Donald Tusk podziękował prezydentowi tylko „pod wpływem krytyki” i „w sposób lekceważący”? Narracja PiS dość wyraźnie się nie spina.

Andrzej Poczobut został uwolniony z białoruskiego więzienia i wrócił do Polski. Ten sukces ma wielu ojców, nie byłby on możliwy, gdyby nie zaangażowanie administracji Donalda Trumpa w rozmowy z Łukaszenką — tak, czasem także działania tej administracji przynoszą dobre skutki — działania polskich władz i służb specjalnych, wreszcie, jak powiedział premier Donald Tusk, pomoc naszych sojuszników z Rumunii i Mołdawii. Niestety, nawet to wydarzenie, które powinno jednoczyć, dostało się w młyny polaryzacyjnej politycznej młócki — głównie z winy PiS i ośrodka prezydenckiego.

Na koncie Jarosława Kaczyńskiego w serwisie X (prowadzonym, jak powszechnie uważa się w środowisku dziennikarskim, przez posła Radosława Fogla) wykorzystano wręcz to wydarzenie do ataku na rząd Tuska. „Andrzej Poczobut wolny! Ten dzień mógł nastąpić już wiele miesięcy temu, przy okazji wymiany więźniów w Ankarze. Wówczas rząd Tuska odpuścił tę szansę. Na szczęście lepiej późno niż wcale. To właśnie dlatego sojusz polsko-amerykański ma znaczenie. Gratulacje dla Pana Prezydenta” — można było przeczytać pod wpisem firmowanym przez Kaczyńskiego.

Innymi słowy, gdyby nie Tusk, to Poczobut wyszedłby z więzienia znacznie wcześniej. Zatem rząd, nasza dyplomacja czy służby nie tylko nie pomogły, ale wręcz przeszkadzały w jego uwolnieniu, za które zasługę w całej mierze przypisać należy prezydentowi. Albo dwóm prezydentom, bo gratulacje z ostatniego zdania wpisu mogą się równie dobrze odnosić do Donalda Trumpa, jak i do Karola Nawrockiego.

Także Marcin Przydacz, szef Biura Polityki Międzynarodowej prezydenta Nawrockiego, w swoim wpisie na X uwolnienie Poczobuta przypisał dwóm prezydentom, nie wspominając w ogóle o rządzie: „Andrzej Poczobut na wolności! To wspaniała wiadomości. Uwolniony przez Amerykanów na skutek decyzji prezydenta D. Trumpa po rozmowie z prezydentem K. Nawrockim w Białym Domu. Wiele zabiegów, ale finalnie sprawa została pomyślnie zakończona”.

Gdy niektórzy dziennikarze zwrócili prezydenckiemu ministrowi uwagę, że próba budowania politycznego kapitału prezydenta na takim wydarzeniu nie jest do końca przyzwoita, ten odpowiedział, w wybitnie obraźliwo-napastliwy sposób zarzucając im ignorancję i uprawianie propagandy.

Problem dla narracji PiS w tym, że zupełnie inaczej sprawę przedstawił ambasador USA w Polsce Thomas Rose. W serwisie X amerykański dyplomata wspomniał nie tylko o determinacji prezydenta Nawrockiego, ale podziękował także szefowi polskiego MSZ Radosławowi Sikorskiemu oraz polskim służbom — podlegającym przecież rządowi, a nie prezydentowi. I można zastanawiać się, czy to, co Kaczyński i Przydacz pisali na temat uwolnienia Poczobuta, nie wynikało z lęku przed tym, że wyborcy uznają, iż także rząd ma dobre relacje z Amerykanami.

Propaganda PiS od momentu, gdy Trump wrócił do Białego Domu, przekonuje bowiem, że jest wręcz przeciwnie. W jej narracji Tusk ma być osobą wręcz niepożądaną w Białym Domu ze względu na swoją krytykę Trumpa, podobnie jak Sikorski, którego małżonka Anne Applebaum — wpływowa w USA autorka — jest jedną z najbardziej wyrazistych krytyczek obecnej administracji, zarówno jej polityki zagranicznej, jak i wewnętrznej. W przekazie dla najtwardszego elektoratu PiS i część otoczenia prezydenta straszą wręcz, że Tusk — jako polityk w gruncie rzeczy niemiecki — dąży do podważanie naszego sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi. W imię interesów Berlina, oczywiście, co stanowi egzystencjalne zagrożenie dla dalszego trwania polskiej państwowości.

Co tymczasem widzi przeciętny, nawet prawicowy wyborca, obserwując powrót Poczobuta do Polski? Że sojusz polsko-amerykański jak najbardziej działa także pod rządami Tuska, że państwo ma dobre relacje z amerykańską administracją, a ambasador Rose, zawsze bardzo czuły na krytykę Trumpa przez polskich polityków, chwali Sikorskiego z nazwiska. Narracja PiS dość wyraźnie się więc nie spina.

Oczywiście, można się też czepiać polityków strony rządowej, że pisząc o uwolnieniu Poczobuta, wspominają o rządzie i służbach, a nie o wysiłkach prezydenta Nawrockiego i jego relacjach z Trumpem. Byłby to jednak fałszywy symetryzm. Strona rządowa nie wykorzystała bowiem uwolnienia Poczobuta, by zaatakować prawicową opozycję albo prezydenta, to ona została zaatakowana na koncie lidera największej opozycyjnej partii w serwisie X. To Przydacz próbował przekonać, że uwolnienie Polaka doszło do skutku tylko dzięki rozmowom Nawrockiego z Trumpem. I to on obrażał dziennikarzy wskazujących na niestosowność takiej formy komunikacji w takim momencie.

Tusk zdobył się jednak na to, by podziękować prezydentowi i jego otoczeniu za to, że „przypominali stronie amerykańskiej” o konieczności uwolnienia polskiego dziennikarza. Choć bliskie PiS media, jak portal wPolityce, próbowały przekonywać, że Tusk podziękował prezydentowi tylko „pod wpływem krytyki” i „w sposób lekceważący” — z tym ostatnim od biedy można by się zgodzić, ale to jednak premier zdobył się na gest, który przerósł drugą stronę. PiS i ludzie prezydenta ustawili poprzeczkę tak nisko, że strona rządowa nie musiała robić wiele, by dobrze wypaść na ich tle.

I poza najtwardszym elektoratem PiS taka komunikacja nie pomoże ani Nowogrodzkiej, ani Pałacowi Prezydenckiemu — umocni raczej stereotyp o pisowskiej prawicy jako środowisku mającym ewidentny problem z zawiścią, głodem uznania i małostkowością. Bo zwłaszcza wpis z konta Kaczyńskiego w tym dniu i w takim kontekście był poza wszystkim innym przede wszystkim monstrualnie małostkowy.

W dobrze działającej demokracji tego typu spory byłyby po prostu niewyobrażalne w momencie, gdy po latach spędzonych w kolonii karnej do kraju wraca zasłużony polski działacz i dziennikarz, cała uwaga opinii publicznej skupiałaby się na jego osobie. Niestety, wybraliśmy sobie — i nie przestajemy wybierać — takich, a nie innych polityków. I jesteśmy tam, gdzie jesteśmy.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version