Uwolnienie Andrzeja Poczobuta to święto wszystkich Polaków. Święto najprawdziwsze, bo chodzi o życie. Dosłownie. Niech Andrzej połączy nas w trosce o Polskę.
Wygląda jak cień człowieka, ale jest wreszcie wolny. Reszta do didaskalia, przynajmniej na razie. Przyznam, że ręce trzęsą mi się z emocji. Wciąż jestem w szoku. W szoku z radości. Czekałem na ten moment tak długo, że nie mogłem uwierzyć w to, co się stało. O uwolnieniu Poczobuta dowiedziałem się tak jak wielu z nas — ze zdjęcia premiera Donalda Tuska na jego profilu na Facebooku. Kiedy w Warszawie zjawił się specjalny wysłannik prezydenta Donalda Trumpa na Białoruś John Coale, przez myśl przeszło mi, że może dojść od przełomu. Andrzej miał być już uwolniony tyle razy, że zagłuszyłem w sobie nadzieję.
Cieszę się podwójnie
16 kwietnia obchodził 53. urodziny, piąte za kratami. Bardzo bolało mnie to, że traci zdrowie, że dosłownie i w przenośni „kurczy” się z dnia na dzień na oczach całego świata. Napisałem wtedy na swoim profilu na X, że to, iż nie udało się go uwolnić, uważam za jedną z największych porażek państwa polskiego. Nie obarczałem za to winą rządu — obecnego czy poprzedniego. Po prostu czułem żal, złość i bezsilność. Dlatego cieszę się podwójnie. Po pierwsze dlatego, że odzyskałem wiarę w sprawczość państwa polskiego, co do której zaczynałem już mieć wątpliwości. Po drugie dlatego, że Andrzej był moim kolegą. I jego los leżał mi na sercu bardziej niż los innych więźniów politycznych Łukaszenki.
Poznaliśmy się kilkanaście lat temu, kiedy pracowałem w dziale zagranicznym „Gazety Wyborczej”. Zaprzyjaźniliśmy się od pierwszego widzenia. I nie miało znaczenia to, że nie widywałem go często. Ostatni raz rozmawialiśmy przez telefon pod koniec 2020 roku, kilka miesięcy przed jego aresztowaniem. Pytałem go, co będzie z Białorusią, jak widzi sprawy. Mówił, że „będzie to, co zawsze”, że władza dociśnie śrubę. Nie był optymistą, zapewne podejrzewał, że może zostać aresztowany.
W słynnym eseju „Siła bezsilnych” z 1978 roku Vaclav Havel pisał, że „uciśnieni noszą w sobie siłę, by zaradzić własnej bezsilności”. Dziś, bardziej niż kiedykolwiek, rozumiem, co chciał przez to powiedzieć. Andrzej miał tej havlowskiej siły na tyle dużo, że mógł się z nią dzielić z całym światem. Przyznam, że byłem nawet na niego zły, że nie chciał nieco ustąpić, że się nie ugiął i odmawiał napisania listu z prośbą o ułaskawienie. Żaden ze mnie bohater i sam nie wiem, jak zachowałbym się na jego miejscu. Andrzej jest dla mnie wzorem nie tylko dziennikarstwa, ale człowieczeństwa, w heroicznej postaci, co dziś jest wielką rzadkością.
Powodów do radości jest mnóstwo. Niewiele łączy nas Polaków ponad politycznymi podziałami. Z roku na rok coraz mniej. Troska o Andrzeja zjednoczyła wszystkich, bez względu na poglądy, status czy sympatie polityczne. W tym sensie Poczobut stał się żywym symbolem. Dla mnie osobiście jest Polakiem numer jeden, wzorem polskości z Sèvres, choć z Białorusi. Chudy, wynędzniały, ale silny duchem Andrzej tchnął nadzieję w to, że warto być przyzwoitym, że warto być niezłomnym, że wolność jest silniejsza niż niewola.
Andrzejowi życzę szybkiej rekonwalescencji. Znając go, wróci do dziennikarstwa i będzie dalej tłumaczył nam to, co dzieje się na Białorusi. Jest bowiem dziennikarzem totalnym, a tacy nie poddają się nigdy. Mam nadzieję, że nie stanie się przedmiotem politycznej rozgrywki, że zwaśnione obozy nie będą licytować się w tym, co kto zrobił, a czego nie zrobił dla jego uwolnienia. Polska bardzo potrzebuje tych, co są w stanie ją połączyć. Najbardziej potrzebuje go rodzina — żona Oksana, córka i syn. Dajmy im czas na radość. Cieszmy się ich szczęściem.

