Marcin Możdżonek twardo broni swoich kolegów myśliwych i może stać się ważną postacią prawicy. Ale teraz ma przeciw sobie społeczny ruch domagający się zaostrzenia prawa łowieckiego.

Wrzesień 2014 r. Marcin Możdżonek wraz z drużyną polskich siatkarzy odbiera złoty medal mistrzostw świata. To największy sukces kapitana zwycięskiej drużyny.

11 grudnia 2023 r. Możdżonek zostaje wybrany na prezesa Naczelnej Rady Łowieckiej przy Polskim Związku Łowieckim. Trzy lata wcześniej porzucił karierę sportową i zajął się polityką. Wtedy wielu jego kibiców dowiedziało się, że jest nie tylko siatkarzem, ale i zapalonym myśliwym. Poluje od 2013 r., zachwalając łowiectwo jako sposób na wyciszenie i kontakt z naturą. — Nie chodzi wyłącznie o pozyskanie zwierzyny. Chodzi o poznanie jej zwyczajów, zrozumienie rytmu przyrody, przebywanie w lesie i świadome korzystanie z tego, co daje nam natura — deklaruje Możdżonek.

Stanowczo przeciwstawia się próbom reformy zasad polowania, np. wymogowi poddawania się przez myśliwych badaniom lekarskim czy zaprzestaniu strzelania w pobliżu domów. Być może będzie musiał jednak ugiąć się pod społeczną presją. 3 września przedstawiciele Inicjatywy Uwaga! Polowanie ogłosili, że udało im się zebrać nie 100 tys. podpisów wymaganych do zgłoszenia projektu ustawy pod obrady Sejmu, ale ponad 200 tys.

W jaki sposób Marcin Możdżonek został twarzą polskiego łowiectwa? Powiedzieć, że „to skomplikowane”, to jakby nic nie powiedzieć. Polski Związek Łowiecki jest organizacją trochę samorządną, a trochę zależną od rządu. Łowczego krajowego wskazuje minister klimatu i środowiska, tę zmianę wprowadziło PiS pod pozorem walki z afrykańskim pomorem świń (ASF) w 2020 r., a szefa Naczelnej Rady Łowieckiej wybierają pośrednio delegaci. Tutaj za rządów PiS polityka wdarła się z przytupem. PiS oddało rządy nad sporą częścią Ministerstwa Klimatu ziobrystom. W grę wchodziło zarządzanie Lasami Państwowymi i właśnie wpływ na PZŁ.

Ten związek to 130 tys. potencjalnych wyborców. Ale Solidarnej Polsce chodziło głównie o zbudowanie na bazie PZŁ struktur quasipartyjnych. W końcu ponad 300 etatów, jakie można obsadzić swoimi ludźmi, to nie jest mało. Do zarządu związku nagle zaczęły trafiać np. osoby z kręgu najbardziej zaufanych prokuratorów Bogdana Święczkowskiego i Zbigniewa Ziobry. W dwa lata powołany przez ziobrystów łowczy krajowy wymienił na „swoich” 70 proc. łowczych okręgowych.

Jedynym ciałem niezależnym od Solidarnej Polski była Naczelna Rada Łowiecka, która starała się bronić przed partyjnymi nominacjami. Problem polega na tym, że o ile zgodnie z prawem NRŁ kontroluje zarząd związku i łowczego krajowego, to nie może go odwołać. Może jednak zmniejszyć mu pensję. I w 2022 r. Paweł Lisiak, ówczesny łowczy krajowy, nagle zamiast 30 tys. pensji zaczął dostawać 5 tys. Wtedy wkroczył wiceminister Edward Siarka, jeden z wiernych ziobrystów, który zażądał zmiany decyzji NRŁ. Zaczęła się typowa walka o polityczne wpływy. Ówczesny szef NRŁ prof. Paweł P. (bohater reportażu Superwizjera TVN „Król kłusowników”) sam miał rozległe kontakty z politykami prawicy.

W końcu m.in. Siarka uznał, że na stanowisku szefa NRŁ musi mieć swojego zaufanego człowieka i że to musi być ktoś powszechnie znany. Jak słyszymy od naszych informatorów, to nadleśniczy z Elbląga podsunął mu pomysł, żeby postawić na Marcina Możdżonka.

Były siatkarz do 2022 r. nie był specjalnie zaangażowany w życie związku. Płacił składki i właściwie tyle. Dla Siarki był idealnym kandydatem. Poglądy Możdżonka na sprawy związane z myślistwem są wręcz konfederackie. Z prezesem PiS Jarosławem Kaczyńskim, który kocha wszystkie zwierzęta, na pewno by się nie dogadał, ale już z działaczami Konfederacji — tak.

Siarka postanowił ułatwić Możdżonkowi życie. Dysponujemy korespondencją w sprawie sfinansowania akcji jego fundacji przez Lasy Państwowe.

W kwietniu 2022 r. Możdżonek w imieniu swojej fundacji pisze do Lasów Państwowych, że ma pomysł, by robić treningi siatkarskie w lesie. Pismo z prośbą o przeznaczenie na nie środków z budżetu Centrum Informacyjnego Lasów trafia do szefa Lasów Państwowych. Starania wsparł także szef Pomorskiej Dyrekcji Lasów Państwowych Bartłomiej Obajtek. Faktura za jedną edycję takiej imprezy to 62 500 zł. Wzięło w niej udział 150 osób. Możdżonek od czerwca do sierpnia zorganizował cztery takie spotkania.

To był początek jego kampanii na szefa Naczelnej Rady Łowieckiej. Po siatkówce przyszedł czas na strzelanie. W całej Polsce Możdżonek organizował spotkania na strzelnicach wspierane tym razem przez Ministerstwo Sportu. — To była taka demokracja sterowana, bo oczywiście został wybrany przez członków rady, ale wcześniej był wszędzie i obdzwonił wszystkich. Miał też wsparcie zarządu związku, publicznej telewizji, resortów. Po prostu Siarka bardzo chciał, żeby to on wygrał — mówią nam myśliwi, którzy obserwowali kampanię Możdżonka.

Został wybrany na prezesa NRŁ kilka dni przed zaprzysiężeniem rządu Donalda Tuska. Dwa miesiące później postanowił wystartować w wyborach prezydenta Olsztyna, ale nie wszedł do drugiej tury. Natomiast w czerwcu zeszłego roku, dwa dni po drugiej turze wyborów prezydenckich, zapisał się do Konfederacji, którą od tego czasu regularnie reprezentuje w mediach.

W kwietniu tego roku został doradcą prezydenta ds. klimatu i środowiska. W przyszłym roku chce wystartować w wyborach do Sejmu i zapewne zdobędzie mandat. Będzie jednym z tych ludzi, którzy mają tworzyć „nową prawicę” pod skrzydłami Karola Nawrockiego. Możdżonek nadaje się do tej roli idealnie. Jest wyrazisty, popularny, wiele osób pamięta jego sukcesy sportowe. Ma dobre układy w obu partiach i w pałacu prezydenckim.

Szybko okazało się, że Możdżonek to twardy tradycjonalista, który z ekologami i obrońcami środowiska negocjować nie zamierza. Ale tym razem przeciwko interesom myśliwych stanęła liczna grupa Polek i Polaków. Przez cały sierpień zbierane były podpisy pod hasłem: „Zmieniamy prawo łowieckie. Na dobre”. Akcję zorganizowała Inicjatywa Uwaga! Polowanie.

Organizatorzy domagają się zmian w prawie łowieckim. — Te najważniejsze to: zakaz polowania w odległości mniejszej niż 700 metrów od zabudowań — teraz jest to tylko 150 metrów; zakaz polowań nocnych z urządzeniami do noktowizji; zakaz organizowania polowań dla zagranicznych myśliwych; zakaz nęcenia zwierząt karmą w pobliżu ambon myśliwskich. Przecież to nie polowanie, tylko egzekucja — tłumaczy Michał Suchora, przewodniczący partii Zielonych, rzecznik prasowy Inicjatywy Uwaga! Polowanie.

Inicjatywa chce także większej kontroli nad polowaniami, np. centralnego systemu ich zgłaszania, tak aby każdy obywatel mógł sprawdzić, gdzie w danym momencie odbywa się polowanie. — Docierają do nas informacje o tym, jak myśliwi potrafią zacierać własne przypadki kłusownictwa, czyli np. polowania w nocy na zwierzynę płową, co jest zakazane — mówi Michał Suchora. — Znamy przypadek, że zwierzę zostało zabite o godzinie 21.00, a informacja o tym pierwotnie widniała w systemie. Potem godzinę tę zmieniono na 17.00 lub 18.00, aby stworzyć pozory, że polowanie odbyło się legalnie. Pokazuje to, że mechanizmy wewnętrznej kontroli, na które powołuje się Polski Związek Łowiecki, są niewystarczające — wskazuje Suchora.

Niejasne są też zasady zgłaszania szkód rolniczych wyrządzonych przez dzikie zwierzęta. — Dzisiaj te szkody zgłaszają rolnicy i myśliwi sami podejmują decyzję o odstrzale zwierząt. Ale wielu myśliwych jest jednocześnie rolnikami, jak np. pan Możdżonek. Może on jako rolnik zgłosić, że na jego ziemi powstały szkody, i dzięki temu zwiększyć limit odstrzału zwierząt na swoim terenie. I jeszcze do tego dostać odszkodowanie. To wolnoamerykanka, której nikt spoza PZŁ nie kontroluje — mówi szef Zielonych.

Zwraca uwagę na bezkarność myśliwych w sprawach najbardziej bulwersujących — przypadkowych postrzeleń ludzi w czasie polowań. — Absurdem jest to, że z 28 myśliwych, którzy w ciągu 10 lat oddali śmiertelne strzały w kierunku ludzi, tylko jedna osoba poszła do więzienia. 27 osób nie poniosło żadnych konsekwencji, łącznie z tym, że uciekają od wypłaty odszkodowań rodzinom — podkreśla Suchora.

Rzecznicy zmian w prawie łowieckim chcieliby, aby polowania spełniały wyłącznie funkcję pożytku społecznego w sytuacjach, kiedy dochodzi do faktycznych szkód czy niebezpieczeństw, a nie były zabijaniem dla przyjemności. — A jak inaczej nazwać polowanie na ptaki, takie jak gołąb grzywacz, cyraneczka czy kaczka krzyżówka? Przecież one nie czynią żadnych szkód rolniczych. Dlatego polowania na jakiekolwiek ptaki trzeba bezwzględnie zakazać — uważa dr Robert Maślak, zoolog z Uniwersytetu Wrocławskiego, radny miejski.

Myśliwi nie chcą o tym słyszeć, przeciwnie, lobbują za rozszerzeniem listy gatunków łownych np. o wilki. — Dziś jako społeczeństwo de facto nie mamy wpływu na to, na co się poluje, ile zwierząt się zabija. Naukowcy nie mają też w tej sprawie nic do powiedzenia — mówi zoolog. Władze samorządowe również nie. — Kiedy jesienią zaczyna się sezon łowiecki, na obrzeżach Wrocławia niemal w każdą niedzielę odbywają się polowania. Nad ranem słychać strzały, a mieszkańcy obawiają się wychodzić na spacery — relacjonuje dr Maślak. Władze Wrocławia chciałyby, aby przynajmniej część miasta została wyłączona z obwodów łowieckich, ale nie da się tego zrobić. — Granice obwodów ustala komisja złożona z przedstawicieli Polskiego Związku Łowieckiego, izb rolniczych oraz Lasów Państwowych. Decyzji tych nie można skutecznie zaskarżyć, a procedura nie przewiduje konsultacji społecznych. Pokazuje to, jak silnie środowisko myśliwskie dba przede wszystkim o własne interesy — irytuje się dr Maślak.

A w myśliwskim interesie leży nie tylko zorganizowanie sobie miejsc do polowania. To zajęcie daje konkretne korzyści finansowe. — To nie jest tak, że oni wszystko robią za własne pieniądze. Myśliwi zabijają 800 tys. zwierząt rocznie, one przecież przedstawiają jakąś wartość, do tego dostają dotacje od lokalnych samorządów, a z budżetu państwa co roku do PZŁ wędruje 100 mln zł na walkę z ASF — mówi dr Maślak.

Wielokrotnie podejmowane były próby rozmów. — Przy Ministerstwie Klimatu i Środowiska przez rok działała komisja, której zadaniem było wypracowanie propozycji reform — mówi dr Maślak. — Reprezentowałem w niej stronę społeczną i naukową, po drugiej stronie zasiadali przedstawiciele środowiska myśliwskiego. Od początku było wyraźnie widać, że Polski Związek Łowiecki nie zamierza iść na najmniejsze ustępstwa. Rozmowy zakończyły się fiaskiem — mówi naukowiec.

Co w nowych propozycjach zmian w ustawie wydaje się myśliwym najmniej sensowne? Zdaniem Marcina Możdżonka trudno wskazać tylko jeden taki postulat. — Wszystkie opierają się na fałszywym założeniu, że łowiectwo w obecnej formie jest złe. Jeśli założenie jest fałszem, każdy kolejny wniosek jest nieracjonalny — mówi. Jego zdaniem nieracjonalny jest postulat odsunięcia polowań do 700 metrów od siedzib ludzkich. — Przy rozproszonej zabudowie charakterystycznej dla Polski oznaczałoby to wyłączenie bardzo dużych obszarów z możliwości wykonywania polowania. W takiej sytuacji nie ma możliwości utrzymania populacji w ramach, jakich oczekują mieszkańcy danych terenów, samorządy i ustawodawca — argumentuje prezes NRŁ.

Jest też przeciwny zakazowi polowań z urządzeniami do noktowizji i termowizji. — Nowoczesna optoelektronika nie służy tylko do ułatwienia oddania strzału. Może przede wszystkim zwiększać bezpieczeństwo polowania — mówi Możdżonek. A co z okresowym badaniem lekarskim myśliwych? Szef NRŁ nie widzi dla nich uzasadnienia. — Osoby posiadające broń podlegają już przepisom ustawy o broni i amunicji. Istnieją mechanizmy pozwalające na skierowanie posiadacza broni na badania, jeżeli pojawią się uzasadnione wątpliwości dotyczące jego zdolności do bezpiecznego posługiwania się bronią — argumentuje Możdżonek. — Jeżeli mamy rozmawiać o badaniach, jestem otwarty na dyskusję nad rozwiązaniem systemowym, opartym na analizie ryzyka i doświadczeniach innych państw — deklaruje.

Prezes NRŁ nie ma jednak najlepszego zdania o kompetencjach aktywistów stojących za Inicjatywą Uwaga! Polowanie. — Prawo łowieckie wymaga zmian, zgadzam się. Jednak zmiany wprowadzane przez aktywistów to sytuacja tak samo kuriozalna, jakby prawo kanoniczne pisali ateiści. Nad zmianą prawa łowieckiego toczą się prace w gronie myśliwych, rolników, leśników, legislatorów i przyrodników, którzy mają z tymi przepisami do czynienia na co dzień — mówi Możdżonek.

Z badań przeprowadzonych przez organizację More in Common Polska na reprezentatywnej grupie Polaków w maju tego roku wynika, że aż 78 proc. społeczeństwa uważa, że polowania dla rozrywki powinny być zakazane, 96 proc. respondentów jest zdania, że okresowe badania lekarskie dla myśliwych powinny być obowiązkowe. Co ciekawe, opowiedziało się za tym 92 proc. badanych zwolenników Konfederacji.

Przedstawiciele Inicjatywy Uwaga! Polowanie ogłosili, że udało im się zebrać 204 238 podpisów. — Naszym marzeniem było zdobycie poparcia 136 tys. osób, czyli dokładnie tylu, ilu jest myśliwych w Polsce. Może to wreszcie pokaże posłom i posłankom, że proponowane zmiany są wspierane przez ogromną grupę wyborców, którzy sprzeciwiają się nadużyciom w czasie polowań. A podpisy pod inicjatywą złożyło także wielu myśliwych — podkreśla Michał Suchora.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version