Są takie sprawy, które wciągają jak wir. Są takie książki, które pochłaniają bez reszty. „Psycholog. Sprawa Andrzeja Samsona” (wyd. Otwarte) Edyty Krześniak to książka, która zagarnęła mnie na kilka upalnych dni i nocy.
Reporterka, do niedawna w TVN, ponad dwadzieścia lat temu zajmowała się sprawą Andrzeja Samsona, terapeuty, któremu zarzucono wykorzystywanie seksualne dzieci. Jako jedyna telewizyjna dziennikarka przeprowadziła z psychologiem wywiad w areszcie. Rozmawiała z rodzicami ofiar psychologa, z biegłymi, policjantami, kolegami po fachu. Po ponad dwudziestu latach wraca do tej sprawy. Ona się nie skończyła dla dzieci, dziś już dorosłych, które były wykorzystywane przez terapeutę, dla rodziców, którzy nie mogą sobie wybaczyć, że zaufali Samsonowi, dla środowiska, które zamiotło tę sprawę pod dywan.
W czerwcu 2004 r. na śmietniku w pobliżu miejsca zamieszkania Andrzeja Samsona znaleziono zdjęcia z dziecięcą pornografią. Na fotografiach policjanci rozpoznali dłoń psychologa w miejscach intymnych dzieci. Samson został aresztowany. Opisy tych zdjęć w książce całkowicie mnie obezwładniły. Chłopcy przebrani za dziewczynki, dzieci w zasikanych ubrankach, 6-7-letnie dzieci z wibratorami, męska dłoń na chłopięcych genitaliach. Zdjęć dzieci było ponad 600. Oprócz tego pornografia dziecięca ściągnięta z internetu. Nie mogłam zasnąć do rana. Trudno mi było sobie wyobrazić, co musieli przeżywać rodzicie, kiedy rozpoznawali na nich swoje dzieci.
Zaraz po zatrzymaniu psycholog przyznał się, że kilka lat wcześniej pojawiły się u niego skłonności do dzieci i że dotykał małoletnich pacjentów w miejscach intymnych. Ale gdy do akcji wkroczył obrońca, psycholog zmienił zeznania. Twierdził, że prowadził badania nad pedofilią, że pisał na ten temat książkę, że stosował niekonwencjonalne metody leczenia autystycznych dzieci. Wersje się zmieniały, a sąd dał się wodzić za nos przez cztery lata. W końcu Samson został skazany za czyny pedofilskie na 8 lat więzienia i 10 lat zakazu wykonywania zawodu. Obrona podważyła ten wyrok i w 2009 r. proces rozpoczął się na nowo. Samson zmarł w jego trakcie w domu swojej siostry. A zatem ostatecznie nie został skazany. Ofiary nie otrzymały ani moralnego, ani materialnego zadośćuczynienia. Rozpadły się rodziny, dzieci wykorzystane przez Samsona do dziś nie mogą się uporać z psychicznym okaleczeniem. Opowiadają reporterce o swoich przeżyciach.
Książka Krześniak nie jest tylko powrotem do starej, sensacyjnej sprawy. To także wnikliwa opowieść o systemie sądownictwa, o niebezpiecznej solidarności zawodowej, o samotności ofiar, o których zdrowie i dobrostan nikt, oprócz najbliższych, nie dbał.
To wreszcie lekcja na dzisiaj. Żyjemy w czasach kultu terapii. Przy dramatycznej zapaści psychiatrii dziecięcej w Polsce gabinety prywatne stają się często jedyną deską ratunku dla zdesperowanych rodziców. Zdarza się, że prowadzenia terapii podejmują się osoby bez odpowiedniego przygotowania, bez zachowania niezbędnych procedur, bez superwizji.
Sposób pracy Samsona to były same czerwone flagi. Czytając książkę, zastanawiałam się, jak to było możliwe, że matki zostawiały dzieci na dwie godziny sam na sam z psychologiem w jego prywatnym mieszkaniu, że kiedy je odbierały, dziecko było tylko w majtkach, a psycholog w rozpiętej koszuli, że czuły na ciele dziecka zapach perfum psychologa i nie reagowały. Ale czy, gdybym desperacko szukała pomocy dla swojego dziecka, nie zachowałabym się podobnie? Samson był autorytetem medialnym, miał status guru, któremu wolno więcej niż innym.
Kiedy media opublikowały informację o jego aresztowaniu ze zdjęciami, na których łatwo można było go rozpoznać, koledzy stanęli w jego obronie. Uważali, że media już wydały wyrok. Bronili go m.in. Wojciech Eichelberger, Jacek Santorski, Piotr Tymochowicz (potem skazany za posiadanie dziecięcej pornografii). Psycholog społeczny prof. Janusz Czapiński powiedział: pokażcie mi ofiarę, a będę jej współczuł. To zdanie dla rodzin pokrzywdzonych dzieci musiało być ciosem w serce.
Sprawa Samsona to ciągłe zwroty akcji, prawne triki, mataczenie, mnóstwo wątków, wiele poziomów komplikacji. Przy pisaniu książki łatwo popaść w stronniczość, epatować sensacją. Autorce udało się tego uniknąć. Przekopała się przez tomy sądowych akt, odbyła dziesiątki rozmów, a przede wszystkim weszła ponownie w mrok i cierpienie. W rozmowie ze mną powiedziała, że sama w pewnym sensie czuje się ofiarą Andrzeja Samsona. Może książka będzie rodzajem zadośćuczynienia dla ofiar.

