życiem zawodowym a prywatnym. Wtedy ekran staje się najłatwiejszym rozwiązaniem, także w relacji z dzieckiem.

Żeby to zrozumieć, trzeba najpierw wiedzieć, po co dzieci sięgają po ekran. Uczeń wychodzi z lekcji, która jest dla niego zawsze w jakimś stopniu sytuacją stresową: na lekcji może być sprawdzian, ktoś może być pytany, trzeba się skoncentrować. W czasie przerwy naturalnie chce to napięcie szybko obniżyć. Jeśli ma pod ręką smartfon, który daje rozrywkę i oderwanie od stresu, sięgnie po niego.

Dlatego jeśli zabierzemy uczniom komórki na przerwie, musimy dać im coś w zamian.

Nie tyle organizować, ile stworzyć warunki, żeby przerwa mogła być spędzona tak, jak powinna — jako czas rozprężenia i relaksu.

To moment, w którym uczniom potrzebny jest ruch. Nie muszą biegać — wystarczy, że pochodzą, rozciągną się. Dlatego stoły do ping-ponga, które w wielu szkołach już stoją, są bardzo dobrym rozwiązaniem.

Wiele szkół tworzy też sale do cichej przerwy, co również jest dobrym rozwiązaniem: na każdym piętrze wyznacza się pomieszczenia, w których uczniowie mogą w spokoju i ciszy spędzić ten czas. To ważne zwłaszcza dla dzieci ze specjalnymi potrzebami, które źle znoszą hałas.

Przede wszystkim jednak powinniśmy otworzyć szkoły na boiska i tereny na zewnątrz. W krajach zachodnich, zwłaszcza skandynawskich, przerwy spędza się na świeżym powietrzu, bez względu na pogodę. U nas wciąż się tego boimy — od jesieni do wiosny wolimy dzieci nie wypuszczać, bo naniosą błota i trzeba będzie sprzątać.

Nauczycieli, a również rodziców, którzy czekając na dzieci, stoją z twarzą w ekranach. Moim zdaniem, źle świadczy o nauczycielu, jeśli nie rozumie, że zasada nieużywania prywatnych urządzeń podczas lekcji i przerw obowiązuje także jego — wtedy, kiedy jest z uczniami.

Mamy dużo sygnałów od uczniów i rodziców, że nauczyciel daje zadanie, a sam siada ze smartfonem. Uczniowie widzą, że przegląda Zalando albo siedzi na Vinted czy Messengerze — po kolorach rozpoznają aplikacje. I to podkopuje autorytet dorosłych.

To złożony problem i nie rozwiążemy go punktowo. Warto jednak regulować to w szkołach, bo to sygnał dla społeczeństwa : skoro wprowadzamy zmianę wobec dzieci, to znaczy, że „coś musi być na rzeczy”. Jeśli jednak chcemy głębszej zmiany — nowych norm społecznych — to musi się wydarzyć znacznie więcej.

Na poziomie indywidualnym chodzi o podstawową świadomość, że urządzenia cyfrowe są narzędziem codziennym, ale wysokiego ryzyka. I że dotyczy to dzieci, ale także dorosłych. Podobnie było ze zdrowym odżywianiem — dziś nie trzeba kończyć dietetyki, żeby wiedzieć, że z cukrem trzeba uważać.

Na poziomie społecznym ta wiedza musi stać się powszechna. Wtedy rodzice, którzy chcą ograniczać dzieciom dostęp do mediów społecznościowych, nie będą pod presją: „Jak to, twoje dziecko nie ma WhatsAppa, skoro ma go cała klasa?”

I wreszcie poziom systemowy — czyli rozwiązania prawne, które pomagają te normy utrwalać. Zasady wprowadzone wyłącznie w szkole nie „naprawią” od razu wszystkich rodziców i całego społeczeństwa. Jednak szkoła ma wciąż duży wpływ. Musimy się więc uzbroić w cierpliwość. Dobrze byłoby też, żeby te cząstkowe działania stały się częścią spójnej strategii. Dziś tak nie jest — i dlatego idzie nam to jak po grudzie.

To, co zrobiła Australia, jest na pewno krokiem pionierskim. To eksperyment, któremu trzeba się uważnie przyglądać i wyciągać wnioski. Już fakt wprowadzenia ograniczeń coś zmienił — niektórzy użytkownicy obchodzą blokady, ale wiele kont zostało zamkniętych. To uderzyło finansowo we właścicieli platform. Mam nadzieję, że taki nacisk zadziała podobnie jak kiedyś w przemyśle spożywczym obowiązek podawania składu produktów — wtedy część konsumentów zaczęła wybierać zdrowsze opcje, a producenci musieli poprawiać skład.

Nie da się pozbyć problemu inaczej. Bo nie da się dziś uczciwie powiedzieć, że jako społeczeństwo możemy funkcjonować bez mediów społecznościowych. Indywidualnie — tak. Ale zbiorowo staliśmy się od tych platform zależni, odbywa się tam mnóstwo potrzebnej komunikacji. Problemem są jednak nieuczciwe praktyki: algorytmy podsycające emocje i lęk, mechanizmy o charakterze hazardowym, dopuszczanie treści jednoznacznie szkodliwych.

Wystarczy jeden przykład: Meta, właściciel Facebooka i Instagrama, wiedziała, że w jej serwisach reklamują się firmy scammerskie, oszukujące użytkowników — i zarabiała na tym miliardy dolarów. Dlatego być może takie regulacje skłonią platformy do tego, by ich produkty były mniej szkodliwe — tak jak stało się to w przemyśle spożywczym. A wtedy ograniczenia być może nie będą już potrzebne albo będzie można je złagodzić.

Problemem w rozwiązaniu australijskim jest zamknięty katalog platform i produktów objętych regulacją — młodzież bardzo szybko uciekła do tych, które pozostają poza kontrolą.

Dlatego postulujemy wprowadzenie powszechnej klasyfikacji produktów i usług cyfrowych pod względem czynników ryzyka. Tak jak RODO zobowiązało firmy do oceny swoich produktów pod kątem ochrony danych, tak samo powinien istnieć obowiązek oceniania ryzyka i jasnego komunikowania go użytkownikom.

Na produktach spożywczych podaje się skład. Podobnie powinno być w przypadku platform internetowych — powinny informować o ryzyku. Gdyby Facebook musiał napisać wprost: możesz natknąć się na treści traumatyzujące, pornografię, reklamy oszustów, a nasz algorytm będzie podsuwał ci treści wzbudzające silne emocje — bylibyśmy w zupełnie innym miejscu. Oczywiście brzmi to brutalnie i nikt nie sformułuje tego w ten sposób. Ale właśnie na tym polega problem: dziś tego się nie komunikuje wcale.

Dlatego nie powinniśmy traktować mediów społecznościowych jako jednego monolitu. Pytanie, czy wpływają negatywnie na zdrowie psychiczne, jest zbyt ogólne — odpowiedź brzmi: i tak, i nie. To zależy od wieku, kondycji psychicznej i tego, jakie treści oglądamy. Dla mnie sedno jest inne: czy platformy dopuszczają dziś obecność treści, które mogą krzywdzić? Odpowiedź brzmi: tak. I to jest sedno problemu.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version