Góry się sypią, lodowce cofają, mieszkańcy himalajskich dolin są bezbronni. Nie ma powodów, aby sądzić, że nie będzie kolejnych tragedii, takich jak ta w Nepalu.
Podróżując przez Nepal, ma się poczucie tymczasowości. Jak mogłoby być inaczej, skoro nie ma roku, żeby temu krajowi nie przydarzyło się coś strasznego? Zanim ludzie poradzą sobie z jedną tragedią, zdarza się następna. Zanim odbudują drogę zmiecioną przez powódź, przysypie ją lawina błotna wyzwolona monsunowym deszczem czy trzęsieniem ziemi.
Góry pokrywają 80 proc. Nepalu, jednego z najbiedniejszych i najpiękniejszych krajów Azji, a ich średnia wysokość to 6000 m n.p.m. Zawsze były nieprzewidywalne, ale postępujące zmiany klimatu sprawiają, że zaczynają się rozpadać — to, co wiązała wcześniej wieczna zmarzlina, zaczyna pękać, a cofające się lodowce przyspieszają ten proces.
Półtora roku temu, maszerując z doliny Khumbu do doliny Gokyo, nasz przewodnik Sherku pokazał nam wioskę, która zniknęła w kilkadziesiąt sekund. Znajdowało się nad nią jezioro o szmaragdowym kolorze zasilane topniejącym lodowcem, aż w końcu brzegi nie wytrzymały. Takich jezior nad nepalskimi wioskami są setki. Himalajskie lodowce znikają. Tylko w rejonie Langtangu zmniejszyły się czterokrotnie od 1964 r.
Rzeki wypływające z podnóży Himalajów nie zagrażają wyłącznie mieszkańcom Himalajów i odwiedzającym je turystów. Rozlewają się o wiele szerzej. Setki milionów ludzi zależą przecież od Gangesu i Brahmaputry, które mają źródła właśnie w Himalajach. Kluczowa jest nie tylko ilość niesionej przez nie wody, ale też jej jakość — jeśli po drodze rzeka zniszczy kilka wiosek, woda na długim odcinku nie będzie zdatna do spożycia.
Zniszczona wioska Delight, dystrykt Nuwakot, Nepal
Foto: EPA/PAP
Kilka razy szybciej niż na Dolnym Śląsku
Z pierwszych informacji wynikało, że przyczyną obrywu lodowych mas w regionie Langtangu było trzęsienie ziemi. Teraz jednak naukowcy skłaniają się ku innej teorii — ziemia zatrzęsła się z taką mocą (5,2 w skali Richtera), bo uderzyło w nią to, co oberwało się od zbocza Langtang Lirung.
Ten siedmiotysięcznik ma złą sławę. Miejscowi przypisują mu wszystko, co najgorsze — przestrzegają nawet wspinaczy, że zginą, jeśli spróbują go zdobyć. Usłyszał o tym np. Adam Bielecki, który wspinał się tam kilka lat temu: to już lepiej, żeby próbował wejść na jakiś niezdobyty szczyt, byle nie na Langtang.
W 2015 r. leżąca u stóp góry wioska została całkowicie zniszczona w wyniku trzęsienia ziemi o sile 7,8 w skali Richtera, które wyzwoliło skalno-lodową lawinę o masie 40-50 mln ton. Zginęło wtedy ponad 200 osób, a wioskę przysypał osad o grubości 100 metrów. Ci, którzy przeżyli, wrócili pod Langtang i zbudowali nowe domy.
Tak się żyje w Nepalu. Okresy między żałobami są krótkie.
To, co w środę nad ranem oberwało się tym razem od północnych zboczy Langtangu na wysokości ok. 5000 m, zleciało ok. 1,5 km i zablokowało na pewien czas rzekę Bhote Koshi. Kiedy nagromadzona woda przerwała w końcu skalno-lodowy czop, ruszyła w dół z prędkością ponad 50 km na godz. To kilka razy szybciej niż fala, która zniszczyła dwa lata temu miasta i wsie Dolnego Śląska i Opolszczyzny — po zerwaniu zapory w Stroniu Śląskim woda poruszała się z prędkością ok. 8,5 km na godz. W 30 minut poziom Bhote Koshi podniósł się o dziewięć metrów. Rzeka niosła ze sobą ogromne fragmenty skał i nieroztopionych jeszcze brył lodu.
Żywioł przetoczył się wzdłuż szlaku, którym od kilkunastu wieków między Nepalem a Tybetem poruszają się handlarze i pielgrzymi. Do środy była to najpopularniejsza droga dla turystów chcących przedostać się na drugą stronę Himalajów — w pierwszej połowie 2026 r. pokonało ją ponad 100 tys. osób. Wielu z wędrowało pod Kajlas, świętą górę hinduistów, buddystów, dżinistów oraz wyznawców tybetańskiej religii bön. Przejście odpowiadało też za 30 proc. wymiany handlowej między Nepalem a Chinami.
Nepalczycy odnaleźli już pół tysiąca ciał. Ofiar może być kilka razy więcej. Rzeka zabrała 19 mostów i 40 km utwardzonej drogi zbudowanej we współpracy z Chinami w ramach Inicjatywy Pasa i Szlaku. Zniszczyła kilka elektrowni wodnych, a kraj w ciągu kilkudziesięciu minut stracił 12 proc. swojej mocy energetycznej.
To dopiero początek
Być może najtrudniejszym do zaakceptowania jest fakt, że to wszystko nie powinno nikogo dziwić.
W maju 2025 r. obryw z lodowca Birch pogrzebał szwajcarską wioskę Blatten. Wszystko trwało 40 sekund. Zginęła tylko jedna osoba, bo mieszkańców Blatten ewakuowano tydzień wcześniej, a przygotowania do katastrofy rozpoczęły się już w 2024 r. Wszystko dzięki systemom monitoringu i ostrzegania, które odnotowały, że we wrześniu 2024 r. rumosz skalny przesuwa się każdego dnia o nawet 30 cm. Mniejsze obrywy co chwilę mają miejsce w innych częściach Alp czy Dolomitów. Z raportu organizacji, zajmującej się m.in. ochroną środowiska alpejskiego, wynika, że tylko w latach 2024-2025 powierzchnia lodowców skurczyła się średnio tam o około 20 m. Głównym powodem tak ogromnych strat była wyjątkowo uboga w śnieg zima oraz ekstremalnie gorące lato. Brak grubej warstwy zimowego śniegu pozbawił lodowce naturalnej ochrony przed promieniami słonecznymi już na początku wakacji.
Co z systemem monitoringu w Nepalu? Lodowiec Birch, który pochował Blatten, miał 1 km długości. W Nepalu lodowców jest ponad 3 tys. Niektóre mają po kilkadziesiąt kilometrów. Naukowcy od lat alarmują, że znikające lodowce to gotowy przepis na kolejne katastrofy. I że przy wzroście o 1,5 stopnia w porównaniu do czasów przedindustrialnych, konsekwencje globalnego ocieplenia mogą przerosnąć nasze możliwości adaptacyjne.
Sposobem na adaptację jest migracja. W ostatnim roku Nepal wydał prawie 800 tys. pozwoleń na pracę za granicą. Średnia miesięczna pensja w tym kraju to ok. 150 dol. W Polsce mieszka dziś 13 tys. Nepalczyków — są już w pierwszej dziesiątce najliczniejszych imigrantów. Wykonują najcięższe i najmniej płatne prace, a żeby dostać się do Polski, muszą przejść przez niejasny proces wizowy, za który płacą często pośrednikom kilkanaście tysięcy dolarów. Na ich przyjazd do Europy składają się całe rodziny inwestujące w niepewną przyszłość migranta gromadzony przez całe życie majątek, sprzedają ziemię i zwierzęta, zapożyczają się u sąsiadów.
Kiedy Nepalczycy przyjeżdżają do Europy, często nie znają swoich praw i są wykorzystywani przez pracodawców. Kiedy my jeździmy do Nepalu, czujemy się szanowani, zaopiekowani i bezpieczni.
Do tej pory polski MSZ nie zadeklarował, że przekaże Nepalowi pomoc.
Departament Stanu USA ma przekazać Nepalowi pół miliona dolarów. Stany Zjednoczone są po Chinach największym emiterem dwutlenku węgla na świecie (odpowiadają za 14 proc. emisji tego gazu). Rządzi nimi człowiek, który wycofał swój kraj z Porozumienia Paryskiego i który nie wierzy, że klimat się zmienia.




