Wbrew naszym dzisiejszym wyobrażeniom ludzie w XIX i na początku XX w. wcale nie byli tak pruderyjni. Stosunki seksualne przed ślubem nie były może oficjalnie akceptowane, ale zdarzały się często. Dowodem na to są dziesiątki, setki spraw o alimenty, w których kobiety niezamężne domagały się od ojców wsparcia finansowego na utrzymanie dzieci. A te dzieci przecież nie brały się z powietrza.
Sprawy o alimenty to jednak nie wszystko. One pokazują skalę zjawiska, lecz nie oddają całej prawdy o obyczajowości. Na przykład na Podhalu panowało bardzo silne przekonanie, że przed ślubem należy się „sprawdzić”. Nie chodziło tu tylko o zakochanie czy młodzieńczą bliskość, to był element normy społecznej.
Wręcz pochwalano stosunki przedmałżeńskie: „Każden niemal wyrostek kochankę posiada, a schodzą się po nocach, najczęściej się to dzieje, iż razem spać się kładą […] dziwna to, iż takiego spółkowania przedślubnego nie mają sobie za występek każący moralność i obyczajowość, ale przeciwnie, dziewka widziałaby się zhańbiona, jeśliby kochanka nie miała” — można przeczytać w XIX-wiecznych przekazach.
Widać tu wyraźnie, że seksualność przedmałżeńska nie była wszędzie traktowana jak grzech czy naruszenie obyczajności. Wręcz odwrotnie, brak kochanka mógł być postrzegany jako wstyd. To całkowicie burzy stereotyp obrazu wsi XIX czy początku XX wieku jako miejsca, gdzie panowały absolutna cnota i purytańska moralność.
Czy podobne zjawiska występowały tylko na Podhalu? Oczywiście, że nie. W 1928 roku Henryk Biegeleisen, autor obszernego opracowania „Wesele”, pisał wprost, że poglądy ludu na temat narzeczeństwa i stosunków płciowych wcale nie są wolne od jego zdaniem archaicznych, w znaczeniu pierwotnych, wyobrażeń. Zwracał uwagę, że wciąż zdarzają się związki „na wiarę”, czyli bez ślubu kościelnego, i, co ciekawe, w oczach lokalnej społeczności nie zawsze są one potępiane. Przeciwnie, nierzadko spotykały się z pobłażliwością, a nawet z milczącym przyzwoleniem czy wręcz wsparciem otoczenia. Ale Biegeleisen zastrzegł przy tym, że „donoszenie wianka”, czyli zachowanie czystości do dnia ślubu, wciąż jest postrzegane jako ogromna zasługa dziewczęcia i powód do dumy dla jej rodziców:
A cieszy się, cieszy, moja rodzineczka,
Ze ja se odeszła w kościele wianeczka,
Bom go nie odeszła nika na ulicy.
Ino go odeszła w kościele przy świcy.
Ten kontrast, społeczna akceptacja dla nieformalnego pożycia z jednej strony i jednoczesna obsesja na punkcie „wianka” z drugiej pokazują, jak bardzo nasze wyobrażenia o dawnej moralności ludowej rozmijają się ze stanem faktycznym. W praktyce było to społeczeństwo pełne paradoksów, w którym swoboda i rygor istniały obok siebie, a ich granice wyznaczały zarówno lokalne zwyczaje, jak i poczucie rodzinnego honoru.
Sprawa Anny z Czortkowa, czyli kiedy kobieta „nadaje się” do małżeństwa
W tamtym czasie słowo „zhańbienie” ma bardzo konkretne znaczenie. Oznacza przede wszystkim pozbawienie kobiety dziewictwa przed ślubem. Uważa się, że taki czyn narusza jej cześć. Dlatego w przepisach i orzeczeniach sądowych „zhańbienie” nie odnosi się do ogólnego upokorzenia czy obrazy, ale właśnie do utraty dziewictwa w określonych okolicznościach i do wszystkich społecznych konsekwencji, jakie wówczas z tym wiązano.
Samo uwiedzenie nie jest wystarczające, by uznać mężczyznę za winnego. Musi się on przede wszystkim uchylać od obiecanego małżeństwa. I to jeszcze bez żadnej uzasadnionej przyczyny. Czyli należy udowodnić uwodzicielowi, że rzeczywiście nie chce zawrzeć ślubu. Co ciekawe, działa to również w drugą stronę. Jeżeli kobieta, po tym, jak „dała się uwieść”, odmawia później ślubu, mimo że mężczyzna chce obietnicy dochować, cała podstawa do ukarania przestaje mieć rację bytu. Widać tu jasno, że kara ma dotyczyć nie tyle samego faktu zbliżenia, ile sytuacji, w której mężczyzna wykorzystuje obietnicę małżeństwa wyłącznie jako narzędzie oszustwa, a później z niej się wycofuje. Innymi słowy, to nie seksualność sama w sobie jest tu penalizowana, lecz nielojalność wobec danego słowa. I złamanie tej przysięgi otwiera kobiecie drogę, by mogła domagać się kary dla mężczyzny i odszkodowania dla siebie. W świecie, w którym jej głos często się pomija, jest to konkretna ścieżka działania. Sprawy, które trafiały przed sądy w dwudziestoleciu międzywojennym, świetnie pokazują, jak daleko tą ścieżką niektóre kobiety zachodziły.
We Lwowie, najpierw przed Sądem Okręgowym w latach 1927–1928, a potem już w samym Sądzie Najwyższym w 1930 roku, toczy się sprawa, która dobrze pokazuje sposób myślenia charakterystyczny dla tamtych czasów. Młoda kobieta domaga się nie tylko odszkodowania na podstawie paragrafu 506, ale także dodatkowej rekompensaty za utratę dziewictwa. Jej pełnomocnik próbuje przekonać sąd, że taki „uszczerbek” powinien być traktowany podobnie jak… uszkodzenie ciała i rozpatrywany według przepisów prawa cywilnego. Jest to ruch śmiały i dość nietypowy.
Sąd Najwyższy odnosi się do tej argumentacji bardzo jasno. Uznaje, że mężczyzna w takiej sytuacji powinien wynagrodzić kobiecie wyrządzoną krzywdę, ale nie dlatego, że samo w sobie dziewictwo ma „wartość materialną” czy medyczną. Klucz tkwi gdzie indziej. Sąd stwierdza, że odszkodowanie należy się dlatego, że w wyniku utraty dziewictwa zmniejszają się jej szanse na zamążpójście, a więc na społeczne i finansowe zabezpieczenie.
Mówiąc inaczej, prawo wprost odzwierciedlało ówczesną hierarchię wartości. Najważniejsza była nie fizyczność samego aktu, ale to, jak bardzo obniżał on „notowania” kobiety na rynku matrymonialnym.
Podstawą […] nie jest utrata dziewictwa, lecz uwiedzenie powódki do pozamałżeńskiego obcowania cielesnego. […] Ponieważ jednak zmniejszenie widoków zamążpójścia jest niewątpliwie większe u osoby, która straciła dziewictwo w obcowaniu pozamałżeńskim, aniżeli u dziewicy nietkniętej, fakt utraty dziewictwa ma znaczenie dla określenia rozmiaru odszkodowania.
W Czortkowie, w drugiej połowie lat 20., zaczyna się historia, która mogłaby się wydarzyć właściwie wszędzie. Młoda dziewczyna, nazwijmy ją Anną, zachodzi w ciążę przed ślubem. Dziecko się rodzi, ale wkrótce umiera, pozostawia po sobie ból, poczucie straty i, co w tamtym świecie było równie realne, złą sławę matki. Anna poznaje Tadeusza, ojca swojego dziecka, prawdopodobnie gdzieś w okolicach dworca. Jest córką palacza, on pracuje jako ślusarz kolejowy. Tadeusz obiecuje jej małżeństwo, a taka obietnica miała wtedy wagę niemal przysięgi. Słowo dane kobiecie nie jest tylko romantycznym gestem. Oznacza przyszłość, bezpieczeństwo i społeczne uznanie. Tadeusz uwodzi Annę, daje słowo, że się z nią ożeni. Gdy młoda kobieta zachodzi w ciążę, Tadeusz wycofuje się ze swoich deklaracji. Anna nie pozostaje bierna. Wnosi sprawę do sądu. Nie domaga się zwrotu kosztów porodu ani utrzymania dziecka, te Tadeusz pokrywa dobrowolnie. Chce czegoś innego: rekompensaty za utratę dziewictwa i za to, że jej szanse na małżeństwo dramatycznie zmalały. Tadeuszowi grozi teraz areszt oraz wyrok nakazujący zapłatę odszkodowania. Sprawa jest głośna i ostatecznie trafia aż do Sądu Najwyższego. Ten uznaje, że sama utrata dziewictwa czy cierpienie związane z ciążą i połogiem nie stanowią szkody w rozumieniu prawa. Jednocześnie stwierdza jasno: w takim środowisku jak Czortków reputacja kobiety jest kluczowa. Jeśli rozeszła się wieść, że młoda dziewczyna straciła cnotę i urodziła nieślubne dziecko, jej widoki na zamążpójście rzeczywiście się zmniejszyły. I właśnie to, utratę szans na małżeństwo, uznano za szkodę. Anna wygrywa. Sąd przyznaje jej 1000 złotych odszkodowania. Kwotę znaczną, zwłaszcza że Tadeusz zarabiał niespełna 200 złotych miesięcznie. Sędziowie piszą wprost, że już sama opinia publiczna i krążące plotki wystarczają, by orzec, że pozycja dziewczyny na „rynku matrymonialnym” została poważnie naruszona.
W orzeczeniu padły słowa, które dziś brzmią bezdusznie: sąd stwierdza, że Anna, młoda, zdrowa i urodziwa, „nadal nadaje się do małżeństwa”, a śmierć jej dziecka nie powinna wywrzeć poważniejszego wpływu na jej dalsze losy, bo odeszło w tak młodym wieku, że ból matki nie miał być „ani intensywny, ani długotrwały”.
Ten fragment odzwierciedla mentalność tamtej epoki. Kobietę ocenia się przede wszystkim przez pryzmat zdrowia, urody i zdolności do zamążpójścia. Utrata dziecka jest tutaj traktowana jako marginalna, niemal bez znaczenia dla jej przyszłości. Liczy się to, czy nadal „nadaje się” na żonę. W tym patriarchalnym porządku Anna znajduje przestrzeń, by zawalczyć. Pragmatycznie wykorzystując przepisy tak, jak tylko może. Wygrywa sprawę i otrzymuje pieniądze. Nie jest to co prawda rewolucja, ale i tak akt stanowiący o odwadze, a na pewno będący dowodem determinacji. Ta historia pokazuje, jak bardzo los kobiet zależał wtedy od opinii innych i jak niewiele miały narzędzi, by o siebie zawalczyć. A jednak nawet w świecie pełnym nierówności potrafiły wykorzystywać prawo na swoją korzyść.
Stanisław uwiódł dziewczynę? Sprawa stanęła przed Sądem Najwyższym
W 1930 roku w Sanoku rozgrywa się sprawa, z której jasno wynika, gdzie przebiega granica uwiedzenia. Oskarżony Stanisław, mimo że przegrał we wszystkich sądach niższych instancji, nie zamierza się poddawać. Decyduje się walczyć do końca, aż w Warszawie, przed Sądem Najwyższym. Jego linia obrony opiera się na jednym argumencie: twierdzi, że kobieta zgodziła się na zbliżenie dobrowolnie już za pierwszym razem, kiedy jej to zaproponował. I że wtedy niczego jej nie obiecywał, ani ślubu, ani wspólnej przyszłości. Dopiero później zaczął jej składać obietnice małżeństwa. Zdaniem mężczyzny oznacza to, że nie można mu zarzucać „uwiedzenia pod przyrzeczeniem małżeństwa”. Sąd ma jednak inne zdanie na ten temat, ponieważ dziewczyna: „[…] gdy opamiętała się, a oskarżony na drugi dzień nakłaniał ją do cielesnego z nim stosunku, […] odmówiła jego żądaniu i dopiero gdy oskarżony zapewnił ją, że »ożeni się z nią, gdy co będzie«, poszkodowana uległa”.
Ich relacja nie kończy się na tamtych dwóch spotkaniach, utrzymują stosunki jeszcze przez dwa lata. W końcu dziewczyna zachodzi w ciążę. A wtedy Stanisław zaczyna wycofywać się z wcześniejszych deklaracji, danego słowa nie dotrzymuje. Sąd uznaje, że to właśnie te obietnice składane w czasie trwania ich związku sprawiły, że młoda kobieta mu zaufała i wiązała z nim swoją przyszłość. A skoro później Stanisław się z nich nie wywiązał, musi ponieść odpowiedzialność karną.
Mężczyźni skazani na mocy paragrafu 506 ustawy karnej często próbowali w sądzie usprawiedliwiać swoje zachowanie, posługując się różnymi argumentami. Raz w miarę rozsądnymi, innym razem dość kuriozalnymi. W 1912 roku Piotr uwodzi Ludwikę, składając jej obietnicę małżeństw. Choć ostatecznie do ślubu nie dochodzi, to Piotr przez długi czas korzysta z zaufania młodej kobiety i jej wiary w przyszły związek, wielokrotnie z nią współżyjąc. Gdy w końcu sytuacja wymaga podjęcia ostatecznej decyzji, bo Ludwika bezwzględnie żąda małżeństwa, Piotr wycofuje się ze swoich deklaracji. Tłumaczy, że dzieli ich zbyt duża różnica wieku, i oświadcza, że żenić się z nią nie zamierza. Ludwika tego tak nie zostawia i sprawa przeciwko Piotrowi trafia do sądu. Mężczyzna zostaje skazany. 2 lipca 1913 roku, dokładnie o godzinie szóstej po południu, stawia się w Cesarsko-Królewskim Domu Więziennym w celu odbycia wyroku trzech dni ścisłego aresztu. Nałożona kara trzech dni ścisłego aresztu jest niezwykle krótka i ma raczej charakter symboliczny. Trudno uznać ją za realnie dolegliwą, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę, że konsekwencje czynu Piotra mogły być dla Ludwiki dużo poważniejsze i długotrwałe.
Fragment książki Anety Godyni „Nieugięte. Jakie naprawdę były wiejskie kobiety” wydanej przez wydawnictwo Znak Horyzont. Tytuł, lead i śródtytuły od redakcji „Newsweeka”
Okładka książki Anety Godyni „Nieugięte”
Foto: Wydawnictwo Znak Horyzont

