Obiecywał pieniądze, sponsorów i nową erę polskiego olimpizmu. Dziś siedzi w areszcie, a działacze PKOl przyznają: daliśmy się omamić.

Oszukał nas, naobiecywał góry złota tylko po to, żeby samemu się dorwać do kasy i kręcić swoje lody. A myśmy się dali kupić — ubolewa szef jednego ze związków zrzeszonych w Polskim Komitecie Olimpijskim. Był wśród tych z działaczy, którzy od kilku miesięcy domagali się odwołania prezesa PKOl, ale kiedy Radosław Piesiewicz został pod koniec września zatrzymany i przewieziony do Katowic na przesłuchanie, nie czuł satysfakcji. — Przecież to tragedia dla polskiego olimpizmu, nie tylko wizerunkowa. Nigdy czegoś takiego nie było — wzdycha.

Piesiewicz usłyszał zarzut płatnej protekcji: miał się powoływać na wpływy w UOKiK i obiecywać prezesowi giełdy kryptowalut Zondacrypto Przemysławowi Kralowi, że pomoże załatwić jego sprawę w Urzędzie. Śledczy twierdzą, że dostał za to luksusowy zegarek wart 40 tys. euro. Zarzucają mu też, że kiedy inni klienci Zondacrypto nie mogli wypłacić pieniędzy, on zdołał odzyskać swój kapitał. Prezes PKOl nie przyznaje się do winy. Mówi, że za zegarek zapłacił, a sam też stracił na giełdzie około miliona złotych.

— To taki Dyzma na miarę naszych czasów. Nie byłoby wielkiej kariery Piesiewicza, gdyby nie chciwość działaczy olimpijskich. Wszystkich kupował, a teraz lamentują, że trzeba go odwołać, bo niszczy wizerunek sportowców. A gdzie oni byli w ostatnich latach? — pyta człowiek ze świata sportu, który od lat przygląda się karierze Piesiewicza. Widział go na mistrzostwach świata w koszykówce 3×3 w Warszawie. — To był początek czerwca, już po wybuchu afery z Zondacrypto. Siedział z żoną, a wielu mu nadskakiwało, niektórzy łapali za rękaw: prezesie, kiedy na jakąś wódeczkę? Jednym z nielicznych, który wyraźnie trzymał dystans, był Robert Korzeniowski, od dawna w otwartej opozycji wobec Piesiewicza — opowiada mój rozmówca.

Czterokrotny mistrz olimpijski w chodzie sportowym pamięta pierwsze spotkanie z Radosławem Piesiewiczem. Był 1 czerwca 2014 r., świętowanie 25-lecia wolności. Rano pobiegał z przyjaciółmi olimpijczykami na Polu Mokotowskim, potem poszedł do pracy. — To było spotkanie biznesowe na Stadionie Narodowym, Piesiewicz był wtedy menedżerem marketingowym AZS Politechnika. Rozmawialiśmy o możliwości współpracy, badaliśmy grunt. Patrzymy na ten Stadion Narodowy, moment jest podniosły, bo i ta rocznica, i dwa lata po mistrzostwach Europy w piłce nożnej. I nagle Piesiewicz, który znał mnie od pół godziny, mówi, że zrobi karierę w sporcie, wykorzysta wszystkie swoje wpływy i możliwości, żeby wejść na sam szczyt — wspomina Robert Korzeniowski.

Pewnie zapomniałby o tamtym spotkaniu, bo żadnego interesu wtedy nie zrobili, gdyby nie to, że Piesiewicz coraz częściej pojawiał się w kontekście sportu. Najpierw był wiceprezesem Polskiego Związku Piłki Siatkowej, potem stanął na czele Polskiego Związku Koszykówki. — I cały czas miałem przed oczami tę jego twarz, taką zaciętą, rozemocjonowaną, kiedy zapowiadał, że wejdzie na sam szczyt. Wiedziałem, że nic dobrego z tego nie wyniknie — mówi dziś słynny chodziarz.

Radosław Piesiewicz, rocznik ’81, jest z wykształcenia prawnikiem, ma też dyplom MBA i podyplomowe studia z zarządzania projektami i nieruchomościami. Był związany z Unią Wolności, potem z Partią Demokratyczną. Kandydował do rady warszawskiej dzielnicy Targówek, a następnie do Sejmu i Senatu. Bez powodzenia.

O jego życiu prywatnym wiadomo tyle, ile opowiadał w wywiadach. Dzieciak z Bródna, który przez 12 lat trenował piłkę nożną. Próbował też koszykówki, ale na jednym z pierwszych treningów złamał rękę. Ma żonę i trójkę dzieci. „Rodzina jest dla mnie święta, ponad wszystkim” — mówił.

Na początku poprzedniej dekady wylądował w samorządzie w powiecie wołomińskim, który za rządów koalicji PO-PSL był przechowalnią dla wiernych kadr PiS. — Był zatrudniony jednocześnie w dwóch urzędach, w gminie i w powiecie, na fikcyjnych stanowiskach. Pracownicy go nie znali, bo się w biurach nie pojawiał. O tym, że jest ktoś taki, starostwo dowiedziało się, gdy prokuratura zapytała o Piesiewicza w kontekście remontu schodów, na który miał pożyczyć Jackowi Sasinowi kilka tysięcy złotych — słyszę od jednego z urzędników starostwa w Wołominie.

— Nie byłoby kariery Piesiewicza bez kasy ze spółek skarbu państwa, którą mu wystawiał Jacek Sasin, wtedy minister aktywów państwowych. Za te pieniądze najpierw kupił sobie stanowisko w koszykówce, a potem Polski Komitet Olimpijski — podsumowuje jeden z działaczy sportowych. Usłyszał kiedyś zdanie, które zapadło mu w pamięć: Piesiewicz to najbardziej strategiczna i długofalowa inwestycja Sasina.

Nawet niechętni Piesiewiczowi przyznają, że jego rządy w PZKosz to czas sukcesów: czwarte miejsce na EuroBaskecie i ósme na mistrzostwach świata w 2019 r. w Pekinie. Po tym, jak polscy koszykarze pokonali Chiny, wpadł do szatni, krzycząc, że ich kocha, a rywalom życzy źle: „Ch im w d***!”. Nagranie trafiło do internetu, pokazały je też stacje telewizyjne, cenzurując przekleństwa.

Wyraźnie poprawiła się sytuacja finansowa związku, bo prezes skutecznie ściągał sponsorów. A jednocześnie coraz częściej mówiono, że rządzi w autorytarnym stylu, brutalnie narzuca swoją wolę, a oponentów, nawet tak sławnych jak Marcin Gortat, marginalizuje.

Kiedy ogłosił, że weźmie udział w wyborach na prezesa PKOl, Robert Korzeniowski był przekonany, że nie zyska szerszego poparcia delegatów. — Ale prezes Andrzej Kraśnicki już wtedy chorował, wycofał się z walki o kolejną kadencję. Spotkałem się z Piesiewiczem przed samymi wyborami i zobaczyłem tego samego człowieka, co dziewięć lat wcześniej: zaciętego i zdeterminowanego. — I nie miałem już żadnych złudzeń — mówi olimpijczyk.

— Organizował spotkania przedwyborcze i roztaczał przed nami fantastyczne wizje, jaki powinien być PKOl. Jestem w zarządzie od kilkunastu lat i rzeczywiście uważałem, że Komitet był skostniały, przysypialiśmy na zebraniach, nic się nie działo. Piesiewicz nas wszystkich poderwał do działania. Pokazywał kierunki, wyliczał sponsorów, obiecywał medialną współpracę. Daliśmy się omamić — opowiada szef jednego ze związków.

Jedynym rywalem Piesiewicza był prezes Polskiego Związku Sumo, Kewin Rozum.

— Wiedziałem, że mam niewielkie szanse, ale kiedy przymuszono prezesa Kraśnickiego do rezygnacji z ubiegania się o reelekcję, uznałem, że muszę coś z tym zrobić — wspomina. Szedł do wyborów z prostym programem: więcej pieniędzy, więcej współpracy i więcej sukcesów. W tajnym głosowaniu zdobył 24 głosy, Piesiewicz — 138.

— To był znak, że niektórzy też mają podobny pogląd co ja lub podobną wiedzę, albo jedno i drugie. Niestety część osób została przez pana Piesiewicza omamiona. Niektórzy, jak były kajakarz Grzegorz Kotowicz czy były zapaśnik Andrzej Supron, są wręcz jego wyznawcami. Nawet gdyby został skazany, powiedzą, że to zemsta polityczna — twierdzi dziś Kewin Rozum. — Wielu działaczy dało się przekonać obietnicom Radosława Piesiewicza, który zapowiadał pozyskanie sponsorów dla ich związków. Część tych obietnic rzeczywiście została zrealizowana dzięki wsparciu spółek skarbu państwa. Tyle że sposób, w jaki pan Piesiewicz budował dla siebie poparcie, stał w sprzeczności z zasadą apolityczności PKOl — opowiada sportowiec.

— To nie był człowiek znikąd, on się wokół sportu kręcił, nie będąc nigdy sportowcem. Do PKOl przychodził jako człowiek sukcesu, który ściągnął pieniądze do koszykówki, załatwił Bank Pekao SA. Jego żona też tam była na kontrakcie. I wszędzie się posługiwał tymi samymi metodami: wiedział, jak onieśmielać działaczy sportowych, jak ich zjednywać, komu dać kartę paliwową, kogo zabrać na wycieczkę, a komu dać pensję — tłumaczy Robert Korzeniowski.

Kiedy został wybrany, natychmiast zaczął wyrzucać starych, niewygodnych pracowników. Otaczał się swoimi ludźmi, zamknął się w gabinecie, nie było do niego dostępu. Jak wzywał do siebie, trzeba było w sekretariacie, w specjalnej skrzynce, zostawiać telefon, żeby broń Boże niczego nie nagrać. No i niczego nie uzgadniał z zarządem, działał nawet bez wiedzy i zgody prezydium. Myśmy bladego pojęcia nie mieli, że grzebie przy takich śmierdzących tematach jak kryptowaluty — opowiada działacz związkowy.

Skandale wybuchały co chwilę. Choć w kampanii wyborczej Piesiewicz zapewniał, że nie zamierza pobierać pensji („bo chudej krowy się nie doi”), okazało się, że jest w PKOl zatrudniony na umowę o pracę. I zarabia po kilkaset tysięcy złotych rocznie.

Regularnie punktował go ówczesny minister sportu Sławomir Nitras. Twierdził, że Piesiewicz już za czasów PZKosz stosował system prowizyjny przy pozyskiwaniu pieniędzy od spółek skarbu państwa (brał dla siebie 20 proc. uzyskanej sumy) i chciał ten sam mechanizm przenieść do PKOl. A prezesem Komitetu został z „namaszczenia” prezydenta Andrzeja Dudy i korzystał z parasola ochronnego, jaki rozpięli nad nim Mateusz Morawiecki i Jacek Sasin.

— Z czasem zaczęły wychodzić kolejne problemy. Część związków, które podpisały umowy sponsorskie organizowane przez PKOl, miała poważne zastrzeżenia do ich zapisów. Nikt nie wiedział dokładnie, jakie były warunki umów bazowych i jaka część pieniędzy trafiała rzeczywiście do związków. Coraz więcej ludzi zaczęło zadawać pytania o sposób zarządzania środkami i podejmowania decyzji — mówi jeden z działaczy.

Kiedy Robert Korzeniowski dostał do konsultacji projekt zmian statutu PKOl, był wstrząśnięty. — Pojawiły się w nim propozycje wydłużenia kadencji prezesa, likwidacji Trybunału Arbitrażowego czy osłabienia mechanizmów gwarantujących udział kobiet we władzach. Co więcej, zmiany procedowano w sposób budzący ogromne wątpliwości, a poprawki pojawiały się chwilę przed głosowaniem. Na szczęście znalazła się grupa, która potrafiła zablokować te pomysły — opowiada olimpijczyk.

To wtedy — dodaje Kewin Rozum — część działaczy przejrzała na oczy. — Poza tym w wielu związkach odbyły się wybory i osoby, które popierały Piesiewicza, nie zostały wybrane na kolejną kadencję, więc układ sił się zmieniał. Ale wciąż są tacy, którzy żyją w układzie z Piesiewicza — mówi sportowiec.

Jest mi bardzo przykro, bo z ruchem olimpijskim jestem związany od ponad 50 lat i nigdy, nawet w najgorszych latach, nie widziałem niczego, co choćby odlegle przypominało prezesowanie pana Piesiewicza — tłumaczy Andrzej Person, były senator PO, były rzecznik PKOl i były prezes Polskiego Związku Golfa. — Kolejni prezesi PKOl walczyli o sportowe sukcesy, a olimpijska rodzina stanowiła dla nich ogromną wartość. Problem polegał jednak na tym, że zawsze brakowało pieniędzy, bo igrzyska letnie i zimowe, ale także młodzieżowe, generują ogromne koszty. Znalezienie sponsorów nie jest proste, bo olimpijczycy nie mogą mieć, jak na przykład bokserzy, wypisane na czole czy plecach, że ich sponsorem jest producent pasztetowej spod Zielonej Góry

Person opowiada, że dopóki do PKOl płynęły pieniądze od Jana Kulczyka, starczało na bieżące wydatki, ale kiedy biznesmen umarł, sytuacja Komitetu stała się bardzo trudna. — I nagle pojawił się nie wiadomo skąd człowiek, który obiecał działaczom, że będą pieniądze. I oni machnęli ręką na olimpijską tradycję — ubolewa były senator. Osobiście spotkał Piesiewicza tylko raz, tuż przed igrzyskami w Paryżu. Przypadkowo. — Mówił, że koniecznie muszę być jego gościem w Paryżu. Nie skorzystałem z zaproszenia.

W lipcu 2024 r. PKOl odpalił kampanię wizerunkową: na plakatach, obok słynnych sportowców, był Radosław Piesiewicz. Dziennikarze szydzili, że to „najjaśniejsza gwiazda” kampanii, zarzucali mu wykorzystywanie funduszy od sponsorów do promowania samego siebie.

W Paryżu polscy sportowcy zaprezentowali się przeciętnie: zdobyli 10 medali, tylko jeden złoty. W PKOl zaczął się tlić bunt. — Czujemy się jak figuranci. Nie mamy dostępu do dokumentów finansowych, o kluczowych umowach dowiadujemy się z mediów — mówił mistrz olimpijski w gimnastyce sportowej Leszek Blanik. Wzywał zarząd PKOl do rozliczenia prezesa Piesiewicza.

Minister sportu poprosił o imienną listę osób akredytowanych na imprezę w Paryżu. Piesiewicz początkowo odmówił, ale po posiedzeniu prezydium PKOl zapowiedział, że dokumenty zostaną ujawnione. Okazało się, że prezesi związków wraz z osobami towarzyszącymi korzystali w Paryżu z hoteli, które kosztowały ponad tysiąc euro za dobę. Sportowcy mieszkali w znacznie skromniejszych warunkach. Na prośbę ministra Nitrasa do siedziby Polskiego Komitetu Olimpijskiego wkroczyli urzędnicy Najwyższej Izby Kontroli. Ze współpracy z PKOl wycofali się wtedy najważniejsi sponsorzy: Tauron, Orlen, Enea i PKP Intercity.

Mimo kolejnych sygnałów, a później także działań CBA, większość środowiska długo nie reagowała. A przecież już wtedy było wystarczająco wiele powodów, by odsunąć prezesa od władzy — mówi Robert Korzeniowski. Przypomina, że śledczy z Gdańska podejrzewają Piesiewicza o wystawianie fikcyjnych faktur i wyrządzenie wielomilionowych szkód w Polskim Związku Koszykówki i Polskiej Lidze Koszykówki. Badają również umowy na świadczenie usług PR-owych zawarte z dwoma wiceprezesami komitetu, które przyniosły im łącznie 419 tys. zł. — Mówiłem kolegom i koleżankom, żebyśmy nie czekali na wynik śledztwa, tylko przejęli inicjatywę. Nie potrzebujemy więcej argumentów za tym, żeby się pozbyć kogoś, kto kłamstwem, lizusostwem i nadużyciem zaufania wdarł się do olimpijskiej rodziny — mówi olimpijczyk.

W październiku 2025 r. wielu działaczy przeżyło szok: Polski Komitet Olimpijski będzie miał nowego sponsora — Zondacrypto. Umowa o współpracy, którą ogłoszono w Monako, przewidywała m.in. przekazywanie części nagród dla sportowców w tokenach.

— To jest coś innowacyjnego, coś innego — entuzjazmował się Radosław Piesiewicz.

— W polskim sporcie nie brakuje talentów. Brakuje natomiast środków, by mogły w pełni rozwinąć skrzydła — wtórował mu Przemysław Kral. Dziś wiadomo, że prezes PKOl sprzedał giełdzie kryptowalut również prawa do komercyjnego wykorzystania wizerunków sportowców. Na mocy umowy zmieniono nazwę warszawskiej siedziby. Od tej pory ogromny neon na budynku przy Wisłostradzie informował, że mieści się tam Zondacrypto Centrum Olimpijskie im. Jana Pawła II.

Po zimowych igrzyskach Mediolan-Cortina d’Ampezzo okazało się, że są problemy z wypłatą nagród dla części olimpijczyków. Już po wybuchu afery Zondacrypto, kiedy zrozpaczeni inwestorzy odkryli, że nie mogą wypłacić swoich pieniędzy z giełdy, Piesiewicz zapewniał, że kiedy podpisywał umowę, nie wiedział o nieprawidłowościach ani możliwych powiązaniach giełdy ze światem przestępczym. Twierdził, że zanim to zrobił, wysłał do Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego pismo z prośbą o analizę ryzyka wynikającego z rozpoczęcia współpracy z takim podmiotem, ale nie dostał odpowiedzi. Minister koordynator służb specjalnych Tomasz Siemoniak zaprzeczył: „Nigdy nie zapytał ABW o firmę Zondacrypto”.

Piesiewicz spędzi w areszcie najbliższe trzy miesiące. Ale, jak twierdzą działacze PKOl, do dymisji nie zamierza się podać. Statut nie zakazuje pełnienia funkcji z aresztu. — Kurczowo trzyma się stołka, bo nie ma odrobiny przyzwoitości, a jego działania są cyniczne i wyrachowane. Przeciągał wszystko do przyszłego roku, kiedy kończy się kadencja obecnych władz, licząc na to, że po wyborach parlamentarnych zmieni się układ sił. Do władzy wróci PiS, więc on stanie znowu przed ludźmi, mówiąc, że wrócą też spółki skarbu państwa. Do ostatniej chwili chciał rąbać to, co mógł. Kiedy udało się zebrać większość delegatów i przegłosować uchwałę wzywającą do zwołania zebrania w sprawie odwołania prezesa, Piesiewicz to zignorował. Na spotkaniach nie odpowiadał na pytania, sprawiał wrażenie człowieka przekonanego, że nic i nikt nie jest w stanie mu zagrozić — opowiada jeden z prezesów.

A sytuacja jest poważna. Członkowie PKOl, jak odkrył Onet, otrzymali list od Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, a w nim trzy scenariusze: pierwszy to rezygnacja Radosława Piesiewicza, drugi podjęcie przez organy PKOl „decyzji o zawieszeniu bądź odwołaniu prezesa”, a trzeci — „interwencja MKOl”. To byłaby opcja atomowa, bo w razie zawieszenia Polsce praw członkowskich nasi sportowcy nie mogliby uczestniczyć w igrzyskach olimpijskich.

Na 8 września w Warszawie zaplanowano posiedzenie prezydium zarządu Polskiego Komitetu Olimpijskiego, ma zdecydować, co dalej. — Piesiewicz zabagnił sytuację, zaprzepaścił nasz wizerunek swoimi powiązaniami politycznymi, niejasnymi umowami, które zawierał. Musimy natychmiast po nim posprzątać, jak najszybciej przygotować program naprawy PKOl — mówi szef Polskiego Związku Taekwondo Olimpijskiego Artur Chmielarz. Był wśród osób, które jako pierwsze wzywały Piesiewicza do ustąpienia.

— To będzie bardzo trudne, ale mam nadzieję, że jeżeli będziemy ciężko pracować, to zapomnimy o aferze Zondacrypto, a igrzyska w Los Angeles przeżyjemy w zupełnie innych okolicznościach niż te paryskie czy Milano-Cortina. I nie chodzi o pieniądze, tylko o skupienie się wokół olimpijskich wartości. To jak z lasem, który rósł wolno, ale spłonął szybko. Teraz trzeba zasadzić nowy — mówi Robert Korzeniowski. Właśnie ogłosił, że chce ubiegać się o stanowisko prezesa Polskiego Komitetu Olimpijskiego.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version