Władimir Putin w zasadzie stoi w tej chwili pod ścianą. Na froncie średnie tempo natarcia wynosi mniej więcej 20 metrów dziennie. Rosjanie mogą prowadzić znaczniejsze działania ofensywne jedynie wokół dwóch powiatowych miast. Dlatego całkiem prawdopodobne jest, że po wyborach Kreml ogłosi mobilizację. I może przy tym planować coś znacznie szerszego.
Ok. 40 proc. kontaktów bojowych na froncie ma miejsce pod Konstantynówką. Tylko 22 sierpnia na kierunku konstantynowskim odnotowano 25 rosyjskich ataków, a następnego dnia kierunek ten ponownie należał do najbardziej aktywnych na całym froncie. 26 sierpnia Rosjanie przeprowadzili 24 szturmy w rejonie Konstantynówki, Illiniwki, Dołhej Bałki, Rusynego Jaru i Iwanopola. Nie udało się im przy tym spenetrować kolejnej linii umocnień.
Podobna sytuacja ma miejsce pod Pokrowskiem, gdzie Rosjanie zwiększyli częstotliwość ataków i chwilami jest większa niż pod Konstantynówką, jak 23 i 26 sierpnia, kiedy miało miejsce po 31 kontaktów bojowych. Najcięższe ataki wciąż są przypuszczane na północ i północny wschód od Pokrowska, w okolicach Bielickiego, Wasylówki, Serhijiwki, Switłego, Nowego Donbasu i Mirnego. Putinowcom jednak nadal nie udało się odciąć ukraińskich pozycji w tamtym rejonie.
Sama liczba kontaktów bojowych może jeszcze robić wrażenie, choć i tak jest dwa razy mniejsza choćby od częstotliwości uderzeń pod Bachmutem w 2023 r. czy Wuhłedarem w 2024 r. Wrażenia nie robi za to wielkość użytych sił. Ukraińskie źródła informowały o rosyjskich grupach liczących nawet po dwóch żołnierzy.
24 sierpnia 2026 r. Ukraińscy żołnierze na froncie w Donbasie
Foto: Stringer / Reuters
Taktyka małych grup jest konsekwencją warunków, w jakich obecnie prowadzone są działania w Donbasie. Większe zgrupowania są szybko wykrywane przez ukraińskie bezzałogowce i mogą zostać ostrzelane jeszcze przed dotarciem do pozycji obronnych. Rosjanie próbują więc rozproszyć piechotę i wykorzystać teren oraz zabudowę. Pojedynczy żołnierze mają przedostać się możliwie daleko, a następnie przeczekać ukraińskie uderzenia. Dopiero później w ich kierunku kierowane są kolejne grupy.
Problem dla Ukraińców polega na tym, że każda taka infiltracja zmusza ich do sprawdzania kolejnych odcinków obrony. Rosjanie nie muszą od razu zająć dużego obszaru. Wystarczy, że znajdą lukę, przedostaną się za pierwszą linię i zmuszą ukraińskie oddziały do skierowania tam dodatkowych żołnierzy. W ten sposób można stopniowo osłabiać obronę bez jednego dużego przełamania.
Tyle że z punktu widzenia Rosjan taka taktyka ma wadę: powoduje duże straty osobowe przy mizernych zdobyczach terytorialnych. Stąd zapewne Kreml zdecyduje się na ogłoszenie powszechnej mobilizacji tuż po wyborach. A świadczy o tym coraz więcej poszlak.
Rosja szykuje mobilizację? Jest wiele niepokojących sygnałów
Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow 25 sierpnia zaprzeczał doniesieniom o przygotowywaniu nowej fali mobilizacji. Z dotychczasowej praktyki można przypuszczać, że jeśli Pieskow czemuś zaprzecza, to zwykle dzieje się odwrotnie. Zwłaszcza że wszelkie znaki potwierdzają raczej, że mobilizacja będzie.
Już pod koniec lipca Rosja zaczęła szukać ludzi do pracy w komisjach zajmujących się ewidencją wojskową i mobilizacją. W ciągu zaledwie tygodnia na największym rosyjskim portalu z ofertami pracy HeadHunter pojawiło się około 1,3 tys. nowych ogłoszeń dotyczących pracy w komisjach wojskowych. Łącznie takich ofert jest już ponad 2,5 tys. Tylko w Moskwie w ciągu tygodnia pojawiło się ich ok. 350.
W dodatku w zeszłym tygodniu rozpoczęły się ćwiczenia służb kwatermistrzowskich związane z przygotowaniem mobilizacji. Sprawdzane jest między innymi to, w jaki sposób nowych żołnierzy zakwaterować, wyżywić i uzbroić. Według zachodnich źródeł takie przygotowania prowadzone są w całym kraju.
Sami Rosjanie w zasadzie nie mają wątpliwości, że po wyborach rozpocznie się mobilizacja i powoli decydują się na emigrację. Według rosyjskiej Federalnej Służby Celnej od połowy sierpnia każdego dnia z Rosji próbuje wyjechać o kilka tysięcy ludzi więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. W większości są to mężczyźni.
W mediach społecznościowych Rosjanie twierdzą, że pewność zyskali tego samego dnia, kiedy Pieskow zapewniał, że żadnej mobilizacji nie będzie. Nieco wcześniej bowiem służby prasowe opublikowały podpisane wówczas dekrety Władimira Putina. Trzy z nich, o numerach 605, 606 i 607, zostały utajnione i nie znalazły się na stronach Kremla. Ich istnienie wynika z numeracji oficjalnych dokumentów. Tego samego dnia opublikowano bowiem dekrety o numerach 604, ale także 608, 609 i 610.
I dokładnie tego samego dnia w Moskwie pojawił się szef CIA.
Nietypowa wizyta szefa CIA w Moskwie
John Ratcliffe przyleciał do Moskwy na pokładzie wojskowego C-17 Globemaster. W tym samym czasie Władimir Putin zaczął przekładać część spotkań i wydarzeń, w których jego udział był wcześniej zapowiadany. Ukraińcy mieli natomiast, na prośbę Amerykanów, wstrzymać część ataków na cele w Moskwie, Petersburgu oraz miastach położonych na północ od osi Mińsk–Moskwa.
To bardzo rzadka sytuacja. Ostatnim dyrektorem CIA, który przyjechał do Moskwy w podobnych okolicznościach, był William Burns. Stało się to jesienią 2021 r., około trzech miesięcy przed rosyjską agresją. Burns przywiózł wówczas na Kreml ostrzeżenie przed konsekwencjami rozpoczęcia wojny z Ukrainą.
Co może planować Rosja? Jest kilka faktów, które dają mocno do myślenia. Po pierwsze, Kreml z dużym prawdopodobieństwem po 20 września ogłosi mobilizację. Od 300 do 500 tys. mężczyzn może trafić w kamasze. Ponadto od dwóch lat niemal cała produkcja czołgów, pojazdów opancerzonych i transporterów gąsienicowych trafiała do jednostek tyłowych i magazynów, a nie na front. W ten sposób Rosja zachomikowała kilka tysięcy pojazdów bojowych, które teoretycznie wystarczyłyby do sformowania dwóch armii. To z kolei przekłada się na ok. 80-120 tys. ludzi, w zależności od struktury organizacyjnej. Rosjanom wciąż jednak brakuje wielu elementów niezbędnych do tego, by takie armie mogły efektywnie walczyć. Przede wszystkim odpowiednich środków rozpoznania, walki radioelektronicznej i zaplecza logistycznego. Z tym mają największy problem oddziały frontowe, a rosyjski przemysł nie jest w stanie uzupełnić braków.
Na papierze Rosja ma jednak możliwość otwarcia kolejnego kierunku strategicznego. Czy to w północno-wschodniej Ukrainie, czy np. na Łotwie, gdzie natowskie wywiady od dawna widzą możliwość przeprowadzenia przez Kreml operacji w ramach „obrony etnicznych Rosjan”.
Pokaz siły NATO nad Polską. To sygnał dla Rosji
W ostatnich tygodniach NATO zwiększa też swoją aktywność na wschodniej flance. W ramach operacji Eastern Sentry nad Polską, krajami bałtyckimi i samym Bałtykiem pojawiło się ponad 50 maszyn, w tym latające cysterny, samoloty wczesnego ostrzegania i, co jest nowością nad wschodnią flanką, EA-37B Compass Call II. To bardzo ciekawa maszyna, zbudowana na płatowcu Gulfstream G550, która służy przede wszystkim do zakłócania łączności radiowej oraz systemów komunikacji elektronicznej przeciwnika. Amerykanie posiadają zaledwie pięć samolotów tego typu, a docelowo mają mieć ich 10. To obecnie najnowocześniejszy samolot służący do walki radioelektronicznej na świecie.
Można uznać to za element zaplanowanych wcześniej ćwiczeń. Jednak byłoby to zbyt naciągane, biorąc pod uwagę, co dzieje się wokół. Pojawiają się informacje, że część państw NATO spodziewa się możliwości rosyjskich prowokacji, szef CIA odbywa wizytę w Rydze, a potem leci do Moskwy, Kreml szykuje mobilizację. To wszystko wskazuje na to, że sojusz przeprowadził nad Polską pokaz siły. Zwłaszcza że większość lotów miała miejsce wokół obwodu królewieckiego.
Niepokojące sygnały z Rosji. Putin jest w ślepym zaułku
Na razie nie ma jednak powodów do poważnego niepokoju. Gdyby Rosja przygotowywała coś znacznie większego, powinny pojawić się także kolejne sygnały. Do Polski i państw bałtyckich musiałyby zacząć trafiać dodatkowe siły NATO, w tym wojska powietrznodesantowe, specjalsi czy jednostki rozpoznawcze. W Niemczech potrzebne byłyby dodatkowe samoloty do tankowania powietrznego i walki radioelektronicznej. Na Bałtyku powinno pojawić się większe zgrupowanie okrętów NATO.
Tak się jednak nie dzieje. Prócz pokazu siły w ramach Eastern Sentry, NATO prowadzi jedynie standardowe w ostatnich latach działania rozpoznawcze i patrole przeciwko bezzałogowcom, które mogą naruszyć granice państw wschodniej flanki podczas masowych ataków na Ukrainę. Nie oznacza to jednak, że sojusz nie jest gotowy do działania. Zwłaszcza że można się spodziewać, że Rosja jest zdolna do przeprowadzenia prowokacji czy operacji hybrydowej. Choćby w estońskiej Narwie, którą Kreml uważa za rosyjskie miasto.
Władimir Putin w zasadzie stoi w tej chwili pod ścianą. Na froncie średnie tempo natarcia wynosi mniej więcej 20 metrów dziennie. Rosjanie mogą prowadzić znaczniejsze działania ofensywne jedynie wokół dwóch powiatowych miast. Nie udało się nie tylko spełnić celów strategicznych, ale od dwóch nie ma szans na realizację zadań na poziomie operacyjnym. Ceny w kraju rosną, siła nabywcza pieniądza dramatycznie spada. Zaczyna brakować wielu produktów, które dotychczas były w zasięgu ręki obywatela. Pojawia się coraz więcej głosów niezadowolenia.
Dlatego władze wprowadziły cenzurę i ograniczyły dostęp do internetu. Z tego samego powodu powstała rządowa aplikacja Max, która jest uniwersalną platformą pozwalającą załatwiać sprawy urzędowe online, prowadzić płatności, a do tego działać jako komunikator. Wszystkie te elementy władze mogą kontrolować bez nakazu sądowego. Putinowi pozostało niewiele możliwości. Najbardziej prawdopodobną będzie ucieczka do przodu i eskalowanie konfliktu w Europie.




