Szefem polskiego premiera nie jest amerykański prezydent, ale polski elektorat, który może życzyć sobie zupełnie innej polityki. PiS coraz częściej o tym zapomina.

  • Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”

PiS przez wiele lat w swojej propagandzie przedstawiał siebie jako jedyną prawdziwie patriotyczną siłę w Polsce. W narracji partii z Nowogrodzkiej po jednej stronie stał „obóz patriotyczny” skupiony wokół PiS, a po drugiej cała reszta.

Prezes Jarosław Kaczyński i jego akolici wielokrotnie zarzucali przeciwnikom, że są z „partii zewnętrznych”. W przypadku Platformy Obywatelskiej chodziło oczywiście o ugrupowanie niemieckie. W latach 2015-23 oskarżali opozycję, że chce podważyć demokratyczny werdykt Polaków, odwołując się do „ulicy i zagranicy”. Kaczyński dba o to, by poszerzać zasób słownictwa wyborców, więc zarzucał liberalnym elitom, że są „elitami kompradorskimi”. Przywołał określenie z teorii postkolonialnej opisujące elity, które gromadzą bogactwo, zapewniają sobie status i władzę, wysługując się obcym i utrwalając podporządkowany status swojego kraju.

Patrząc jednak na to, jak PiS podporządkowuje się pod każdym względem językowi i ideologii MAGA, jak prześciga się w zapewnieniach, że będzie najlepiej na świecie służył interesom administracji Donalda Trumpa, można zadać złośliwe pytanie elicie z Nowogrodzkiej: kto tu jest tak naprawdę „partią zewnętrzną”?

To pytanie nasuwa się zwłaszcza w kontekście weta prezydenta Karola Nawrockiego do ustawy wprowadzającej w Polsce unijne rozporządzanie o usługach cyfrowych (DSA), czego wymaga od nas Komisja Europejska. Nawrocki uzasadnił decyzję tym, że ustawa rzekomo przekazuje „kontrolę nad treściami w internecie urzędnikom podległym rządowi, a nie niezależnym sądom”. To uzasadnienie jest po prostu nieprawdziwe, bo ustawa ma celu dać państwu efektywne narzędzia do tego, by blokować w mediach społecznościowych czy na stronach, treści sprzeczne z polskim prawem. Urzędnik nie mógłby w myśl jej przepisów arbitralnie orzec, że dana treść zostanie zablokowana tylko dlatego, że mu się nie podobała — decyzja urzędnika nie miała klauzuli natychmiastowej wykonalności, przysługiwało od niej odwołanie do sądu. Przepisy dawały też obywatelom możliwość odwołania od decyzji platform społecznościowych w sprawie usuniętych treści. Dziś jesteśmy zdani tylko na ich dobrą wolę.

Nawrocki przekonywał jednak, że ustawa wprowadza rozwiązania rodem z Orwella: „sytuacja, w której o tym, co wolno w internecie, decyduje urzędnik podległy rządowi, przypomina konstrukcję Ministerstwa Prawdy z książki Orwella «Rok 1984». […] Jeśli władza decyduje, co jest «prawdą», co «dezinformacją», kto może mówić, a kto nie, wolność znika krok po kroku — pod pozornymi szczytnymi hasłami bezpieczeństwa, dobra wspólnego czy ochrony najsłabszych”.

Można mieć wątpliwości czy w wecie chodzi o wolność, czy o interesy amerykańskich gigantów technologicznych, takich jak Meta czy X, sprzymierzonych z administracją Trumpa. Są one niechętne wszelkim regulacjom dotyczącym treści, bo oznacza to dla nich dodatkowe koszty. Dla właściciela X Elona Muska, sprawa ma w dodatku ideologiczny wymiar. Odkąd przejął dawnego Twittera, platforma stała się rozsadnikiem skrajnie prawicowych idei, które często po prostu naruszają prawo.

Administracja Trumpa naciska na Europę, by wycofała się z regulacji gigantów cyfrowych. Pod koniec roku w bezprecedensowym ruchu amerykańskie władze nałożyły sankcje na Thierry’ego Bretona — europejskiego komisarza odpowiedzialnego za wdrożenie DSA — oraz dwie aktywistki i jednego aktywistę na rzecz walki z mową nienawiści w sieci z Wielkiej Brytanii i Niemiec, zarzucając im próbę „cenzurowania” amerykańskich obywateli w internecie.

Nawrocki ciągle powtarza swoje hasło wyborcze: „po pierwsze Polska, po pierwsze Polacy”. „Po pierwsze Polska” kończy się, jak widać tam, gdzie zaczynają się interesy amerykańskich big techów i naciski administracji Trumpa. Wtedy Nawrocki nie ma problemu z tym, by poświęcić bezpieczeństwo obywateli w sieci. Musk podał dalej na swoim koncie informację o wecie Nawrockiego z krótkim komentarzem „Brawo!” i ikonką biało-czerwonej flagi. Ludziom prezydenta zostaje tylko wydrukować ten post, oprawić w ramki — znając estetykę MAGA najlepiej złote — i wywiesić na honorowym miejscu w Pałacu Prezydenckim.

Decyzja Nawrockiego nie może dziwić, bo wygrał on wybory jako lokalny franczyzobiorca ruchu MAGA. Kluczowym momentem jego kampanii była wizyta w Białym Domu i spotkanie z Trumpem, a także konferencja CPAC w Jasionce pod Rzeszowem, gdzie polityk został namaszczony jako kandydat trumpowskiej międzynarodówki przez sekretarz ds. bezpieczeństwa wewnętrznego Stanów Zjednoczonych Kristi Noem.

Ani Lech Kaczyński, ani Andrzej Duda — też spotykający się przed wyborami w 2020 r. z Trumpem — nie wygrali jako kandydaci tak jednoznacznie wskazani przez amerykańską prawicę. W 2005 r., gdy wygrywał Lech Kaczyński, a nawet jeszcze w 2015 r. takie jednoznaczne podczepienie kandydata pod Stany mogło być niekorzystnie postrzegane w prawicowym elektoracie. Stało się oczywiste to, że PiS jest lokalną odnogą MAGA.

PiS doczekał się szeregu posłów przenoszących w polski kontekst idee i kulturowe wojny z trumpowskiej Ameryki. Europoseł Dominik Tarczyński włącza się w amerykańską dyskusję wokół zastrzelenia kobiety, obywatelki Stanów, przez agenta ICE w Minneapolis — chwaląc oczywiście działanie agenta — a Patryk Jaki wzorem Charliego Kirka ma jeździć po polskich uczelniach i przekonywać studentów do konserwatywnych idei.

Wszystkiemu temu towarzyszy całkowity brak refleksji nad tym, czy idee Trumpa (np. jego wizja polityki zagranicznej) są faktycznie dobre dla Polski. Bliscy PiS intelektualiści — jak Zdzisław Krasnodębski w „Demokracji peryferii” — krytykowali liberalne elity III RP za to, że lekceważąc lokalne zasoby intelektualne, biernie przyjmowały wzory zachodnich demokracji, ignorując to, jak funkcjonują one w lokalnym kontekście. Dziś prawica PiS, zwłaszcza najmłodsze pokolenie, wydaje się całkowicie pozbawiona samodzielnego myślenia. Przeklejają nawet memy MAGA.

Zbigniew Ziobro, uciekając na Węgry, także powołał się na autorytet Trumpa, pisząc w swoim poście na platformie X: „W liście sprzed kilku dni, prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump podkreślił, że odważne przywództwo premiera Viktora Orbána i jego konsekwentna obrona zasad czynią z Węgier przykład dla świata — kraju wiary, rodziny i suwerenności. Tego samego, niestety, nie da się powiedzieć o Polsce pod rządami Donalda Tuska”.

Ten fragment doskonale obrazuje stosunek PiS do Donalda Trumpa. Po pierwsze, Ziobro razem z całą jego partią traktują Trumpa, jakby był papieżem światowej prawicy, jakby jego zdanie o Orbánie rozstrzygało wszelkie wątpliwości, np. związane z prorosyjską postawą węgierskiego szefa rządu. Po drugie, Ziobro wydaje się robić Tuskowi zarzut z tego, że jego rządy nie zadowalają Trumpa tak jak rządy Orbána. Tylko szefem polskiego premiera nie jest — i nie powinien być — amerykański prezydent, ale polski elektorat, który może życzyć sobie zupełnie innej polityki. PiS coraz częściej o tym zapomina.

Ucieczka Ziobry jest groteskowa, bo jako minister sprawiedliwości walczył z tym, co przedstawiał jako „interwencję Brukseli” w sprawy polskiego wymiaru sprawiedliwości. Dziś sam ucieka przed polskimi sądami pod opiekę obcego rządu. Gdyby tak zrobił minister rządu Tuska, Kaczyński ciągle mówiłby o „zdradzie”, „partii zewnętrznej” i „powrocie najgorszych wzorców z czasów upadku I Rzeczpospolitej”.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version