Ograniczenie firmom wymogów raportowania ESG odbyło się pod hasłem poprawy konkurencyjności europejskich przedsiębiorstw. Tymczasem i tak muszą to robić — zmuszają je do tego instytucje finansowe, klienci i instynkt przetrwania.
W kuluarach konferencji i w gabinetach zarządów firm od miesięcy krąży hasło: „ESG umiera”. Sceptycy zacierali ręce, bo europejski pakiet „Omnibus”, który miał uprościć wymogi raportowania ESG, na pierwszy rzut oka wygląda jak kapitulacja brukselskiej biurokracji.
Tysiące europejskich firm sumiennie przygotowało się, by sprostać nowym wymaganiom (dyrektywa CSRD) w zakresie raportowania o wpływie na środowisko, społeczeństwo i ład korporacyjny (ESG), tylko po to, żeby kilkanaście miesięcy później zostać zwolnionym z tego obowiązku.
UE zrobiła krok wstecz
W Polsce w marcu przyjęto nowelizację ustawy o rachunkowości, która sankcjonuje zwolnienie większości przedsiębiorstw z przygotowywania raportów zgodnie z europejskimi standardami sprawozdawczości zrównoważonego rozwoju (ESRS) za 2025 i 2026 r.
Formalnie muszą to zrobić tylko te, które zatrudniają ponad tysiąc pracowników oraz osiągają przychody ponad 450 mln euro rocznie. Komisja Europejska uprościła też znacznie sposób raportowania, a ilość ujawnianych przez firmy danych będzie bardzo ograniczona.
— Teoretycznie biznesowi powinno ulżyć, bo Unia Europejska zrobiła krok wstecz — nowe regulacje znacząco ograniczyły obowiązki raportowe, zdejmując je z barków tysięcy mniejszych firm. Nowelizacja ustawy dała wielu spółkom kolejne dwa lata świętego spokoju, ale to katastrofalna decyzja dla środowiska i kolejne przyzwolenie na niskie ambicje w zakresie spełniania norm ESG — uważa Irena Pichola, CEO w Artha Consulting Network, prezeska Forum Odpowiedzialnego Biznesu, przewodnicząca Komitetu Sterującego Chapter Zero Poland.
Paradoks polega na tym, że choć regulator poluzował śrubę przedsiębiorstwom, to bankom i funduszom inwestycyjnym dokręcił ją jeszcze mocniej. Instytucje finansowe nadal podlegają więc rygorystycznym wymogom klimatycznym. Dla banku portfel kredytowy pełen „brudnych” inwestycji to ryzyko.
— W praktyce oznacza to, że przedsiębiorca, który dzięki nowym przepisom nie musi teoretycznie raportować ESG, i tak będzie musiał pokazać swoje wyniki, jeśli stara się o dużego kontrahenta czy o lepsze warunki kredytu — twierdzi Irena Pichola. — Bez twardych danych o śladzie węglowym czy standardach etycznych firma staje się dla banku tzw. czarną skrzynką. A za ryzyko nieznanego płaci się wyższą marżą lub, coraz częściej, odmową finansowania.
Potwierdza to Dominika Bagińska-Chyłek, dyrektor ESG w firmach deweloperskich Robyg i Vantage: — Decyzja Komisji Europejskiej w naszym przypadku nic nie zmieniła. Raportujemy od pięciu lat dobrowolnie, bo tego oczekuje rynek. Również niemiecki, bo po przejęciu firmy przez niemieckiego inwestora raporty stanowią istotny element jego oceny i ratingów. Dane z Polski przekazywane są w ramach audytowanego raportu skonsolidowanego, a dodatkowo powstają skrócone raporty dla rynku polskiego. Dla nas to narzędzie analityczne i element budowania wiarygodności wobec inwestorów i instytucji finansowych.
Przekonuje, że większość ich budynków spełnia kryteria taksonomiczne w zakresie efektywności energetycznej — zapotrzebowanie na energię pierwotną jest w nich co najmniej o 10 proc. niższe niż próg określony w warunkach technicznych. — To wzmacnia wartość inwestycji w czasie oraz ich atrakcyjność dla klientów oraz instytucji finansujących — mówi Dominika Bagińska-Chyłek.
Jak wygrać stabilność
Regulacje wymagają aktualnie od instytucji finansowych gromadzenia i uwzględniania w działalności kredytowej, inwestycyjnej czy ubezpieczeniowej około 70 kategorii danych ESG. Dlatego działające w Europie fundusze inwestycyjne, które zarządzają w sumie ponad 55 proc. wszystkich aktywów, formalnie oczekują od spółek nie tylko danych ESG, ale również konkretnych informacji o postępach w tych obszarach.
— Wymogi instytucji finansowych to jedno, ale warto też pamiętać o oczekiwaniach największych koncernów, które są partnerami biznesowymi wielu przedsiębiorstw. W dobie niepewności geopolitycznej koncerny te dbają o stabilność swoich łańcuchów dostaw. Dlatego oczekują one od dostawców raportowania określonych informacji i prowadzenia działań, które można określić mianem zrównoważonej transformacji albo po prostu budowaniem odporności biznesowej — podkreśla Piotr Biernacki, ESG Reporting Partner, który współtworzył unijne standardy raportowania (ESRS).
Taki globalny koncern może na przykład oczekiwać od swoich dostawców dekarbonizacji. Obniżenie emisji gazów cieplarnianych oczywiście służy powstrzymaniu zmian klimatu, ale z punktu widzenia koncernu chodzi o coś innego. Spółka redukująca emisje przechodzi elektryfikację i opiera się w coraz większym stopniu na OZE. Dzięki temu przestaje być uzależniona od paliw kopalnych, więc staje się odporna na podwyżki cen paliw, na przykład takie, jakich doświadczyliśmy w wyniku wojny USA i Izraela z Iranem. Dla koncernu oznacza to stabilność cen dostarczanych surowców, materiałów i komponentów. Za wymogami w zakresie ESG stawianymi przez duże spółki dostawcom stoi więc przede wszystkim zwykły rachunek ekonomiczny.
— Okazało się, że wdrożenie strategii ESG to w rzeczywistości najszybsza droga do zbudowania operacyjnej autonomii i bezpieczeństwa finansowego. W tym wyścigu nie chodzi o to, by spełnić wymogi prawa, ale by wygrać stabilność w świecie, który przestał być przewidywalny — dodaje Pichola.
O tym, że z perspektywy zarządów najważniejsze stają się dziś te elementy ESG, które budują biznesowo uzasadnioną odporność firmy, przekonują też autorzy raportu Fundacji Climate & Strategy i Fundacji Orlen „Odporna i silna Polska. Wzmacnianie rezyliencji firm wobec zmiany klimatu, wyzwań energetycznych i dezinformacji”. Z którego jasno wynika, że odporność na szoki i kryzysy klimatyczne, energetyczne i dezinformacyjne to w zasadzie dzisiaj warunek przetrwania na rynku.
— Dlatego nikogo już nie dziwi, że globalny koncern wymaga od swojego dostawcy ratingu ESG — przygotowywanego przez agencje badawcze MSCI, Sustainalytics czy EcoVadis — na określonym poziomie. I daje swojemu podwykonawcy, firmie sprzątającej, ochroniarskiej czy logistycznej, ultimatum: jeśli twój rating ESG spadnie poniżej ustalonego poziomu, masz 60 dni na poprawę. Inaczej kontrakt wygasa. Tym samym najbardziej niepokojącym zjawiskiem są tzw. blind spots — spółki całkowicie niewidoczne dla rynku ratingowego — uważa Pichola.
Joanna Węgrzynowska, pełnomocniczka zarządu ds. ESG w Grupie Lux Med, ujawnia, że spółka rocznie dostaje kilkadziesiąt zapytań dotyczących wskaźników ESG podczas przetargów. — W zeszłym roku wśród naszych 20 największych klientów połowa korzystała z ratingu EcoVadis — przyznaje.
Z raportu Artha Consulting Network wynika, że ponad 40 proc. spółek z GPW nie ma ratingu ESG, a w sWIG80 nie posiada go aż 66 proc. — Brak ratingu to brak widoczności dla funduszy inwestujących w małe i średnie spółki. To nie jest ryzyko reputacyjne, tylko realnie wyższy koszt kapitału, a nawet zupełne odcięcie od finansowania — zauważa Maciej Orczyk, autor raportu.
Firmy, które patrzyły na kwestie środowiskowe i społeczne przez pryzmat przykrego obowiązku sprawozdawczego, nie wzięły pod uwagę tego, że zmieniły się czynniki konkurencyjności Polski, jak i profil ryzyka w gospodarce.
— Pojawiły się nowe czynniki konkurencyjności i ryzyka, których nie da się zmierzyć jedynie wskaźnikami finansowymi adekwatnymi dla gospodarki rodem z lat 90. XX w. — mówi dr hab. Robert Sroka, wiceprezes Sustainable Investment Forum Poland (POLSIF). I wylicza: zdolność firm do absorbowania zaburzeń w łańcuchu dostaw, umiejętność adresowania oferty do starzejącego się społeczeństwa, zatrzymanie talentów i dostęp do pracowników przy zapaści demograficznej, zapewnienie bezpiecznych i kosztowo efektywnych źródeł energii czy zdolność do poprawy efektywności z wykorzystaniem AI.
Dlatego instytucje finansowe potrzebują danych ESG, żeby lepiej oceniać ryzyko kredytowe czy inwestycyjne. Na przykład w branżach uzależnionych od wody, której jest coraz mniej w Polsce, lub w zmieniającej się branży samochodowej.
— Zamiast wyposażenia firm w zestaw narzędzi i mechanizmów wspierających przystosowanie do nowej rzeczywistości Europa zrobiła krok w tył, nie rozwiązując żadnych problemów. „Omnibus” może doprowadzić do tego, że za pięć lat, zamiast raportować według ESRS, które możemy kształtować, będziemy raportować zgodnie ze standardami chińskimi, które zostaną nam narzucone odgórnie, w ramach relacji biznesowych — twierdzi Piotr Biernacki.
Chiny, podobnie jak Japonia, Australia, Wielka Brytania, Turcja, Republika Południowej Afryki i wiele innych krajów, rozwijają bowiem własną sprawozdawczość zrównoważonego rozwoju. Rozbudowują się też systemy międzynarodowe, jak IFRS czy Global Reporting Initiative, która przyspieszyła prace nad wydaniem standardów sektorowych. Europejska spółka z określonej branży, zamiast zastosować przy tworzeniu swojego raportu jeden sektorowy standard raportowania zrównoważonego rozwoju (stworzony w Unii, dostosowany do europejskiego prawa, skonsultowany z europejskimi spółkami), będzie musiała przeczytać wiele innych standardów i zastanawiać się, które z nich najlepiej pasują do prowadzonej przez nią działalności.
— To trochę przypomina sytuację producentów samochodów. Europejskie koncerny motoryzacyjne przez ostatnich kilka lat walczyły z zakazem sprzedaży aut spalinowych od 2035 r., zamiast zająć się projektowaniem i produkowaniem coraz lepszych i tańszych samochodów elektrycznych — mówi Biernacki. — W 2035 r. w Europie nikt nie będzie kupował aut spalinowych, tylko elektryczne, ale sprzedawane przez chińskie koncerny, które nie zajmowały się walką z zakazem, tylko przygotowały się do wykorzystania szansy. Absurd sytuacji widzimy jeszcze lepiej w obliczu wydarzeń z ostatniego miesiąca i znaczącego wzrostu cen paliw — dodaje.
Już rok po ogłoszeniu hasła zmniejszania obciążeń administracyjnych dla spółek okazało się zatem, że raportowania ESG nie da się uniknąć. Tak jak transformacji energetycznej czy walki o to, żeby kwestie ESG decydowały o przewadze konkurencyjnej. Gdyby firmy działające w Europie musiały zapewnić, że ich towary w całym łańcuchu dostaw spełniają określone kryteria społeczne czy środowiskowe, nie bałyby się takich umów jak Mercosur. Problem w tym, że w aktualnej, ciągle zmieniającej się rzeczywistości sami urzędnicy stracili już rachubę, co może pomóc europejskim firmom, a co wbrew dobrym intencjom — w ostatecznym rozrachunku im zaszkodzi.

