Rzadko się zdarza w życiu społecznym taki emocjonalny rollercoaster jak ten ostatnio. Więcej: myślę, że nawet w życiu jednostkowym, poszczególnym, gdzie wiadomo, że emocje odgrywają rolę o wiele bardziej doniosłą, nawet tam trudno byłoby znaleźć analogię. Nic dziwnego, że wiele osób próbuje schować się za tarczą czegoś na kształt podejrzliwej racjonalności. Nic dziwnego, że im się to nie udaje.

W czwartek dotarła do nas tragiczna, niemożliwa do ogarnięcia wiadomość o śmierci posła Łukasza Litewki. Czytałam tych kilka linijek ze sto razy, bo cały czas nie mogłam i wciąż nie mogę pojąć, jak taki absurd w ogóle mógł mieć miejsce. Jakim kosmicznym prawem coś takiego mogło się stać? I powiem szczerze, że nie znalazłam pomocy ani żadnej pociechy w jakiejś myśli wzniosłej, chociaż tyle ich przecież znam. W głowie się ten absurd niepotrzebnej, przedwczesnej śmierci nie chce za nic zmieścić.

Od lat obserwowałam działania posła Litewki ze wzruszeniem i podziwem. Myślałam sobie, że to wreszcie jest właściwy człowiek na właściwym miejscu. Łączył ogromną wrażliwość ze sprawczością. Pomagał ludziom i istotom więcej niż ludzkim, był tam, gdzie najsłabsi go najbardziej potrzebowali. Skupił wokół siebie niezwykłą społeczność nieobojętnych — Team Litewka, grupę ludzi dobrej woli, do których apelował o pomoc, a oni natychmiast i bezbłędnie reagowali. Wspólnie dokonywali cudów, ratowali życie, nieśli pomoc i dawali nadzieję. Poseł Litewka zbierał pieniądze m.in. na leczenie dzieci chorych na SMA, ratował cierpiące psy z mordowni zwanej „schroniskiem” w Sobolewie. Miał odwagę piętnować zło, ujawniać twarze przestępców, którzy dopuszczali się aktów bestialstwa wobec ludzi i zwierząt.

Nie bywał w mediach. Kiedy próbowaliśmy go zapraszać, odmawiał, tłumacząc, że jest tak bardzo zajęty działaniem, że nie ma czasu chodzić i gadać. Szanowaliśmy to i wspieraliśmy. Łukasz Litewka budził mój podziw również dlatego, że potrafił wzbić się ponad partyjne podziały, wyjść poza polaryzację. W imię pomagania najsłabszym był w stanie rozmawiać z każdym, zapukać do każdych drzwi. Kiedy zginął, wszyscy znaleźli się w żałobie, nawet ci najbardziej politycznie oddaleni.

Na dzień przed śmiercią Łukasz Litewka napisał na swoim (obserwowanym przez 919 tys. ludzi) profilu na FB o zbiórce rozpoczętej przez youtubera Łatwoganga, że to, co robi on wspólnie ze swoimi gośćmi, zasługuje na najwyższe uznanie „… nie tylko z powodów wsparcia finansowego dla dzieci chorych na raka”.

Dalej dodał: „Niezależnie czy zbiórka skończy się na 5, czy 10 mln, to coś więcej niż tylko pieniądze. To przykład, że się da, że młodzi potrafią wykorzystywać swoją rozpoznawalność i zasięgi do szczytnych celów. Że wystarczy iskra, którą dał Bedoes, by inni przystąpili do projektu i można sobie gdybać, że teraz to tam chce być każdy, że warto się tam pojawić itd., ale nie zmienia to jednego: że to realna pomoc i motywowanie społeczeństwa, by głośno rozprawiało się z rakiem. I może tam klną, może czasami jest nietypowo i dziwnie, ale przestańmy oczekiwać od młodych ludzi, by zachowywali się nad wyraz poprawnie, a po prostu pozwólmy im wyrażać siebie, tak jak oni sami czują życie. Bo to ich życie, a nie nasze. W czasach freak fightów, rozpowszechniania patologii i tych idiotycznych konferencji, na których głupota bawi się w najlepsze, ten stream i zaangażowanie szczególnie młodych ludzi jest jak otwarcie okna i powiew świeżego powietrza w cuchnącym, dawno nie otwieranym pokoju, zwanym internet”.

I to są świetne słowa, a do tego nie 5, nie 10, tylko 250 mln zł, niewiarygodnie wspaniałe ćwierć miliarda PLN na leczenie tych najmłodszych, dzielnych pacjentek i pacjentów. Wielka kwota uzbierana z dyszek i z milionowych przelewów od wielkich firm. Mnóstwo bardzo potrzebnych pieniędzy. Nie umiem o tym myśleć bez wzruszenia, tak samo jak nie umiem się nie rozpłakać, kiedy słyszę, jak 11-letnia Maja dissuje raka razem z Bedoesem. Wypełnia mnie wdzięczność i jakiegoś rodzaju dawno nieodczuwana wiara w to, że jednak — na przekór temu wszystkiemu — ludzkość ma przed sobą jakieś szanse, że jednak może być dobrze.

Andrzej Poczobut po pięciu potwornie długich latach został uwolniony. Kiedy myślę o tym, co przeszedł, zawodzi mnie wyobraźnia. Teraz najważniejsze, żeby wrócił do zdrowia i żeby jak najczęściej uśmiechał się tak jak na zdjęciu ze szpitala, gdzie przytula swoją żonę Oksanę.

Od tygodnia tłuką mi się po głowie banały: solidarność ma niezwykłą moc, razem sobie poradzimy. Ze wszystkim.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version